Kasa, misiu, kasa…

Kasa, misiu, kasa…

Jak wydano 6,5 mln zł na brokerów innowacji i co z tego wynikło

Wiadomo, że polska gospodarka do najbardziej innowacyjnych nie należy. Od lat ścigamy się z Bułgarią i Rumunią, okupując – według unijnych rankingów – czwarte-piąte miejsce od końca. Nadzieją na zmianę miał być realizowany w latach 2007-2013 Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka. W jego ramach przedsiębiorcy, jednostki badawcze i naukowe, instytucje administracyjne itp. mieli otrzymać wsparcie w wysokości 10,186 mld euro na realizację różnego rodzaju projektów, które przyczyniłyby się do znacznej poprawy sytuacji.

Z kwoty tej 8,658 mld euro pochodziło z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR), a pozostałe ok. 1,528 mld euro z budżetu krajowego. Mieliśmy się stać bardziej nowocześni, innowacyjni, europejscy i światowi. Nauka polska zaś miała dostać kopa, który wyniósłby ją na wyższą orbitę. Otóż nic takiego się nie stało. Według najnowszych doniesień – po wydaniu ponad 10 mld euro – w unijnych rankingach okupujemy te same mało zaszczytne pozycje, co w roku 2007. Jak to się stało?

Nie chcąc się opierać na plotkach i pogłoskach rozpuszczanych przez złych, niespełnionych w swoich ambicjach utytułowanych osobników, którzy twierdzili, że wszystko to dno plus dziesięć metrów mułu, postanowiłem zasięgnąć języka u źródła.

23 czerwca br. zapytałem Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, czy dysponuje opracowaniem kompleksowo opisującym aktualny stan polskiej nauki. Przypomniałem, że w latach 90. i na początku obecnego stulecia przewodniczący Komitetu Badań Naukowych publikował rokrocznie informację o stanie nauki w Polsce, której zazwyczaj towarzyszyły jęki profesorów narzekających na nikczemne zarobki, skandaliczne warunki pracy oraz na to, że państwo nie łoży na ich wiekopomne dzieła.

Odpowiedzi nie doczekałem się do dziś. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że przygotowanie takiego dokumentu przekracza możliwości profesjonalne i intelektualne podwładnych minister Leny Kolarskiej-Bobińskiej. Innymi słowy – resort nauki nie ma pojęcia, czym zawiaduje. Wymowne milczenie urzędników zachęciło mnie do poszukiwania przykładów działań, które jakoby miały wznieść naukę polską na wyżyny.

Męczeństwo brokerów innowacji

Kluczem do finansowanego ze środków unijnych sukcesu Polski miała być współpraca nauki z przemysłem. Miał to być też sposób na uniknięcie „pułapki średniego rozwoju”, w której jako społeczeństwo mogliśmy się pogrążyć na lata, a której konsekwencje społeczne i polityczne byłyby godne pożałowania.

Od lat wiadomo, że jesteśmy obok Greków najbardziej zapracowanym narodem europejskim. Wiadomo też, że polska gospodarka oparta na niewykwalifikowanej sile roboczej i niskich podatkach nie będzie w przyszłości dynamicznie się rozwijać. Potrzebne są impulsy, które uczynią ją nowocześniejszą. I na owe impulsy Bruksela dała nam pieniądze.

Jednym z wielu sposobów poprawy sytuacji miał się stać ogłoszony w marcu 2013 r. program Brokerzy Innowacji. Jego celem było „tworzenie infrastruktury społecznej wspierającej proces komercjalizacji wiedzy i integracji środowiska naukowego z otoczeniem gospodarczym oraz upowszechnianie wyników badań naukowych w środowisku przedsiębiorców”. Budżet ustalono na 6,5 mln zł.

W wyniku konkursu wyłoniono 29 jednostek organizacyjnych najlepszych polskich uczelni. Te z kolei oddelegowały do pracy przy programie swoich najlepszych pracowników.

Każdy z brokerów innowacji miał otrzymywać stałe honorarium w wysokości nawet 5,9 tys. zł brutto miesięcznie oraz dodatki specjalne za doprowadzenie do zawarcia umowy licencyjnej – 7 tys. zł brutto – i za doprowadzenie do założenia spółki typu spin off (powstałej poprzez wydzielenie się z jednostki macierzystej, by komercjalizować wiedzę naukową i technologie – przyp. red.) – 9 tys. zł brutto.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 36/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy