Przedwyborcze szaleństwo teczek

Przedwyborcze szaleństwo teczek

Dzika lustracja, jaka panuje u nas, nie mogłaby się zdarzyć i nie zdarzyła się w żadnym znanym mi państwie

Dr Ewa Kulesza, generalny inspektor ochrony danych osobowych

Dr Ewa Kulesza jest prawnikiem, funkcję generalnego inspektora ochrony danych osobowych sprawuje od 4 kwietnia 1998 r., w 2002 r. Sejm wybrał ją na drugą kadencję. Wcześniej m.in. wykładała na Uniwersytecie Łódzkim, specjalizuje się w prawie socjalnym i polityce społecznej.

– Od wielu miesięcy z Instytutu Pamięci Narodowej swobodnie wypływają informacje o rzekomej współpracy wielu osób ze służbami specjalnymi. „Rzekomej”, bo nie było żadnych prób badania prawdziwości tych danych, zanim je udostępniono. Ochrona danych osobowych chyba już więc u nas nie istnieje.
– To zarzut nie do mnie, lecz do prezesa IPN. Problemem jest zwłaszcza udostępnianie tych danych dziennikarzom przez pracowników Instytutu. Ustawa o IPN nie wymienienia dziennikarzy wśród podmiotów uprawnionych do korzystania z dokumentów instytutu.
– Szef Kolegium IPN uważa jednak, że skoro ustawa dopuszcza korzystanie z materiałów IPN dla celów publicystycznych, to obejmuje i dziennikarzy…
– I że mogą oni korzystać ze wszystkich danych w taki sposób jak dziś. Ale przecież sama uchwała Kolegium IPN z 2 czerwca 2004 r., na którą powołują się dziennikarze i pracownicy IPN, stwierdza wyraźnie, iż dokumenty z IPN mogą być udostępniane przedstawicielom środków społecznego przekazu tylko do przeprowadzenia badań naukowych – czyli nie dla publicystyki albo zwykłego gonienia za sensacją, jak to się dzieje dziś. Ta uchwała i tak przekroczyła zresztą zakres ustawy o IPN, która do korzystania z danych upoważnia wyłącznie naukowców prowadzących badania dla celów naukowych lub publicystycznych. Nie ma tam ani słowa o dziennikarzach i mediach. Cel publicystyczny powinien być wynikiem badań naukowych, próbą przedstawienia w przystępnej formie pewnego problemu – a nie zreferowaniem wyrwanego z kontekstu urywka dokumentu. To nie ma nic wspólnego ani z nauką, ani z publicystyką. Chociaż, jeśli teraz słyszę, że prof. Leon Kieres zapowiedział, iż indywidualnie będzie zezwalał na dostęp do materiałów tylko tym dziennikarzom, którzy prowadzą prace badawcze, to jest już jakieś rozwiązanie.
– Czy zanim zacznie się ujawniać dane zawierające nazwiska, nie należałoby zbadać ich wiarygodności? „Rzeczpospolita” na podstawie jednego nieprawdziwego zdania napisała o współpracy z SB Andrzeja Przewoźnika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Wiadomo, że zrobiono to po to, by uniemożliwić mu ubieganie się o stanowisko prezesa IPN. Szef kolegium IPN natychmiast ogłosił, że nie może on kandydować.
– Inni członkowie kolegium IPN zaprotestowali przeciw takiej interpretacji, ale to tylko jeden z wielu przykładów pokazujących, jak łatwo można kogoś osądzić na podstawie fragmentu wyrwanego z kontekstu. Wszystko zależy od rzetelności naukowca i publicysty, który takie dane ujawnia. To, co się teraz dzieje – upublicznianie poszczególnych dokumentów w oderwaniu od innych czy wręcz przedstawianie dokumentów nieprawdziwych – kwalifikuje się jednak do oceny przez sąd cywilny, badający naruszenia dóbr osobistych, lub nawet karny (w przypadku zniesławienia czy zniewagi). Ale właśnie tak postępują ci, którzy szukają sensacji: prezentują jeden wyrwany z kontekstu dokument. Gdyby ujawnianie informacji stanowiło wynik badań naukowych, których celem było przedstawienie jakiegoś zjawiska czy nawet postawy, dokonywanych na podstawie wielu różnych dokumentów, do takich pomówień by nie doszło.
– Wielu naszych polityków wykazuje niezwykłe wręcz zainteresowanie teczkami.
– Sądzę, że przed wyborami są to dla niektórych osób ciekawe materiały, ale jednocześnie proszę zwrócić uwagę, jak wykorzystuje się te informacje. Celem ustawy o IPN w momencie jej tworzenia było udostępnienie materiałów z naszej przyszłości naukowcom i osobom pokrzywdzonym oraz wyjęcie teczek z rąk polityków. Stało się dokładnie odwrotnie, te dokumenty są interpretowane całkowicie dowolnie, wedle politycznego zapotrzebowania. Z jednej strony, Komisja ds. PKN Orlen grozi, że złoży doniesienie do organów ścigania na premiera Belkę, bo skłamał podczas przesłuchania – z drugiej, prezydent Łodzi, Jerzy Kropiwnicki, o którym nie można powiedzieć, by szczególną sympatią darzył osoby z lewej strony, zapewnia: nie, Belka nie był donosicielem. A jak łatwo można kogoś pomówić, nie dysponując nawet żadnym dokumentem urzędowym, jedynie prywatną notatką, widać właśnie w przypadku Andrzeja Przewoźnika, sekretarza ROPWiM. Nie wiemy, jakie notatki gdzie się jeszcze znajdują…
– Czy w innych państwach postkomunistycznych „odkłamywanie przeszłości” przebiega podobnie jak w Polsce?
– To, do czego doszło u nas, nie mogłoby się chyba zdarzyć i nie zdarzyło w żadnym znanym mi państwie. W Niemczech archiwa od początku zamknięto, pieczę nad nimi objął Instytut Gaucka, materiały zgromadzone w niemieckim instytucie nie są jawne. W Czechach opublikowano zweryfikowane wykazy pracowników i współpracowników służb, sprawa ta przestała budzić emocje. W węgierskim odpowiedniku polskiego IPN dostęp do materiałów jest dawkowany znacznie bardziej rygorystycznie niż u nas. Tam dostęp do dokumentów mają wyłącznie naukowcy, muszą być zweryfikowani pod kątem tego, czy rzeczywiście te materiały będą służyć tylko ich badaniom naukowym, tematy badawcze zatwierdza specjalne kuratorium, o dziennikarzach oczywiście mowy nie ma. Jest jeszcze jedna różnica: nie tylko pokrzywdzeni mają dostęp do swych teczek. Spośród urzędników węgierskiej placówki również nie każdy może zaglądać wszędzie, są różne pola dostępu do dokumentów, nawet oprowadzająca nas wicedyrektor była pod kontrolą, w komputerach w czytelni nie ma danych osobowych, więc niczego nie można skopiować jak w naszym IPN, nie da się wyciągnąć dowolnego nazwiska z katalogu.
– A u nas była komisja panów Ajnenkiela, Holzera, Krolla i Michnika buszująca swobodnie po tajnych archiwach.
– Tak, ale to był początek lat 90. i w Polsce nie obowiązywały jeszcze żadne przepisy, które regulowałyby taki dostęp do dokumentów, o jakich pan mówi. W tej chwili takie przepisy obowiązują, choć uważam, że niestety, uchwaliliśmy je za późno. Zresztą i najlepsze przepisy nie wystarczą, bo niestety w Polsce nie szanuje się prawa i brakuje refleksji nad tym, do czego może doprowadzić nieprzestrzeganie przepisów. Problem więc nie tyle w prawie, ile w ludziach, którzy je łamią. Przecież głośna sprawa „pomocy ewidencyjnych”…
– Rozumiem, że chodzi o „listę Wildsteina”
– …które wypłynęły z IPN, to było działanie niektórych pracowników instytutu. Jeżeli jakieś dokumenty dostają się do prasy, jest to także efekt postępowania pracowników IPN, którzy nie przestrzegają obowiązujących ich przepisów. A później do GIODO trafiają skargi od osób, które znalazły się na liście z różnych przyczyn; także od tych, które są pokrzywdzone w świetle wydanych im z IPN dokumentów, albo są na liście dlatego, że ich teczki pracownicze przekazano do instytutu, jak choćby pracownika BOR zajmującego się organizacją wizyt głów obcych państw. Albo wreszcie mają nieszczęście nosić to samo imię i nazwisko co ktoś z listy. Takich przykładów jest wiele. Ale, jak to się często zdarza nawet w najlepiej zorganizowanej instytucji, niestety najsłabszym ogniwem jest człowiek.
– W swym apelu do marszałka Sejmu zaprotestowała pani przeciw udostępnianiu teczek przez IPN sejmowym komisjom śledczym. Kierownictwo instytutu twierdzi jednak, że teczki nadal będzie przesyłać.
– Wydawanie komisji teczek osobowych jest naruszaniem ustawy o IPN, nie mam co do tego żadnych wątpliwości; nie jestem zresztą osamotniona w tym przekonaniu, bo dokładnie takie samo zdanie wyraził rzecznik praw obywatelskich w swoim piśmie do marszałka Cimoszewicza. Chodzi mi tylko o przestrzeganie przepisów, o to, żeby posłowie, wiedzący przecież, że korzystanie przez nich z teczek IPN-owskich jest nadużyciem prawa, nie żądali tych akt z instytutu. To jest jedna sprawa. Należy ponadto pamiętać, że z inspiracji posłów treść materiałów IPN jest podawana do wiadomości publicznej i nie ma żadnej możliwości obrony przed takim działaniem mediów. Wszyscy boją się mediów, które często posuwają się za daleko w naruszaniu praw osobistych i nie spotykają ich za to żadne konsekwencje. Obywatele nie mają możliwości obrony, o urzędnikach państwowych już nie mówiąc. Skarżyłam się kiedyś dziennikarzom, że nie mam możliwości zamieszczenia sprostowania, bo tygodnik pominął milczeniem moje żądanie, mimo że artykuł składał się z informacji nieprawdziwych od początku do końca. Usłyszałam: gdyby było inaczej, to gazety składałyby się z samych sprostowań.
– Jak pani ocenia odzew na swój apel?
– Odzewem były ataki na mnie. Niektórzy posłowie, którzy uchwalali ustawy o IPN i o ochronie danych osobowych, teraz krytykują urzędnika proszącego o ich przestrzeganie. To taka nasza specyfika, że ciągle mówi się o przestrzeganiu prawa, a efektem są ataki na osobę, która o to zabiega. Ja przecież nie oceniam obowiązujących przepisów, chcę jedynie, by były one przestrzegane, szczególnie teraz, w czasie kampanii wyborczej. U nas niestety wielu osobom bardzo łatwo przychodzi krytykowanie innych za pomocą argumentów pozamerytorycznych. Poza tym w ramach kampanii wyborczej wzywa się do otwarcia wszystkich archiwów bez względu na krzywdę, która może być powtórnie wyrządzona osobom już raz pokrzywdzonym za sprawą umieszczenia w aktach nieprawdziwych, często tendencyjnych notatek przez funkcjonariuszy dawnych służb – ale i z powodu krępujących faktów dotyczących prywatności tych osób. Mają tego świadomość także niektórzy dziennikarze, którzy wskazują na takie konsekwencje otwarcia akt. Jeśli pokazanie „teczki” ma w opinii niektórych polityków uwiarygodnić ich w oczach wyborców, to niech ujawniają swoje własne „teczki”, a nie zmuszają innych, by otwierali „teczki” dla realizacji ich celów wyborczych.
– Jednym z takich ataków na panią był zarzut, iż krytykuje pani Leona Kieresa dlatego, że pani mąż, szef pionu prokuratorskiego IPN, chce ubiegać się o fotel prezesa instytutu.
– To nonsens. Tu nie ma żadnego podtekstu osobistego. Mój mąż nie zamierzał i nie zamierza ubiegać się o stanowisko prezesa IPN, złożył nawet dziennikarzom wiosną oficjalne oświadczenie w tej kwestii, sprawa jest jednoznacznie rozstrzygnięta. To są zwykłe pomówienia. Z ogromną przykrością stwierdzam natomiast, że na te personalne ataki części prasy na mnie nie reaguje np. Rada Etyki Mediów. Jeśli głoszenie ewidentnego kłamstwa i niedotrzymywanie standardów dziennikarskich nie jest naruszeniem etyki mediów, to co nim jest? W niektórych tzw. felietonach są świadome przekłamania i oczywiste bzdury na temat ustawy o IPN, czytelne dla każdego prawnika, ale ludzie, którzy nie znają tej ustawy, mogą pomyśleć, że taka właśnie jest prawda. Ukazują się artykuły kłamliwe od początku do końca – i nie sposób zamieścić sprostowanie.
– Dlaczego złożyła pani do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez prof. Kieresa?
– Dlatego że w IPN nie była przestrzegana ustawa o ochronie danych osobowych, co wykazała kontrola przeprowadzona przez inspektorów GIODO w lutym tego roku, po upublicznieniu tzw. pomocy ewidencyjnych. Prezes IPN nie wykonał podstawowych obowiązków wynikających z tej ustawy, więc na mocy przepisów o ochronie danych osobowych, jak też w związku z treścią art. 304 kodeksu postępowania karnego, musiałam zawiadomić organy ścigania o popełnionym przez niego przestępstwie. Kontrola wykazała, że w IPN nie było podstawowych dokumentów dotyczących zabezpieczenia danych osobowych i systemów informatycznych. Nie wiadomo było, jak te systemy powinny być zarządzane, nie istniała polityka bezpieczeństwa, nie można było ustalić, kto w centrali IPN odpowiada za ochronę jakich zbiorów danych osobowych i jakie są środki zabezpieczenia. Brakowało spisów zbiorów, więc nie można nawet było stwierdzić, co powinno podlegać rejestracji i jak te zbiory mają być chronione. Wszystko to sprawiało, że dane nie były zabezpieczone przed kopiowaniem i dostępem osób nieuprawnionych. Wniosek do prokuratury został złożony w kwietniu, na razie nie ma żadnej reakcji.
– Nie ma pani poczucia traconego czasu? Miała pani chronić dane osobowe – teraz są tak jawne jak nigdy dotąd.
– Patrzy pan na to tylko w aspekcie dzikiej lustracji i otwierania teczek. Ustawa o ochronie danych osobowych obowiązuje podmioty z sektora publicznego i prywatnego i już funkcjonuje w świadomości obywateli, przedsiębiorców, banków, firm ubezpieczeniowych, policji. Uważam, że nasze starania o należyty poziom ochrony danych są coraz skuteczniejsze.

*
Stanowisko rzecznika praw obywatelskich w sprawie ujawniania informacji z zasobów IPN (fragmenty)

Problemem jest niewłaściwa praktyka IPN którą skutecznie kwestionowałem w dwu postępowaniach przed NSA (…). Zabrałem też głos, wskazując na niedopuszczalność wykorzystywania bazy danych z komputera IPN przez polityków, polityczne zaangażowanie dziennikarzy dla celów powszechnej lustracji, bez gwarancji praw osób dotkniętych tym procederem. Szczególnie przykrym rezultatem takiego nieodpowiedzialnego działania była m.in. obraza pamięci Aleksandra Kamińskiego, jednego z bohaterów polskiego państwa podziemnego.
Ostatnie praktyki polegające na ujawnieniu personaliów osób współpracujących rzekomo z organami bezpieczeństwa budzą moje zasadnicze wątpliwości. Nie sądzę, by art. 22 ustawy o IPN upoważniał prezesa do ujawniania z urzędu personaliów osób współpracujących z organami bezpieczeństwa (…). Nie mogę też podzielić poglądu, że zachowanie tajemnicy (…) uniemożliwiałoby wykonywanie zadań instytutu. W dodatku przepis art. 22 wyraźnie stanowi o udostępnieniu dokumentów lub materiałów określonej osobie lub instytucji, nie zaś opinii publicznej (…).
Nie podzielam też poglądu, że art. 14 ustawy o sejmowej komisji śledczej zobowiązuje IPN do udostępniania komisji dokumentów zawierających dane o pokrzywdzonych lub osobach trzecich (także współpracownikach i funkcjonariuszy służb).
Andrzej Zoll

 

Wydanie: 29/2005

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy