Puder dla prezydenta

Puder dla prezydenta

Realutopia

Porto Alegre to mające 1,3 mln mieszkańców miasto w stanie Rio Grande do Sul w południowo-wschodniej Brazylii. Jest ważnym ośrodkiem przemysłowym oraz najważniejszym portem rzecznym w kraju, w którym transport wodny ma ogromne znaczenie. Pod koniec lat 80. miasto było bankrutem. Kiedy w 1989 r. władzę przejęła Partia Pracowników, 98% budżetu przeznaczano na wynagrodzenia, a i tych nie wypłacano na czas. Jedną z pierwszych decyzji nowej władzy było wprowadzenie budżetu partycypacyjnego.

Do zarządzania miastem postanowiono włączyć mieszkańców, przeróżne stowarzyszenia i działające już od kilku lat nieformalne rady ludowe. Wkrótce potem powstał system zarządzania oparty na tym, że o najważniejszych rzeczach oraz priorytetach miejskiej polityki decydowały zebrania sąsiedzkie. Od tamtej pory nieco ograniczono autonomię tych zgromadzeń, ale było to prawdziwe święto demokracji i samorządu. Na samym początku wymagało sporego wysiłku – „pracownicy administracji chodzili dosłownie od domu do domu, namawiając do uczestnictwa w zgromadzeniach”. Po 10 latach uczestniczyło w nich 200 tys. osób.

Taka liczba robi wrażenie. Zwłaszcza gdy przyrównać ją do niewielkich i upartyjnionych rad w polskich miastach. Nie chodzi jednak o samą liczbę – wrażenie robią także efekty. Miasto, które w 1989 r. było bankrutem, 10 lat później mogło się pochwalić zbilansowanym budżetem, dobrym tempem rozwoju, oczekiwaną długością życia cztery lata dłuższą od brazylijskiej średniej, o połowę niższą śmiertelnością niemowląt, powszechnym dostępem do wody pitnej (99% przy średniej krajowej 72%) i bardzo niskim poziomem analfabetyzmu – jednym z priorytetów wskazywanych przez zgromadzenia było szkolnictwo. Sukcesy okazały się tak duże, że model – choć zwykle w bardzo okrojonej formie – zaczęto przenosić do innych miast i krajów. Także wysokorozwiniętych.
W Polsce przez cały ten czas mówiono, że to dziwna idea, która do naszego kraju nie przystaje. Jednak czy właśnie ona jest utopią? – pytał Rafał i odpowiadał: „Na pewno nie stać nas dłużej na powierzanie losów naszej dzielnicy, gminy czy miasta kolejnym politykom i urzędnikom, nad którymi nie ma oddolnej kontroli. Spróbujmy zastosować w praktyce oficjalne deklaracje polityków o »aktywnym« uczestnictwie obywateli w samorządzie lokalnym. Faktyczne uczestnictwo ma miejsce tylko wtedy, gdy mieszkańcy mogą rzeczywiście decydować o przeznaczeniu i sposobie wydatkowania ich pieniędzy” („Bez państwa”, 2007).
– Kim był Rafał? – pytam Łukasza Dąbrowieckiego.
– Dla mnie? Kolegą. Wzorcem osobowym.
– Gdzie pracował?
– Rafał popracowywał. W różnych miejscach. W Jamie Michalika. Przy renowacji mebli.
– Podobno w końcu lat 90. zniknął na rok.
– Była taka historia. Rafał powiedział wszystkim, że jedzie do Hiszpanii. Zrobił to, żeby się nie martwili, bo w rzeczywistości próbował przedostać się do Czeczenii i dołączyć do bojowników.
– Miał charakter?
– Za działalność polityczną wiele razy był zatrzymywany. Trafiał do aresztu. Nigdy jednak się nie chwalił „gibaniem pod celą”. To był dla niego wliczony koszt. Dlatego trzeba podkreślić, że nie był mdłym aktywistą w stylu peace and love. Rafał uważał, że w naszym społeczeństwie są szkodniki i trzeba z nimi walczyć.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 24/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy