Raz na tysiąc lat

41 lat temu przeprowadzono w Warszawie największą defiladę ówczesnej Europy

Warszawiacy tłumnie stawili się, żeby podziwiać defiladę z okazji Święta Wojska Polskiego. Mieszkańcy stolicy są pod tym względem uprzywilejowani, bo i wcześniej mieli co oglądać. W powojennym 30-leciu Warszawa była bowiem miejscem największych defilad wojskowych w Europie (na zachód od Bugu).
Największa spośród nich z pewnością była Defilada Tysiąclecia, zorganizowana 22 lipca 1966 r. dla uczczenia oficjalnego tysiąca lat polskiej państwowości. Miała to być impreza konkurencyjna wobec masowych obchodów tysiąclecia chrztu Polski, organizowanych przez Kościół. Wprawdzie już kto inny ustalił, że Kościół i papież nie mają własnych batalionów, więc przewaga imprezy wojskowo-państwowo-partyjnej wydawała się oczywista – ale wielką defiladę da się przeprowadzić tylko raz, podczas gdy obchody kościelne mogą się ciągnąć miesiącami, więc są skuteczniejsze w walce o rząd dusz.
Przeprowadzono ją jednak z wielkim rozmachem, uczestniczyło w niej kilka tysięcy żołnierzy z oddziałów Warszawskiego Okręgu Wojskowego i nie tylko, przemarsz wojsk i sprzętu trwał prawie trzy godziny.

Nie wszystkich pokazano

– Było to bardzo poważne przedsięwzięcie logistyczne. Trwał wtedy spór z Kościołem, który czcił tysiąclecie chrześcijaństwa, więc powstał zamysł, by przedstawić tysiącletnią ciągłość polskiego państwa i polskiej wojskowości, wykazać, że jesteśmy spadkobiercami tych tradycji – wspomina gen. Wojciech Jaruzelski, wówczas szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
W wielokilometrowej kolumnie, która maszerowała przez plac Defilad, szli żołnierze z wszystkich epok, zaczynając od wojów piastowskich (a ściślej drużynników Mieszka i Chrobrego oraz zastępów Bolesława Krzywoustego), poprzez rycerstwo doby Grunwaldu, piechotę łanową, skrzydlatą husarię, towarzyszy pancernych (nie chodziło tu bynajmniej o czołgistów z T-34), lekką jazdę z Dzikich Pól i dragonię małego rycerza, aż po napoleońskich szwoleżerów, wojska Księstwa Warszawskiego i obu naszych powstań, żołnierzy I i II wojny światowej, partyzantów. – Nie tylko z Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Maszerowały również Bataliony Chłopskie, no i partyzanci Armii Krajowej – podkreśla gen. Tadeusz Tuczapski, główny organizator Defilady Tysiąclecia, wtedy szef Inspektoratu Szkolenia.
Trzeba jednak stwierdzić, że przekrój naszego wysiłku zbrojnego nie był kompletny, gdyż żołnierzy od Maczka i Andersa nie pokazano…

Siła armii

Przede wszystkim jednak w Defiladzie Tysiąclecia uczestniczyły współczesne formacje LWP, reprezentowany był każdy rodzaj sił zbrojnych, oczywiście z wyjątkiem marynarki wojennej (choć marynarze maszerowali). – Pokazaliśmy prawie wszystko, czym mogliśmy się pochwalić – dodaje gen. Tuczapski.
Przez plac Defilad jechały więc czołgi T-54 i ich nowoczesna na owe czasy wersja T-55, czołgi pływające PT-76, działa pancerne (to takie czołgi z nieruchomą wieżą) ASU-85, przeciwlotnicze działa samobieżne ZSU-23-4, transportery opancerzone BWP (czyli pływające bojowe wozy piechoty na gąsienicach, z wieżami obrotowymi uzbrojonymi w działo i rakietę). No i oczywiście rakiety – od lżejszych, przeciwlotniczych, przez wyrzutnie taktyczne (po dwie rakiety na wielkich ciężarówkach) do wyrzutni gąsienicowych dźwigających jedną potężną rakietę operacyjną – taką, o której mówiło się, że w razie czego można ją wyposażyć w głowicę atomową (choć broni jądrowej na terenie Polski nie było).
Górą zaś leciały samoloty – myśliwce MiG-19 i najnowocześniejsze wówczas w Układzie Warszawskim MiG-21, cięższe samoloty myśliwsko-bombowe SU-7. Część samolotów utworzyła w powietrzu taflę – czyli szachownicę złożoną z 20 maszyn (dziś ze względu na poziom wyszkolenia polskich pilotów i bezpieczeństwo nie lata się w takich formacjach). No i były też nieśmiertelne samoloty szkoleniowe Iskra. Jest to jedyny rodzaj uzbrojenia, który wystąpił i w defiladzie z 1966 r., i w tegorocznej.

W galowych mundurach

Przygotowania do Defilady Tysiąclecia trwały kilka tygodni, ćwiczono na warszawskim lotnisku wojskowym, odbyło się parę prób w stolicy (zamykano wtedy dla ruchu kwartał od Teatru Wielkiego do Pałacu Kultury). Również w strojach historycznych szli żołnierze służby czynnej. Ci, którym przypadło reprezentować kawalerię, odbyli intensywny kurs jazdy konnej. Choć trzeba było wykonywać wiele manewrów z udziałem ciężkiego sprzętu, to ani w okresie przygotowań, ani w czasie defilady nie doszło do żadnego poważnego wypadku, nikt nie zginął.
– W 1966 r. było znacznie więcej sprzętu i wojska. Teraz żołnierze szli w szyku czwórkowym, a w 1966 r. w jednym szeregu maszerowało aż ośmiu żołnierzy. Taki szyk wymaga lepszego wyszkolenia, bo jest znacznie trudniejszy w manewrowaniu. No i najważniejsza różnica – w tej defiladzie żołnierze i oficerowie, z wyjątkiem kompanii reprezentacyjnej, szli w mundurach polowych, podczas gdy my wystąpiliśmy w strojach galowych. Rozumiem, że chodzi o podkreślenie, iż polskie wojsko bierze udział w misjach na pustyni, ale przecież to jest uroczysty moment, święto wojska, więc należało być w mundurach galowych – podkreśla gen. Wojciech Jaruzelski.
Defilada Tysiąclecia jest największą w naszych dziejach, jednak niewiele ustępowała jej Defilada Trzydziestolecia PRL w 1974 r. Ale cóż, było i skończyło się, bo później ekipa Edwarda Gierka uznała, że kraju nie stać na organizowanie tak kosztownych pokazów, a i klimat polityczny w Polsce okazał się nie po temu.

 

Wydanie: 34/2007

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy