Szok kulturowy prezesa

Szok kulturowy prezesa

Na Forum Ekonomicznym w Karpaczu prezes Kaczyński wyznał, że 33 lata temu był w Wiedniu, gdzie przeżył szok kulturowy i od razu się zorientował, że znalazł się w obcej kulturze.

Właściwie wiedzieliśmy to wcześniej i bez tego wyznania. Skoro jednak prezes publicznie to powiedział, warto poświęcić jego wspomnieniu więcej uwagi. Ten szok musiał mieć kilka przyczyn. Pierwsza to zapewne język. Znalazł się prezes w obcym kraju, którego mieszkańcy mówili w nieznanym mu języku, w dodatku wszystkie napisy, jakie dostrzegł w przestrzeni publicznej, też były w tym nieznanym języku. Nawet nie wiem, czy prezes się zorientował, że to niemiecki. Może się nie zorientował, bo gdyby wiedział, że ten nieznany mu język to niemiecki, szok zapewne byłby jeszcze większy, a ów język brzmiałby nie tylko obco, ale nawet złowrogo. Bo do Niemców i ich języka prezes ma uraz szczególny.

Aż się boję, że gdy teraz prezes sobie przypomniał niegdysiejszą traumę, mogło to u niego uruchomić łańcuch uśpionych mechanizmów. Czy nie uświadomi sobie, że Austria uczestniczyła w rozbiorach Polski, a więc należy się nam od Austrii stosowna rekompensata. Za ponad sto lat zaborów powinna być niemała! Szczegółowo wielkość roszczeń obliczy najpewniej jakaś pisowska komisja. Metodykę obliczeń wysokości należnej rekompensaty opracował już poseł Mularczyk. Jest on prawnikiem, zanim został posłem, wykonywał zawód adwokata w Nowym Sączu. Co prawda, najstarsi nowosądeccy adwokaci nie pamiętają, aby mecenas Mularczyk skutecznie wygrał przed sądem jakąś większą sprawę odszkodowawczą, ale to o niczym nie świadczy. Po pierwsze, mogą nie pamiętać, mogą też złośliwie udawać, że nie pamiętają. Po drugie, od czasów gdy Mularczyk wykonywał praktykę adwokacką w Nowym Sączu, minęło sporo lat, mógł od tego czasu się rozwinąć. Tak czy owak, rząd austriacki już powinien czuć niepokój.

Zostawmy jednak Mularczyka w spokoju, wróćmy do prezesa. To, że oprócz polskiego (z żoliborskim akcentem) prezes nie zna żadnego innego języka, również wiadomo. Można zasadnie podejrzewać, że w każdej europejskiej stolicy czułby się nieswojo i byłby zaszokowany. Wolno mu. Gdyby był osobą prywatną, byłoby to może zabawne, ale nieszkodliwe. Siedziałby sobie ze swoim kotem na Żoliborzu i nawet nie posiadając konta w banku ani karty kredytowej, jakoś by sobie w pobliskich sklepach robił zakupy, płacąc gotówką. Z ekspedientkami po polsku by się dogadał, nawet mógłby kogoś zagadnąć na ulicy. Nazwę sklepu by odczytał, rozumiał rozkład jazdy, „Gazetę Polską” (nie tylko z nazwy, ale i z języka) poczytał, TVP obejrzał i wszystko rozumiał. Niestety, prezes nie jest osobą prywatną, jakimś zwyczajnym emerytem, robiącym zakupy w osiedlowym sklepie. Nie tylko od kilku lat kieruje polską polityką, w tym zagraniczną, ale także kreśli wizję Polski i na razie ma siłę polityczną, by ją realizować.

Nie dziwię się, że w Wiedniu (i w zasadzie w każdej dowolnej europejskiej stolicy, może poza Budapesztem) prezes musi czuć się nieswojo. Nie tylko przez nieznajomość języka. Kultura europejska faktycznie prezesowi jest obca. Jemu po prostu obce są europejskie ideały. Wolności, demokracji, praw człowieka. Znacznie lepiej czułby się w Mińsku, Moskwie czy Ankarze.

Ideologicznie i mentalnie zdecydowanie bliżej mu do tych stolic. Siłą Europy są jej wolne społeczeństwa obywatelskie, samorządy, liberalna demokracja, europejski uniwersalizm, czyli akurat to, czego prezes nie lubi najbardziej. Identyczne poglądy mają Putin, Łukaszenka, Erdoğan czy Orbán. W miejsce uniwersalizmu – nacjonalizm, w miejsce społeczeństwa obywatelskiego i samorządów centralna władza autorytarna, w miejsce wolności i pluralizmu wszechstronna kontrola jednostki przez władzę, dyktującą jednostce, jak ma żyć. Szukanie uzasadnień dla swojej realizowanej na siłę wizji państwa w zmitologizowanej historii i religii. U nas nazywa się to wstawaniem z kolan, w Rosji odbudową imperium, w Turcji tęsknotą (na razie tylko tęsknotą) za imperium osmańskim, na Węgrzech tęsknotą za Wielkimi Węgrami. Wszystkie te reżimy budują swój wewnętrzny autorytet na poczuciu historycznej krzywdy, w sojuszu z Kościołem (w Polsce), Cerkwią prawosławną (w Rosji), islamem (Turcja). Wszystkie mają identyczny stosunek do mniejszości (również seksualnych).

Jeden z ideologów i mentorów Kaczyńskiego, prof. Krasnodębski, twierdził niedawno, że dla Polski Zachód jest większym zagrożeniem niż Rosja. Obawiam się, że prof. Krasnodębski musi cierpieć ogromnie, bo jeśli się nie mylę, na stałe mieszka w Niemczech, na wrogim nam Zachodzie. Zesłali go tam?

Gdyby nie rosyjska napaść na Ukrainę, prezes w Moskwie czułby się zdecydowanie lepiej niż w Wiedniu. Zostaje mu jeszcze Ankara.

Wydanie: 39/2022

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy