Recepta na sukces

Recepta na sukces

Bardzo trudno zreformować służbę zdrowia. W ogóle trudno jest reformować państwo.
Reformy kosztują. Trzeba za nie płacić. Także społecznym poparciem. Trudno prowadzić skuteczną politykę zagraniczną, gdy równocześnie prowadzą ją prezydent i rząd, a koncepcje tej polityki mają odmienne. Mało tego, gdy prezydent osobiście nie cierpi premiera i ministra spraw zagranicznych. Przez ponad rok rządzą PO i PSL. Ten rok to rok rządu spokojnego administrowania. Powie ktoś: na tle szaleństw poprzedniego rządu to i tak dużo.
Zgoda. Dużo. W czasach stabilnych spokojne administrowanie to rządzenie niemal idealne. Ale nasze czasy stabilne nie są. Przede wszystkim istnieją wszystkie te korzenie zła, z których wyrosło niegdyś poparcie dla PiS. Przy sprzyjających okolicznościach z tych korzeni może ono znów odrosnąć. Idzie kryzys światowy. Polska nie leży na księżycu. Jest częścią światowego systemu gospodarczego. Jakie rozmiary przyniesie recesja w krajach zachodnich, tego, zdaje się, nie wie nikt. Tym bardziej nie wiadomo, jak ta recesja odbije się na naszej gospodarce. Czy i na ile zmniejszą się u nas inwestycje zachodnie, na ile zmniejszy się nasz eksport, bo zmaleje popyt, w tym także na nasze towary? O ile spadnie zatem nasza produkcja, jakie zakłady trzeba będzie
zamknąć, a w ilu zmniejszyć produkcję? O ile trzeba będzie zmniejszyć zatrudnienie, o ile spadną zarobki? Ilu Polaków, szukających dziś szczęścia (i pracy!) na Zachodzie wróci do Polski? Kto dziś odpowiedzialnie odpowie na te wszystkie pytania?
To nie jest czas na spokojne administrowanie. Kryzys gospodarczy przekłada się zwykle na kryzys społeczny, ten ostatni na kryzys polityczny. Kto na tym zyska? Lewicy praktycznie nie ma i nic nie wskazuje na to, że jest w stanie szybko się pozbierać. Istnieje więc realne niebezpieczeństwo, że na kryzysie zyskają te siły polityczne, które będą najbardziej populistyczne. Niestety największe szanse ma PiS. Nie tylko dlatego, że gdy mu trzeba, potrafi być skrajnie populistyczne. Ma coś więcej. Ma znakomite przyczółki. Nadal ma media publiczne i sporo zaprzyjaźnionych tytułów gazet. Nadal ma IPN, CBA, prokuraturę, która wciąż jest w rękach nominatów Ziobry, ma znaczną część endecko nastawionego duchowieństwa. W odwodzie jeszcze prawicowego, konserwatywnego rzecznika praw obywatelskich.
Jeśli więc Platforma, nie mając sił, by reformować państwo, chciałaby zrobić coś pożytecznego, to po pierwsze, podpisałaby Kartę praw podstawowych. Po drugie, umacniała reguły państwa prawa, budowała jego autorytet. Dokonała zasadniczych zmian w prokuraturze, rozliczyła ją z politycznych śledztw z czasów rządów PiS i zabezpieczyła jej apolityczność na przyszłość. Zmieniła ustawę o IPN. Wszystko to są wartości trwałe. W tych działaniach PO może liczyć na wsparcie SLD.
Nie czyni tego. Chce za to odnosić sukcesy w walce z komunizmem. Walka z nieistniejącym przeciwnikiem wróży sukces. Szybki. Niestety na krótko. Przy okazji psuje standardy państwa prawa. Poniesie kiedyś Platforma tego konsekwencje.
Do czego to Platformie potrzebne? Jako jedyny poważny sukces dla poprawienia samopoczucia? Chce zabrać PiS czarnosecinną część elektoratu? Po co?
Ustawa obniżająca świadczenia emerytalne członkom WRON oraz emerytom rozwiązanej w 1990 r. Służby Bezpieczeństwa zaspokaja może pragnienie zemsty pewnej liczby frustratów, ale łamie najbardziej elementarne zasady państwa prawa. Wprowadza odpowiedzialność zbiorową, wyręcza sąd w wymierzaniu sprawiedliwości, łamiąc konstytucyjną zasadę trójpodziału władz. Wyręcza też historyków i naukę historii w ferowaniu wyroków historycznych. Podważa na koniec zaufanie do samego państwa. Każdy z tych powodów jest wystarczający, by ustawę tę uznać za niekonstytucyjną.
Ustawa obniża emerytury – i to znacznie – m.in. tym funkcjonariuszom byłej SB, którzy w 1990 r. przeszli pozytywnie weryfikację. Przypomnę. W roku 1990, po rozwiązaniu SB, jej funkcjonariusze, jeśli chcieli podjąć służbę w organach III RP, musieli zgodnie z uchwałą nr 69 Rady Ministrów (przyjętą przez rząd Tadeusza Mazowieckiego) przejść weryfikację. Komisje weryfikacyjne, działając na mocy tej uchwały, miały orzec, czy stający do weryfikacji funkcjonariusz byłej SB „posiada kwalifikacje moralne do pełnienia służby, zwłaszcza że:
1) w toku dotychczasowej służby nie dopuścił się naruszenia prawa; 2) wykonywał swoje obowiązki służbowe w sposób nienaruszający praw i godności innych osób; 3) nie wykorzystywał stanowiska służbowego do celów pozasłużbowych”.
Ci, którym w 1990 r. poświadczono, że mają kwalifikacje moralne do służby w organach III Rzeczypospolitej, wobec których uznano, że służąc w PRL, nie naruszyli nie tylko prawa, lecz także praw i godności innych ludzi, w 2008 r. zostali przez to samo państwo polskie zbiorowo ukarani. Obniżono im ponadtrzykrotnie podstawę wymiaru emerytury.
Co w ciągu tych 18 lat wydarzyło się nowego? Co spowodowało taką zmianę oceny tych ludzi i ich służby przez to samo państwo?
Drugi pomysł na szybkie zwycięstwo (nad komunizmem, oczywiście) to kolejna ustawa o likwidacji symboli komunistycznych. Nie chcę tu bronić tych symboli. Chcę zwrócić uwagę, że za ustawą tą kryje się pewna wizja państwa. Niebezpieczna wizja. Wizja, w której państwo wie lepiej od obywateli, co jest dobre, co złe, co piękne, a co szpetne. Wie lepiej i tę swoją wizję wspiera prawem. Bez tej ustawy, jeśli ludziom (samorządom) nie podobają się symbole komunizmu, a więc rozmaite nazwy ulic czy placów, pomniki czy tablice pamiątkowe, to mogą wedle swej woli je usunąć. Prawo im na to pozwala. Mogą je też pozostawić, jeśli im nie przeszkadzają albo jeśli są do nich w jakiś sposób przywiązani. To też ludziom wolno!
Przekonanie, że lud błądzi, a władza wie lepiej, co dla ludzi jest dobre, jest bardzo niebezpieczną doktryną. Nawiasem mówiąc, odległą od zasad liberalnej demokracji, do której Platforma tak chętnie się przyznaje.

Wydanie: 50/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy