Robaczki w podczerwieni

Tym razem to już naprawdę teledeliderka do entej potęgi. Holenderski show Big Brother o którym zrobiło się głośno na całym świecie, wywołał awanturę w globalnej wiosce.

Ten jak piszą ci, co widzieli, wściekle nudny serial – z życia, nie życia – bo jednak ograniczenie, jednak kamery, cieszy się ogromną popularnością, by użyć tego wytartego zwrotu, choć sądzę, że nikt się nim specjalnie nie cieszy; oglądają, bo pragną na własne oczy zobaczyć własną egzystencję.

Tytuł Big Brother jest wielkim nadużyciem. Gdzie im tam robaczkom do Wielkiego Brata. Nawet sam Orwell z trudem radził sobie z prawdziwym Wielkim Bratem. Jeśli chodzi o pomysły fabularne, jak też o sposób traktowania psychiki człowieka, “Rok 1984” był płaski jak wycinanka, plakatowy. Uważam, że Wielka Metafora prawie zawsze jest pretensjonalna (lepsza była “Mała Apokalipsa” Konwickiego). Przepraszam wszystkich zachwyconych Wielką Metaforą, ale brak Ścisłych kryteriów w sztuce prowadził do takich spięć.

Nie można porównać wolnych ludzi, decydujących się pod wpływem chęci zaistnienia na ekranie, czy uczestnictwa w wielkiej przygodzie, do zniewolonych obywateli tamtego świata, poddawanych praniu mózgu, żyjących w ciągłym lęku i zagrożeniu, bez nadziei na przyszłość, z psychiką wyżętą przez brutalną wyżymaczkę totalitarnego systemu.

Różne autorytety wypowiadają się, miażdżąc moralną siłą nędzne robaczki, zarówno występujące jak i oglądające Wielkiego Brata. Guru polskiej psychoterapii multimedialnej, Wojciech Eichelberger, najprzystojniejszy terapeuta, załatwił sprawę jednym słowem ”kurestwo”. Jego interesujący program telewizyjny ”Okna” zajmuje się otwieraniem duszy ludzkiej przed kamerą i na oczach widzów. Zaglądamy w psychikę bohatera programu przez okno, a wtedy otwierają się nam inne okna. By sprowokować kogoś do wyznań, stosuje się rozmaite › techniki otwierania. Czasem to pieszczotliwe uniesienie wieczka, czasem korkociąg lub gwóźdź, bywa, że młotek, czasami zaś wystarczy dobre słowo. lm lepszy fachowiec, tym lepiej otwiera . Prawdą jest, że bardzo wielu ludzi pragnie wystąpić w telewizji, to jest ich marzenie i to marzenie w serialu holenderskim spełnia się. Eichelberger często występuje w telewizji, widać, że to lubi. Inni także by chcieli, a nie mają nic, co by im to ułatwiło, „ani telewizyjnej osobowości, ani ciekawej pracy, ani odpowiednio ważnej funkcji. Są tylko zwykłymi ludźmi „‘z sąsiedztwa”, którym udało się dostać do telewizji. Określenie ”kurestwo” kwituje cudze marzenia. W Internecie od dawna już są ”okna”, przez które można podglądać rozbierającą się do na kobietę, są mieszkania, do których można zaglądać przez całą dobę. Kiedyś w taki sposób podglądał ludzi ”Diabeł Kulawy” Lesagea, dziś zapomnianej powieści, która w sposób niepełny, bo bez obrazków, a tylko opisem wciela w życie holenderski serial. Stary diabeł i tak bliższy jest Wielkiego Brata niż nowy serial, gdyż zagląda i opisuje, sam będąc niewidzialnym. Tak działają wszelkie ”monitoringi” w hotelach, toaletach publicznych, supermarketach, a niekiedy w przymierzalniach salonów mody. Człowiek nie wie, kiedy i przez kogo jest obserwowany. W tym serialu uczciwie wyłuszczono jego bohaterom zasady, a cisi bohaterowie dnia codziennego siedzący przed ekranem, myślą, co by zrobili na miejscu oglądanych.

To są okna, przez które zagląda się w podczerwieni do cudzego łóżka i do cudzej duszy, żeby polizać choć trochę prawdy. Trochę, bo przecież zamknięci w sztucznym mieszkaniu prawdziwi ludzie żyją inaczej niż przeciętny oglądacz.

W stworzonym przez scenarzystów świecie nie ma telewizora! Dlatego jest sztuczny, ale dlatego też oglądanie tego paradokumentu jest w ogóle możliwe. Ludzie muszą ze sobą rozmawiać zdaniami, a nie przedekranowymi mruknięciami, chrząknięciami czy kalekimi słowy.

Gdyby telewizor stał w pokoju dziennym, natychmiast stałby się tym, czym jest w prawie każdym domu: ołtarzem, przed którymi modlą się lub drzemią miliony wyznawców. Telewidz jest istotą stworzoną przez medialnego Boga, nic więc dziwnego że wierzy w istnienie tylko tego, co zobaczy, gdy widzi takich samych, jak on ludzi przy nudnych zajęciach, prowadzących nudne rozmowy, rozkwita i nabiera pewności, że i on żyje.

U nas podobny serial cieszyłby się jeszcze większym wzięciem z jednego prostego powodu ponieważ tam jest bezpiecznie. Poczucie bezpieczeństwa to coś zapomnianego, coś, czego najbardziej dziś nam brakuje. Jeśli w ciągu jednego tygodnia słyszę, że starą matkę przyjaciół bandyci dusili w wannie, w jej własnymi mieszkaniu, teściowa znajomej została uderzona w głowę i obrabowana w centrum miasta, syn sąsiadów oddał pieniądze w autobusie grożącym mu brzytwą; ośmiu bandytom, a znana pani redaktor stojąca na światłach ledwo uszła przed czterema jeźdźcami Apokalipsy, którzy przystąpili do wszystkich drzwi samochodu, licząc na to, że któreś nie zostały zablokowane, to serial, w którym ktoś spokojnie parzy herbatę, potem ją pije, ieni-5 wie gawędząc o pogodzie z Karin obcinającą baczki Bartowi przez pół odcinka, jest wytchnieniem, jest powrotem do czasów, gdy czuliśmy się bezpiecznie, a więc do Arkadii Szczęśliwej. Moim zdaniem, najważniejsze jednak jest to, że w Big Brother nie grają Sharon Stone i Michael Douglas.

Wydanie: 4/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy