Rację mają mięczaki

Najpierw pan premier, a potem pan prezydent udali się do Stanów Zjednoczonych, co dla opinii amerykańskiej było tak silnym przeżyciem, że aż trudno doszukać się jego śladów w amerykańskich gazetach czy serwisach telewizyjnych. Po prostu ich zatkało.
Wcześniej, w Brukseli, wyraził to już na głos pan Barroso, który przedstawiając prasie naszego premiera niedługo po rozmowie z naszym prezydentem, powiedział, że ma dziwne wrażenie, jakby go już znał osobiście, chociaż wie, że spotykają się po raz pierwszy. Podobnemu wrażeniu uległ w Ameryce prezydent Bush i kiedy zaproponowano mu, aby spotkał się z prezydentem Najjaśniejszej, upierał się, że identycznego człowieka już klepał po ramieniu parę dni temu w gabinecie wiceprezydenta Cheneya.
Są to, rzecz jasna, drobiazgi, niepozbawione nawet wdzięku, które stanowią o naszej specyfice narodowej.
Ważniejsze jednak, że obaj nasi przywódcy, bawiąc w Stanach Zjednoczonych, jednym głosem zadeklarowali, że Polska brać będzie udział w rozmaitych interwencjach zbrojnych i, jak ujął to prezydent, „jesteśmy wszędzie, gdzie nas potrzebują”. Premier przez usta swego ministra obrony zadeklarował, że podniesie nasz kontyngent zbrojny w Afganistanie do tysiąca dusz, uzbrojonych po zęby, prezydent zaś podbił jeszcze tę stawkę, zapowiadając powiększenie naszych sił zbrojnych w Libanie, i nie wykluczył przedłużenia polskiej obecności w Iraku. Czyniąc to, premier podkreślił, że polski tysiąc walecznych powinien być przykładem dla innych państw NATO, które ociągają się z wojną w Afganistanie, prezydent zaś ironizował na temat UE, że „Wspólnota 25 bogatych krajów nie powinna mieć problemów z przygotowaniem 100 tys. dobrze wyszkolonych i wyposażonych żołnierzy”.
I to są już sprawy poważne, nad którymi warto się zastanowić. Jest to wybór brzemienny w skutki.
Jeśli bowiem kraje NATO i państwa unijne wycofują się rakiem ze zbrojnych interwencji amerykańskich albo wręcz nie chcą do nich przystąpić, nie czynią tego z braku środków, niedostatku wojska czy sprzętu, lecz z przekonania, że jest to postępowanie niesłuszne. Nie jest też tak, jak pisał jeden z publicystów amerykańskich, że Europa jest kontynentem mięczaków, którzy najwyżej mogą potrzymać marynarkę Ameryce, podczas gdy ta, zakasawszy rękawy, bierze się do mordobicia z zagrażającymi światu łobuzami. Bo te mięczaki mają rację.
Postawa krajów europejskich wynika, moim zdaniem, z dwóch przesłanek.
Po pierwsze więc, z doświadczenia, jakie kraje te nabyły w okresie kolonialnym, mając na co dzień do czynienia z krajami islamu. Wiedzą, że jest to kultura odmienna, bardzo silnie przywiązana do swoich własnych wartości i żadna interwencja zbrojna nie spowoduje, że nazajutrz po zwycięstwie Ameryki czy NATO Irakijczycy i Afgańczycy przyjmą reguły demokracji parlamentarnej i zachowywać się będą jak mieszkańcy Indiany czy Nebraski. Doświadczamy tego właśnie teraz na przykładzie Iraku i Afganistanu, gdzie odbyły się przecież demokratyczne wybory, które w Iraku dały jednak w efekcie wojnę religijną, a w Afganistanie w niczym nie zmieniły struktury plemiennej jako podstawy społeczeństwa, wzmacniając przy tym talibów.
Można mówić, że jest to kultura niższa, mniej demokratyczna, co wymknęło się z ust Benedykta XVI albo co wykrzyczała w ostatnim swoim nieszczęsnym tekście zmarła niedawno Oriana Fallaci, zionąc gniewem i nienawiścią, co niech jej Allah wybaczy. Ale interwencje zbrojne nie ulepszają ani nie demokratyzują tej kultury, lecz przeciwnie, wzmacniają jej najgorsze, najbardziej fanatyczne cechy.
Po drugie jednak, co znacznie ważniejsze, kraje europejskie wiedzą, że – czy nam się to podoba, czy nie – żyjemy w przejściowej epoce cywilizacji, kiedy dotychczasowy podział na europejski świat białych i na świat kolorowych dobiega końca. Z roku na rok liczba kolorowych mieszkańców Francji, Wysp Brytyjskich, Włoch, a nawet krajów skandynawskich powiększa się, rosną tu także wpływy islamu i procesu tego nie da się już zatrzymać. Jest on rezultatem nierównego podziału bogactw.
Jeszcze jakiś czas temu, po II wojnie światowej, która dała początek dekolonizacji, istniała alternatywa: albo pieniądze pójdą tam, gdzie są biedni, tworząc im ludzkie warunki życia, albo biedni pójdą tam, gdzie są pieniądze. Dziś wiadomo, że pierwsza z tych możliwości została już zaprzepaszczona. Pisze o tym od lat Noam Chomsky, guru alterglobalizmu, dowodząc nawet, że sekretne porozumienia krajów Zachodu zakładały, iż powojenna odbudowa Europy odbędzie się kosztem Afryki. Tak też się stało.
Została więc tylko druga możliwość, to znaczy niepowstrzymany napływ ludzi z Trzeciego Świata do Europy, w której są pieniądze. A więc to właśnie, przeciw czemu miotała się w swoim szaleństwie Fallaci, pomstując, że wróg jest już obok nas, mieszka na tej samej ulicy, chodzi w takim samym jak nasze garniturze.
Tak jest w istocie, choć brzmi to pesymistycznie.
Jedynym zatem wyborem, jaki nam jeszcze pozostał, jest wybór pomiędzy pokojowym, a nawet przyjaznym współżyciem z owym rzekomym wrogiem a wojną. Wiemy, że dotychczas owo pokojowe współżycie nie bardzo się udaje. Atak na WTC pięć lat temu przeprowadzili ludzie mówiący po angielsku i wyszkoleni w amerykańskich szkołach pilotażu. Atak na londyńskie metro przeprowadzili obywatele brytyjscy. Urodzeni we Francji mahometanie niedawno podpalali Paryż. Na oko więc rzecz wygląda beznadziejnie. Przypomnijmy sobie jednak, że nie dalej niż pół wieku temu czarni mieszkańcy przedmieść też podpalali Amerykę i nie brakło takich, którzy sądzili, że tylko walka zębami i pazurami może ją uratować. Dziś sekretarzem stanu jest osoba o ciemnej karnacji skóry, nie bez szans nawet w wyborach prezydenckich, a nadzieją Ameryki w tenisie, ekskluzywnym sporcie białych, są siostry Williams i afroamerykański tenisista Blake.
Dlaczego nie uczymy się na tym doświadczeniu Ameryki, przyjmując zamiast tego jej imperializm?
Deklarując się po stronie wojny i interwencji, nie wykonujemy bowiem ot takiego sobie gestu politycznego, który być może ułatwi nam jakieś interesy z Amerykanami, choć jest to wątpliwe. Dokonujemy wyboru historycznego. Nie chodzi już nawet o to, ilu naszych żołnierzy powróci do domu w plastikowych workach, choć nie jest to błahostka, ani nawet o to, że deklarując się tak ochoczo po stronie wojny, wystawiamy na niebezpieczeństwo Warszawę, Kraków czy Gdańsk. Chodzi o to, że wykonujemy krok historycznie fałszywy, który utrudni i zaciemni przyszłość. Wiadomo, że pierwsze kroki w tę stronę wykonał rząd lewicy i brzmi to trochę głupio. „Spieprzyliśmy wszystko”, powiedział niedawno z godną podziwu szczerością premier Węgier, co dało początek burzliwym rozruchom ulicznym. Spieprzyliśmy bardzo ważny wybór w polityce światowej – powinni powiedzieć sobie nasi politycy lewicy.
Ale czy musimy brnąć w to dalej, z jeszcze większym uporem?

Wydanie: 39/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy