Rewolucja czy pucz?

Rewolucja czy pucz?

Polska Wildsteina kontra Polska Michnika: w którą stronę idziemy

Lista Wildsteina nie jest epizodem. Jest symbolicznym wystrzałem z „Aurory”. Wraz z nim mamy wkroczyć w ostrą fazę rewolucji konserwatywno-republikańskiej (RKR), której duch od jakiegoś czasu snuje się po Polsce – pisze w „Polityce” Jacek Żakowski. Dodając, że oto, na naszych oczach „Polska Wildsteina” szykuje się do rozprawy z „Polską Michnika”.
Ten głos, trochę przesadny, nie jest odosobniony. Każdy, kto obserwuje polskie życie polityczne, widzi toczącą się śnieżną kulę, prawicowych polityków i dziennikarzy, szykujących się do rychłych rządów. Ich siłą jest słabość rywali. Unia Wolności, czyli postsolidarnościowe centrum, nie podniosła się po nieudanym mariażu z AWS, SLD zatopił się sam, tracąc społeczny mandat. W sferze mediów, wpływu na opinię publiczną, jest podobnie – media lewicowe są w Polsce w głębokiej defensywie, media liberalne, a przede wszystkim „Gazeta Wyborcza” także muszą się bronić. Trudno argumentować w sytuacji, gdy

publiczność jest rozgrzana,

a z drugiej strony pada pytanie: jesteś za ujawnieniem kapusiów czy za ich ukrywaniem? Za prawdą czy za fałszem? A jeszcze trudniej, gdy samemu przeżywa się trudności – „Gazeta” jeszcze nie doszła do siebie po aferze Rywina, dla części widowni Adam Michnik winien był wchodzenia w układy z Leszkiem Millerem, blatowania się z „towarzystwem”.
Gdzie królują emocje, nie sposób racjonalnie argumentować.
Ale gdy ktoś nie podejmuje dyskusji, milczy – milcząco wyraża zgodę.
To jest więc fenomen „Polski Wildsteina” – ona nie narodziła się wczoraj. Wtedy gdy Lech Wałęsa wyruszał w Polskę ze swoją siekierką, gdy Antoni Macierewicz ujawniał w Sejmie swoją listę, gdy Marian Krzaklewski mówił w Sejmie: „Bóg dał władzę swojemu narodowi” i gdy AWS-owski szef UOP, Zbigniew Nowek, lustrował prezydentów Wałęsę i Kwaśniewskiego. Ta Polska była, byli ci sami politycy. Cóż nowego mówi dziś Jarosław Kaczyński ponad to, co mówił dziesięć, czternaście lat temu?
Tylko że wtedy odpowiadały mu największe tuzy, a dziś

odpowiada mu milczenie.

No i wtedy III RP trzymała się mocniej, tymczasem dziś miliony Polaków są nią zmęczone.
Prawicowi radykałowie złapali wiatr w żagle, tak to w polityce bywa, ale czy oznacza to, że szykują nam rewolucję? Rewolucję konserwatywno-republikańską, jak wieszczy Żakowski, czy też rewolucję moralną, jak chciałby Kaczyński?
Ile w tych hasłach jest prawdy, a ile pozy?
Bronisław Wildstein prezentuje się jako tropiciel agentów, a także uwłaszczonej PRL-owskiej nomenklatury, w ogóle – całego PRL-u. I oto publikuje w tygodniku „Wprost”, którego właścicielem i redaktorem naczelnym jest Marek Król, były sekretarz KC PZPR ds. propagandy. I który przejął „Wprost” w klasyczny sposób uwłaszczonej nomenklatury. A do tego „NIE” Jerzego Urbana twierdzi od lat, że Król był agentem SB, a on do sądu sprawy nie kieruje.
W przypadku Króla „kwestia smaku” u Wildsteina i jego prawicowych kolegów dziennikarzy nie istnieje. Inną

tubą „rewolucji moralnej”,

gdzie prezentują się prawicowi dziennikarze jest Telewizja Puls. Oni czują się tam swojsko, zupełnie im nie przeszkadza, że na jej utworzenie Wiesław Walendziak i Marian Krzaklewski wyszarpnęli z państwowych spółek skarbu państwa 180 mln zł. To, bagatela, połowa sumy przetraconej w aferze FOZZ!
O jakiej „rewolucji moralnej” mamy więc rozmawiać? Czy wyglądać ma tak, jak w Warszawie, gdzie prezydent Kaczyński obsadził urząd miasta aparatczykami PiS i ich rodzinami, a efekt jest taki, że miasto nie potrafi przygotować wniosków o unijne dotacje?
A jakież to dobro przyniosło ujawnienie listy Wildsteina, co oczyściło? Jakich to agentów zdemaskowano? Na razie kończy się to tłumami stłamszonych ludzi stojących w kolejce w siedzibie IPN, po „zaświadczenie niewinności”. I grożeniem przez prawicowego historyka paluszkiem: uważaj, bo zajrzę do twojej teczki. Oto nowy Bóg.
Patrzmy na słowa i patrzmy na czyny. „Rewolucja moralna” – to słowa, humbug dla naiwnych. A czyny to ludzie zastraszeni listą Wildsteina, pomysły rozliczeń i sądów. A także ciepłe, dobrze płatne posady dla „rewolucjonistów”.
Ta zapowiadana „rewolucja” jest więc raczej metodą sprawowania władzy.
Weterani politycznych bojów, ministrowie od Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej, Jerzego Buzka, którzy szykują się do rządzenia, nie sprawiają wrażenia ludzi, którzy z tamtych porażek wyciągnęliby jakieś sensowne wnioski. Oni uważają, że wtedy przegrali nie dlatego, że słabo rządzili, że sprawowanie władzy to piekielnie trudna sztuka, ale że byli za mało twardzi, że nie obsadzili wystarczającej liczby stanowisk, że za słabo atakowali opozycję.
Więc teraz mają to robić lepiej. Wiedzą, że opozycję trzeba trzymać na muszce (komisja prawdy i sprawiedliwości!), że oprócz żywej władzy, wpływu na urzędy, służby specjalne, biznes, prokuraturę, trzeba mieć media (przecz z Polską Michnika!), no i ideologię (rewolucja moralna!), która będzie tłumaczyła, że my jesteśmy lepsi i słuszność leży po naszej stronie.
To jest ta nowość.
Tyle się nauczyli i tyle zrozumieli.

 

Wydanie: 8/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy