Pustynia w Europie Środkowej

Pustynia w Europie Środkowej

Kolejne kraje się wyludniają, napędzając populizm i konflikt kulturowy

Przez prawie tysiąc lat było cywilizacyjnym punktem odniesienia dla połowy świata: politycznie, ekonomicznie, religijnie. W szczytowym okresie panowało nad terytoriami na trzech kontynentach. Kontrolowało życie 12 mln obywateli, mówiących w setkach języków. Skutecznie broniło się przed najazdami innowierców, dzikich plemion z południa i wschodu. Aż wreszcie padło, zmiecione z powierzchni ziemi, a za militarnym upadkiem poszło zapomnienie.

Bizancjum, bo o nim mowa, nie pozostawiło dziś po sobie wiele w namacalnym sensie. Poza bogatym dorobkiem kulturalnym i religijnym, fascynującym historyków i archeologów, to raczej symbol rozkładu niż znak cywilizacji, która przetrwała w glorii i chwale kolejne wieki geopolitycznych zmian. Szczególnie bolesny jest fakt, że na jej miejscu rozkwitł polityczny organizm innowierców, ludzi piszących innym alfabetem, wierzących w innego boga i mających inny kolor skóry.

Jednak w ostatnich latach Bizancjum, przynajmniej jako metafora, przeżywa renesans. Do masowej świadomości przywrócili je środkowoeuropejscy populiści. Opowieści o Konstantynopolu obleganym przez muzułmanów jako ilustracja konieczności obrony rodzimej kultury przed złowrogimi migrantami i uchodźcami to jeden z najczęstszych motywów w przemówieniach premiera Węgier Viktora Orbána. O tragicznym losie Cesarstwa Wschodniorzymskiego przypominali też politycy Prawa i Sprawiedliwości, szef czeskiego rządu Andrej Babiš, a nawet Władimir Putin.

Paralela jest tu dość prosta. Bizancjum był potężne, a teraz nie pamięta o nim nikt. Po części dlatego, że zniszczyli je muzułmańscy najeźdźcy, ale również dlatego, że zgubiło swoją tożsamość, rozbudowywało biurokrację i handel, czyli, mówiąc dzisiejszym językiem, przedłożyło gospodarkę ponad tożsamość. To samo, krzyczą Orbán i Jarosław Kaczyński, stanie się z katolickimi narodami Europy Środkowo-Wschodniej, jeśli nie przestaną wyrzekać się cywilizacyjnych korzeni, zdradzać swojej ojczyzny. A jak wiadomo, zdradą najgorszą jest jej porzucenie, czyli emigracja.

Europa Środkowo-Wschodnia wyludnia się na masową skalę. Wbrew pozorom jednak nie dlatego, że jej mieszkańcy nie rodzą dzieci. Przeciwnie, kumulatywne wskaźniki przyrostu naturalnego mają często tendencję zwyżkową, ale tylko pod jednym warunkiem – że weźmie się pod uwagę dzieci urodzone w społecznościach emigranckich w nowych miejscach pobytu, w Europie Zachodniej. Dawne kraje bloku wschodniego zamieniają się w demograficzną pustynię, bo Zachód, dostępny bezproblemowo po akcesji do Unii z lat 2004-2007, jest znacznie atrakcyjniejszym miejscem do życia. Ci, którym udało się wyjechać i do tej pory nie musieli wrócić (dobrowolnie wraca zdecydowana mniejszość), osiadają za granicą i, świadomie lub nie, wymazują ciągłość cywilizacyjną z regionem, z którego się wywodzą. Z kolei ci, którzy zostali, odczuwają piętno wstydu, życiowej porażki, braku wpływu na własny los.

Związki między masową migracją na Zachód i depopulacją całych regionów Europy Środkowo-Wschodniej a dojściem do władzy populistów opisują politolodzy Iwan Krastew i Stephen Holmes w książce „Światło, które zgasło. Jak Zachód zawiódł swoich wyznawców”. I przytaczają statystyki: w ciągu 12 lat członkostwa w Unii Europejskiej z Rumunii wyjechało ponad 3,5 mln osób, prawie jedna piąta ludności kraju. Populacja Łotwy skurczyła się o niemal identyczny odsetek, a Litwy o 17,2%, jak podaje Komisja Europejska. O ponad 22% mniej osób mieszka też w Bułgarii. Bardzo licznie wyjeżdżali i wciąż wyjeżdżają młodzi. Według badań przeprowadzonych w 2007 r., a więc wkrótce po wejściu Polski do Wspólnoty, przez dr Ewę Jaźwińską z Uniwersytetu Warszawskiego aż 29% ankietowanych migrantów pierwszy kontakt z pracą zawodową miało właśnie w kraju, do którego wyemigrowali. Poszerzenie Unii Europejskiej na wschód oznaczało dla tamtejszych elit politycznych spełnienie cywilizacyjnego snu, domknięcie procesu rozpoczętego pokojowymi rewolucjami roku 1989. Tylko że, jak słusznie zauważają Holmes i Krastew, były to bodaj pierwsze rewolucje we współczesnej historii ludzkości, po których nie obserwowaliśmy zmuszania do emigracji przegranych, a wręcz przeciwnie – otwarte zachęcanie do wyjazdu tych, którzy owe rewolucje wygrali, i ich potomków. Liberałowie, młodzi, klasa średnia, drobni przedsiębiorcy, ale też ci, którzy po prostu szukali szansy na lepsze życie, mieli wreszcie na wyciągnięcie ręki wymarzony Zachód. Realizowali więc swoje marzenie, zostawiając za sobą coraz większą pustkę.

Podobne statystyki dotyczące depopulacji można przytoczyć właściwie dla każdego kawałka tej części świata, który w ostatnich latach przechodził liberalną transformację. Nawet dla krajów już nieistniejących, jak NRD, która po zjednoczeniu Niemiec doświadczyła ogromnego drenażu mózgów i migracyjnego przesunięcia na zachód. Niektóre, jak Polska, miały w tym nieszczęściu trochę szczęścia. Ostatecznie rąk do pracy w naszej gospodarce jeszcze za bardzo nie brakuje, bo wakaty spowodowane migracją zapełnili Ukraińcy i Białorusini, a więc przybysze relatywnie homogeniczni wobec nas kulturowo i etnicznie. Po części dlatego groźnie rzucane wyrywki z Teorii Wielkiego Zastąpienia, ulubionego paradygmatu europejskiej skrajnej prawicy, w Polsce nie robią takiego wrażenia. Teoria ta zakłada bowiem, że głównym celem masowej migracji z Afryki i Bliskiego Wschodu jest „zastąpienie” nacji chrześcijańskich przez narody muzułmańskie, zajęcie ich miejsca.

Tego boją się wszyscy środkowoeuropejscy populistyczni liderzy. To dlatego Orbán, wysłuchując podszeptów amerykańskiego spin doktora Steve’a Bannona, tłumaczył Donaldowi Trumpowi, że w konflikcie migracyjnym „to Węgrzy są jak Indianie w Ameryce”, a Jarosław Kaczyński najpierw robił z uchodźców bombę biologiczną w skali masowej, a potem wspierał Różaniec do Granic – fizyczną manifestację lęku przed oblężeniem Rzeczypospolitej przez hordy z południa i wschodu.

Z politycznego punktu widzenia fobie populistów nie są pozbawione sensu. Obywatele, którzy wyjeżdżają na Zachód, w zdecydowanej większości liberalizują się kulturowo i politycznie. Pojedyncze „twierdze prawicy” wśród migrantów są raczej anegdotycznym wybrykiem wyolbrzymianym przez media, bez wpływu na ogólny kształt polityki. Odwrotnie niż liberałowie. Migranci mogą bowiem mieszkać w Londynie, Paryżu czy Sztokholmie, mogą nawet przejść na islam czy przestać mówić w ojczystym języku, nie tracą jednak praw wyborczych. A że z wykluczającymi inne tożsamości populistami im nie po drodze, głosują na takich jak oni sami – prounijnych, stylizujących się na zachodnich liberalnych polityków, najlepiej mężczyzn w średnim wieku. W Polsce prawie przeważyli w wyścigu prezydenckim, zagranica wybrała Trzaskowskiego przeciw Dudzie w stosunku prawie 3:1.

W Rumunii koszmar populistów już się zmaterializował. Klaus Iohannis, zachodni do bólu, bo do liberalnej orientacji politycznej dopisujący pochodzenie z niemieckiej mniejszości, został w 2014 r. prezydentem głównie dzięki ponad 300 tys. głosów z zagranicy, które ostatecznie przeważyły szalę na jego korzyść. Dlatego nie jest przypadkiem systematyczne ograniczanie praw wyborczych społeczności emigranckich. Populiści starają się ich delegitymizować, bo nie reprezentują już tej pierwotnej, jedynej akceptowalnej tożsamości narodowej. A przede wszystkim nie mieszkają w kraju, więc nie powstrzymują jego depopulacji. Nie robią nic, by ich ojczyzna nie stała się kolejnym Bizancjum.

Prognozy demograficzne są dla Europy Środkowo-Wschodniej nieubłagane. Według ONZ Bułgaria w ciągu najbliższych trzech dekad straci jedną czwartą obecnej populacji. Węgry ponad 15%, tak samo Rumunia. Słowacy stracą milion mieszkańców, Czesi – 300 tys. W niektórych krajach są już całe wyludnione połacie. Co prawda, populiści starają się ten trend odwrócić, tworząc programy wspierające przyrost naturalny, takie jak 500+, ale straty poniesione wskutek liberalnej migracji zdają się dziś nie do odrobienia. Jedyny ratunek przed zamianą całego regionu w populacyjną pustynię to w tej chwili otwarcie się na „nowych” Węgrów, Polaków, Rumunów, tych z Afryki i Bliskiego Wschodu. Oni wciąż chcą tam mieszkać. Używając więc tak lubianej przez Orbána metafory, gospodarze Bizancjum lepiej na tym wyjdą, jeśli bramy swoich stolic otworzą przed przybyszami sami. Prędzej czy później i tak zostaną sforsowane, a bez współpracy z „nowymi” trudno myśleć o przetrwaniu na kartach historii.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 48/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy