Przechlapane wakacje

Zadzwonił do mnie kilka dni temu mój znajomy czytający „Przegląd” i mówi, że mi pióro stępiało, bo nie tykam obecnego rządu, który nie jest lepszy od poprzedniego. Odpowiedziałem z godnością, że premierowi Markowi Belce dałem od siebie sto dni spokoju, chociaż przychodzi mi to z trudem, bo widać gołym okiem, że w SLD coraz trudniej znaleźć nieumoczonego fachowca, czego dowodem jest ostatni kandydat na wiceministra zdrowia i rekrutacja ministrów potrzebnych w tym resorcie zaczyna przypominać reprezentację Niemiec w piłce nożnej, której nikt nie chce trenować.
Powiedziałem także, że są wakacje i trzeba szukać wakacyjnych tematów, a takim niewątpliwie jest wiadomość, która nadeszła z Rumunii, że jeden obywatel tego państwa wysadził trotylem kuchnię w swoim własnym domu, a zrobił to tylko dlatego, że jego żona źle gotowała. Informacja ta z pozoru nie ma z nami nic wspólnego, tak się przynajmniej wydaje z początku, ale kiedy obok tej wiadomości znajdzie się drugą, dramatyczną, opowiedzianą przez Krystynę Jandę, o tym jak na wczasach we Włoszech o mały włos nie zabił jej piekarnik: „Stałam ogłuszona i zdumiona, nie rozumiejąc, co się stało. A potem powoli uświadomiłam sobie, że oto o mało co nie wyleciałam z hukiem i domem w powietrze”, to wtedy informacja z Rumunii nabiera innej wartości, bo trzeba postawić dwa pytania:
Czy piekarnik był zepsuty?
I jak Krysia Janda gotuje?
Tak czy inaczej nasza wybitna aktorka urlop miała przechlapany. Ale najbardziej tego lata w naszym kraju ma przechlapane trzmiel, sympatyczny grubasek, który jest lekarzem i sanitariuszem kwiatów i innych roślin. Otóż ktoś w urzędzie na centralnym szczeblu obłożył go 22-procentowym VAT-em. I teraz właściciele szklarni i trzmieli, które były zatrudnione, żebyśmy jedli ekologicznie, przerzucają się na środki chemiczne, które stały się tańsze, ale które spowodują to, że zarówno ja, jak i ten kretyn, co wymyślił 22% VAT od owada, szybko poczujemy się gorzej. Ale miejmy nadzieję, że ten w sumie niewielki problem premier Marek Belka rozwiąże w ciągu tych stu dni.
A jak wygląda w takim razie duży problem?
Podobno duży problem ma się, kiedy w dniu sądu ostatecznego, stojąc w kolejce do Pana Boga tuż za Matką Teresą, usłyszy się, jak Bóg mówi: „No cóż, moja córko, chyba teraz wiesz, że można było zrobić nieco więcej”.

Wydanie: 30/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy