Prezes na czas wojny

Prezes na czas wojny

PiS zdecydowało, że TVP ma być „orężem walki” z III RP

Spośród głównych cech Bronisława Wildsteina bezstronność i niezależność wymieniłbym na pierwszym miejscu – deklarował Adam Bielan z PiS, już po tym, jak ogłoszono nazwisko nowego prezesa TVP. W ustach polityka PiS te słowa nie zabrzmiały jak dobra rekomendacja. Kilkanaście godzin wcześniej do siedziby PiS w Warszawie przybyli Krzysztof Turkowski, prawnik związany z Zygmuntem Solorzem, i Bronisław Wildstein. Czekał na nich Jarosław Kaczyński. Rozmowa trwała – jak podaje „Dziennik” – około 20 minut. – O czym pan rozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim? – pytał później Wildsteina reporter „Dziennika”. – O Wittgensteinie – usłyszał w odpowiedzi. Zdenerwowanie rozmówcy było jak najbardziej na miejscu. Bo właśnie odebrał z rąk Jarosława Kaczyńskiego

namaszczenie na prezesa TVP.

Najpewniej szef PiS poinformował go również o tym, jak TVP została podzielona przez PiS, LPR i Samoobronę. Czyli co Wildstein będzie mógł, a czego nie.
Dzień później decyzja nowej Rady Nadzorczej TVP była już tylko formalnością.
Dla wielu było to zaskoczenie. Wprawdzie nazwisko Wildsteina jako osoby zabiegającej u Kaczyńskiego o posadę prezesa TVP pojawiało się na dziennikarskiej giełdzie do dawna, ale to przecież nie on był faworytem. Więcej szans dawano Januszowi Pietkiewiczowi, człowiekowi związanemu z Lechem Kaczyńskim, odpowiedzialnemu w Radzie Warszawy za sprawy kultury. To Pietkiewicz wprowadzał Lecha Kaczyńskiego, gdy ten był jeszcze prezydentem Warszawy, w środowiska kultury i sztuki. I to on, osoba z koneksjami, ciesząca się zaufaniem prezydenta RP, wydawał się odpowiednim kandydatem na prezesa TVP. Cóż więc takiego się stało, że w ostatniej chwili przegrał wyścig na Woronicza?
Wśród naszych rozmówców panuje zgodna opinia, że zadecydowały o tym względy „strategiczne”. Pietkiewicz był dobrym kandydatem, jeśli PiS chciałoby robić „telewizję spokojną”, bardziej stonowaną. Wildstein to prezes „telewizji walki”. I tę drugą opcję ostatecznie Kaczyńscy wybrali.
Telewizja Wildsteina, w tej koncepcji, będzie miała do odegrania jedną z kluczowych ról. Walki nie tylko z politycznymi przeciwnikami PiS, ale również z łże-elitami.
To zresztą bardzo łączy Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Wildsteina – postkomunizm, lewica, nie bardzo już ich interesują, to jest dla nich polityczny trup-nieboszczyk, teraz ich głównym wrogiem jest establishment, którego symbolem jest Adam Michnik. Środowisko „Gazety Wyborczej” w ostatnich tygodniach jest jednym z głównych celów ataków Kaczyńskiego. Określał je jako łże-elity, „arystokrację III RP”, mówił, że są to spadkobiercy i potomkowie Komunistycznej Partii Polski. To środowisko jest również

atakowane przez Wildsteina.

„Za kreatora ideologii III RP i jej emblematyczną figurę można uznać Adama Michnika”, pisał niedawno we „Wprost”. „Dominujący i wspierający się prasowy koncern ideologiczny Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, z czasem Polityka, dawał gotowy i w miarę jednoznaczny obraz świata, który był przejmowany i upowszechniany przez media elektroniczne, prasę kobiecą, młodzieżową itp.”, konstatował ze smutkiem.
Telewizja Wildsteina ma więc już rozpisany scenariusz. Na kilku poziomach. Na pewno nie będzie pluralistyczna (chyba że za pluralizm uznamy debatę między PiS a LPR) ani obiektywna.
Jeżeli sprawdzą się pogłoski, to szefami anten zostaną Małgorzata Raczyńska (dotychczasowy szef Jedynki, Maciej Grzywaczewski, ten sam, który mówił, że dziennikarze prawicowi mają zakodowany pluralizm, wylatuje z hukiem) i Jan Pospieszalski, prowadzący program „Warto rozmawiać” (zastąpić ma on Ninę Terentiew, która jego program wprowadziła na antenę), będzie to czytelny znak, że TVP będzie telewizją partyjną, wojującą z politycznymi przeciwnikami PiS.
Drugi poziom to walka z „ekipą Adama Michnika”. Czyli z całą ideologią III RP i Okrągłego Stołu, filozofią pojednania, dogadania się, liberalnej demokracji. Jeżeli Jarosław Kaczyński szukał człowieka, który z pasją i oddaniem to środowisko mógłby zaatakować – to trafił w dziesiątkę.
Nie będzie to więc telewizja „jedynie” załatwiająca interesy PiS, ale telewizja formacyjna.
Czy Wildsteinowi się uda?
Rzecz w tym, że żyjemy w państwie wolnego rynku i nowy prezes TVP po prostu może sobie nie poradzić z materią – jako menedżer i szef firmy, która ma realną konkurencję.
Wildstein już raz kierował medium publicznym, był szefem Radia Kraków. I poniósł spektakularną porażkę. Złośliwi nazywają go zresztą

twórcą sukcesu RMF FM,

bo dziennikarze, których on wyrzucał, później tworzyli tę prywatną rozgłośnię. To jest pamiętane, w TVN i Polsacie panuje dziś przekonanie, że rządy Wildsteina w TVP wyjdą obu stacjom na dobre.
W perspektywie kilkunastu miesięcy może więc tak się stać, że nowy prezes ułoży telewizję publiczną, tak jak chce, tylko mało kto będzie chciał to oglądać.
Ale to jest ryzyko przez Kaczyńskich kalkulowane. Podejmują je świadomie. Bo, zakładając nawet rozwój niekorzystnego dla nich scenariusza, TVP zdąży odegrać swoją rolę podczas wyborów samorządowych. A oprócz tego istnieje szansa, że TVP wykreuje prawicowe autorytety.
To jest cel Wildsteina. On nigdy go nie ukrywał. W jednym z wywiadów powiedział, że marzy mu się rola Michnika IV RP, że chciałby być redaktorem naczelnym wielkiej, opiniotwórczej gazety. O szefowaniu telewizji pewnie wtedy nawet jeszcze nie marzył. Teraz Kaczyński mu to dał. I dał mu – jak Wildstein pisał – „to, co najważniejsze: władzę kreowania miar i wyznaczania granic”.
Czy dla takiej władzy nie warto się sprzedać?

Wydanie: 20/2006

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy