Ratujcie moje dziecko

Ratujcie moje dziecko

600 tys. dzieci i nastolatków wymaga pomocy psychiatrycznej

Zaczęło się dwa lata temu: wcześniej dość towarzyski i lubiący szkołę chłopiec teraz opuszcza się w nauce. Staje się na zmianę apatyczny i agresywny, sprawia trudności wychowawcze. Matka 13-letniego Łukasza – tak chłopiec ma na imię – z początku sądzi, że zmiana w jego zachowaniu ma związek z okresem dojrzewania. Kiedy jednak do nietypowych zachowań dziecka dochodzą lęki – Łukasz miewa koszmary, boi się chodzić do szkoły, poważnie się niepokoi. Szuka pomocy najpierw u szkolnej psycholożki – kończy się na 20-minutowej pogadance o nagrodach i karach. Tymczasem Łukasz coraz bardziej się zamyka, ma coraz gorsze oceny. Matka zgłasza go do rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej, ale jest koniec roku szkolnego, więc na najbliższą konsultację trzeba czekać co najmniej do września. Po kilku wizytach – zajmujących łącznie ponad pół roku – dowiaduje się, że nie ma powodu do obaw, syn nie ma przecież dysgrafii ani dysleksji, inteligencja w normie.

Żeby zapisać dziecko do psychologa w placówce NFZ, musi mieć skierowanie od lekarza – zdobywa je wprawdzie stosunkowo szybko, ale na wizytę znowu trzeba czekać. Kiedy już dochodzi do konsultacji, psycholożka odsyła chłopca do psychiatry. Najbliższy dostępny w poradni termin przekracza rok. Prywatnie – kilka miesięcy, jednak pełna diagnoza będzie wymagać więcej niż jednej wizyty. Znowu czekanie. Tymczasem złe samopoczucie nastolatka z miesiąca na miesiąc zdaje się pogłębiać, Łukasz przestaje z kimkolwiek się spotykać, mówi: „jestem najgorszy” albo „nie chcę żyć”.

– Boję się, że syn coś sobie zrobi – Justynie, matce nastolatka, łamie się głos. – Od kiedy zaczęłam szukać pomocy, minęło prawie półtora roku. Gdziekolwiek się zwracam, trafiam na mur. Sama jestem na lekach uspokajających, inaczej nie dałabym rady.

Kryzysem psychicznym dotkniętych jest aż 20% polskich dzieci i nastolatków – 1,2 mln. Z kolei, według danych cytowanych m.in. przez rzecznika praw dziecka, ponad 9% dzieci i młodzieży zmaga się z zaburzeniami wymagającymi wsparcia psychiatry. To 600 tys. osób w wieku rozwojowym. – Te 20% to dzieci zmagające się z problemami wymagającymi jakiejś zewnętrznej interwencji, choćby psychologicznej lub pedagogicznej. Rzecz w tym, że systemu wczesnej prewencji w Polsce właściwie nie ma. Tylko niewiele ponad 10% szkół zatrudnia psychologów, a poradnie psychologiczno-pedagogiczne rzadko prowadzą działania terapeutyczne. Powiatowe centra pomocy rodzinie zajmują się z kolei warunkami socjalno-bytowymi dziecka, a nie jego zdrowiem psychicznym. A bez odpowiedniej pomocy w odpowiednim czasie stan dziecka się pogarsza – wyjaśnia prof. Tomasz Wolańczyk, ordynator Oddziału Psychiatrii Wieku Rozwojowego z Dziecięcego Szpitala Klinicznego na ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. – Wtedy dziecko teoretycznie powinno trafić do systemu opieki psychiatrycznej. Tylko że ten system nie działa.

Innymi słowy, dzieci, które dziś potrzebują psychologa, wkrótce będą potrzebować psychiatry. Tymczasem na 6 mln polskich dzieci i nastolatków przypada ich zaledwie 416 – oznacza to, że większość dzieci potrzebujących pomocy na wsparcie z NFZ liczyć nie może. Te, którym uda się trafić do systemu, dostaną je dopiero w ostateczności – o ile wcześniej nie dojdzie do tragedii.

System, którego nie ma

– W naszej poradni okres oczekiwania na wizytę u psychiatry wynosi trzy lata, a wielu pacjentów potrzebuje pomocy natychmiast. Ich stan się pogarsza do momentu, w którym wymagają hospitalizacji. A my nie mamy środków ani personelu, żeby przyjmować ich wszystkich. Na 20 zakontraktowanych łóżek mamy 35 pacjentów – mówi dr Anna Herman, rezydentka również pracująca na Oddziale Psychiatrii Wieku Rozwojowego w szpitalu na Żwirki i Wigury. – Niedawno przywieziono do nas dziewczynkę z zaburzeniami odżywiania. Dziecko było w stanie bezpośredniego zagrożenia życia: 32 kg przy 170 cm wzrostu. Z rozmowy z rodzicami wynikało, że córka czekała na konsultację z psychiatrą – tylko że do wizyty zostało jej jeszcze kilka miesięcy.

Jak wskazują specjaliści, najbardziej widać wzrost liczby młodych pacjentów z zaburzeniami depresyjnymi i lękowymi, a także zaburzeniami zachowania i odżywiania, np. anoreksją i bulimią.

– Problemy psychiczne dzieci i młodzieży nasilają się od kilku lat. Chodzi szczególnie o takie zaburzenia, które wiążą się z zagrożeniem życia, np. próby samobójcze czy samouszkodzenia – zwraca uwagę z kolei dr Lidia Popek, ordynatorka dziecięcego oddziału psychiatrycznego w podwarszawskim Józefowie i konsultantka województwa mazowieckiego ds. psychiatrii dzieci i młodzieży. – Na nasz oddział przyjmowane są w tej chwili tylko te dzieci, których stan zagraża ich bezpieczeństwu. Co gorsza, ich wiek coraz bardziej się obniża – zdarza nam się przyjmować dziewięciolatki, które targnęły się na życie. Większość naszych pacjentów nie musiałaby tu się znaleźć, gdyby interwencja nastąpiła odpowiednio wcześnie. Tymczasem ponad 60% dzieci, które przyjmujemy na oddział, nie uzyskało wcześniej żadnej specjalistycznej pomocy. Szpital psychiatryczny jest dla nich pierwszym kontaktem z psychiatrą w ogóle.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 11/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Fotolia

Wydanie: 11/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy