Wojna na Ukrainie, wojna o Ukrainę

Wojna na Ukrainie, wojna o Ukrainę

Tylko trwały kompromis ukraińskich polityków wsparty przez Unię Europejską, USA i Rosję uchroni Ukrainę przed anarchią i rozpadem
Powrót Ukrainy do konstytucji z 2004 r. ograniczającej władzę Wiktora Janukowycza, powołanie nowego rządu i zapowiedziane wybory prezydenckie najpóźniej w grudniu tego roku stwarzają szansę na zażegnanie kryzysu, który dziesiątki osób kosztował życie. Sytuacja jest jednak bardzo niepewna. Nie sposób przewidzieć, jak zachowa się obóz Janukowycza obciążony główną odpowiedzialnością za rozlew krwi i czy opozycja nie spróbuje wykorzystać sytuacji do dobicia osłabionej władzy. Wielką niewiadomą pozostaje zachowanie ważnych państw mających swoje interesy w tym kraju. Każdy gwałtowniejszy ruch na Ukrainie może wywołać stokrotnie bardziej gwałtowną reakcję.
Niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej w Wilnie było detonatorem szerokiego protestu społecznego. Od przeszło 20 lat Ukraina trwa w marazmie: zapaść cywilizacyjna, wielkie nierówności społeczne, bieda, politycy na usługach oligarchów, skorumpowany i zdemoralizowany, niesprawny aparat państwowy. Pokolenie urodzone na Ukrainie już po rozpadzie Związku Radzieckiego nie widzi dla siebie perspektyw we własnym kraju.
Wielu obywateli Ukrainy – zarówno w jej zachodniej, jak i wschodniej części – te perspektywy dostrzegło w umowie stowarzyszeniowej. Do jej podpisania nakłaniali Janukowycza unijni politycy, zamykając oczy na mankamenty ukraińskiej demokracji. Co więcej – przekonywali, że nie jest z nią wcale źle. W październiku ub.r. Radosław Sikorski ocenił, że Ukraina zrobiła znaczące postępy w spełnianiu postawionych przez Unię Europejską warunków, m.in. w dziedzinie reformy prokuratury, sądownictwa i ordynacji wyborczej. Bruksela zrezygnowała nawet z żądania uwolnienia Julii Tymoszenko. Nazywany dziś zbrodniarzem winnym ludobójstwa Janukowycz jeszcze niedawno był obiektem zabiegów europejskich polityków.

W potrzasku

Nie przyniosły one efektu – prezydent wycofał się z podpisania umowy stowarzyszeniowej, bo jej wejście w życie oznaczałoby przede wszystkim zniesienie większości barier celnych, bezpośrednią konfrontację zacofanej gospodarki ukraińskiej z potężną gospodarką UE. Skutki były łatwe do przewidzenia: zalew towarów z Zachodu, gwałtowne zmniejszenie ukraińskiego eksportu i produkcji przemysłowej, likwidacja wielu firm, a co za tym idzie miejsc pracy. To nie biedni Ukraińcy zarabialiby na bogatych obywatelach Unii, lecz odwrotnie. Gdyby w umowie stowarzyszeniowej dano Ukrainie nadzieję na członkostwo w Unii Europejskiej lub wsparto porozumienie wielomiliardową pomocą, która zrekompensowałaby straty wynikające z otwarcia ukraińskiego rynku i nieuniknionych komplikacji we współpracy gospodarczej z Rosją, decyzja ukraińskiego prezydenta mogła być inna.
Janukowycz do listopada ub.r. potrafił lawirować między Rosją a Zachodem, nie popadając w jednostronną zależność od Moskwy. Opinie, że jest on narzędziem Putina, są nieprawdziwe. Wystarczy przypomnieć niedawne Euro 2012 zorganizowane wspólnie z Polską. Dla Ukraińców był to znacznie większy wysiłek finansowy niż dla nas, bo przecież nie mogli liczyć ani na środki unijne, ani na dotację Kremla, który traktował tę imprezę z dużą podejrzliwością. Sytuacja ukraińskiego prezydenta zmieniła się gwałtownie, gdy nie złożył podpisu w Wilnie i przyjął pomoc Rosji – obniżenie cen gazu i obietnicę 15 mld dol. kredytu. Z jednej strony miał moskiewskiego sponsora dysponującego ogromnymi możliwościami wpływania na Kijów, z drugiej zaś – rozgniewanych przywódców Unii Europejskiej, którzy nie mogli darować Janukowyczowi zniewagi i udzielili zdecydowanego wsparcia uczestnikom antyrządowych akcji, domagającym się jego głowy, zanim jeszcze doszło do krwawych starć. Prezydent Ukrainy znalazł się w potrzasku.
To prawda, że Janukowycz nie zdołał wyprowadzić Ukrainy z kryzysu ani zreformować skorumpowanego państwa. Jednak nie zrobił tego żaden z jego poprzedników – nawet mający poparcie USA Wiktor Juszczenko. Dużo się pisze o wielomilionowym majątku syna Janukowycza, ale przecież syn Juszczenki zarabiał na sprzedaży pamiątek z pomarańczowej rewolucji, na które miał monopol. Zięć Leonida Kuczmy należy do czołówki ukraińskich oligarchów. Także za plecami politycznych liderów Majdanu stoi oligarcha Petro Poroszenko, nazywany z racji prowadzonego biznesu królem czekolady. Jego majątek szacuje się na prawie 2 mld dol. Należąca do oligarchy telewizja jako jedyna na Ukrainie uzyskała prawo do wywiadu z premierem Tuskiem.
Skoro Ukraina przetrzymała ponad 20 lat marazmu, pewnie dotrwałaby do przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Jednak przeciwnicy Janukowycza nie chcieli czekać. Co więcej, do podobnego scenariusza wydarzeń byli chyba bardzo dobrze przygotowani. Donald Tusk ocenił w piątek, że Majdan to najlepiej zorganizowana część Ukrainy. „Majdan działa jak małe państwo, a mechanizm Majdanu pracuje jak zegarek”, zachwalał już w grudniu jeden z jego komendantów Mychajło Bławacki, pochodzący ze Lwowa deputowany Rady Najwyższej ze Swobody. Uwagi o świetnej organizacji odnoszą się nie do Majdanu politycznego, bo liderzy opozycji często nie mieli u wiecujących posłuchu, lecz do struktury paramilitarnej.

Demokracja
z koktajli Mołotowa

Majdan nie jest pokojowym protestem, nie można go porównywać do manifestacji w czasie pomarańczowej rewolucji. To ufortyfikowany obóz przypominający kozacką sicz. Również struktura oddziałów tzw. samoobrony podzielonych na sotnie przypomina formacje kozackie i oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Już w pierwszych dniach protestu zajmowano siłą budynki rządowe, miejskie, związków zawodowych, poczty i telewizji, które stały się infrastrukturą dla manifestantów, w pierwszej kolejności dla tworzonych oddziałów paramilitarnych – miejscem ich snu i wypoczynku, magazynami żywności, odzieży, medykamentów, sprzętu bojowego. Tu ulokowano komendanturę – większość komendantów, a także trzon bojowników na Majdanie stanowią mieszkańcy obwodów zachodnich. To podstawowa baza kadrowa i zaplecze frontu na Majdanie. We Lwowie, podobnie jak w czasie poprzednich masowych akcji protestu w Kijowie, zorganizowano cały system wsparcia i zaopatrzenia Majdanu. Do lwowskich szpitali trafiło wielu bojowników rannych w walkach.
Charakter Majdanu wyraźnie się zmienił – początkowy masowy protest społeczny przekształcił się w ruch walczący o wyzwolenie spod obcej okupacji. Podkreślają to czerwono-czarne flagi UPA i wszechobecne banderowskie okrzyki „Chwała Ukrainie!”, „Chwała bohaterom!”. Struktury obecnego państwa ukraińskiego potraktowano jak struktury okupacyjne. Dlatego w ramach tzw. drugiego frontu dokonywano ataków na budynki lokalnej administracji państwowej, komend i komisariatów milicji, służby bezpieczeństwa, prokuratur, sądów.
W styczniu część szturmów na gmachy administracji państwowej przeprowadzał tzw. Automajdan, czyli bojownicy z Majdanu jadący na miejsce w kolumnie samochodowej, w lutym zajmowały się tym lokalne struktury samoobrony utworzone na wezwanie komendantury kijowskiego Majdanu. Główny komendant Majdanu Andrij Parubij na konferencji prasowej 7 lutego informował, że ma w Kijowie 39 sotni. Część bojowników dyżuruje na barykadach, pozostali znajdują się w odwodzie w okolicznych budynkach i są gotowi w ciągu kilku minut stawić się na wyznaczone miejsce. Wraz z sotniami powiatowymi i obwodowymi siły Majdanu liczą kilkanaście tysięcy ludzi. Na konferencji 7 lutego inny komendant Majdanu, Andrij Łewus, podkreślał: „My nie jesteśmy zwykłymi obrońcami barykad. Samoobrona bierze udział w akcjach czynnych, które zamienią cały kraj w Majdan”.
24 stycznia nacierający tłum opanował gmach wołyńskiej administracji obwodowej w Łucku i zmusił gubernatora Borysa Klimczuka do napisania rezygnacji z zajmowanego stanowiska. Urzędnik na kolanach prosił, by nie doszło do przelewu krwi. 19 lutego w tym samym mieście kilka tysięcy ludzi wyposażonych m.in. w łomy i koktajle Mołotowa szturmowało obwodową komendę milicji. Gdy z tego gmachu wyszedł nowy gubernator Ołeksandr Baszkalenko, wśród okrzyków „Na kolana!” rzucono go na ziemię, również próbując go zmusić do napisania rezygnacji. Nie zgodził się, więc przykuto go kajdankami do sceny miejscowego Majdanu.
Podobne sceny rozgrywały się w innych miastach zachodniej Ukrainy. W Tarnopolu palono dokumenty w zdobytym gmachu prokuratury, we Lwowie spalono komendanturę wojsk wewnętrznych i koszary miejscowego Berkutu (w zgliszczach odnaleziono zwęglone ciała dwóch funkcjonariuszy). Normą na zachodniej Ukrainie było zmuszanie sterroryzowanych milicjantów „do przejścia na stronę narodu”. Członkowie Partii Regionów na żądanie manifestantów rozwiązywali lokalne struktury tej partii.
Początek wielkiemu rozlewowi krwi w Kijowie w ubiegłym tygodniu dał – co trzeba przypomnieć – nie szturm na Majdan, lecz marsz kilku tysięcy bojowników samoobrony z prętami i łańcuchami na Radę Najwyższą. Podobnie jak w miastach na zachodniej Ukrainie chcieli narzucić swoją wolę – zmusić prorządowych deputowanych do głosowania za przywróceniem konstytucji z 2004 r. Jednak próba otoczenia i zablokowania parlamentu zakończyła się fiaskiem – doszło do krwawych starć z oddziałami milicji, wojsk wewnętrznych i Berkutu. Oby formacje tzw. samoobrony – z ich organizacją, wyszkoleniem, doświadczeniem bojowym i determinacją – w przyszłości nie okazały się ponownie ważnym elementem ukraińskiej polityki.

Majdan to nie cała Ukraina

Majdan nie jest – jak się przedstawia – wyrazicielem woli całego narodu Ukrainy. Wyraża on w dużym stopniu wolę nacjonalistycznej prawicy, która szczególnie na biedniejszej i bardziej zacofanej zachodniej Ukrainie znajduje żyzną glebę. Wykorzystuje ją partia Swoboda Ołeha Tiahnyboka, nazywanego jeszcze niedawno ukraińskim Mussolinim. Ugrupowanie powstało w 1991 r. i przyjęło nazwę Narodowo-Socjalnej Partii Ukrainy oraz symbolikę przypominającą symbole NSDAP. Wśród założycieli partii byli Tiahnybok i obecny komendant Majdanu Parubij. W 2004 r., by uniknąć skojarzeń z faszystami, nazwę zmieniono. Swoboda połączyła program nacjonalistyczny (czci Stepana Banderę, UPA i Dywizję SS Hałyczyna) z hasłami walki z korupcją. W ostatnich kilku latach wyrosła na główną siłę na zachodzie Ukrainy i weszła do Rady Najwyższej z 10-procentowym poparciem. Dzięki Majdanowi Tiahnybok stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków ukraińskich. Fakt, że przedstawiciel partii do niedawna niewpuszczanej na europejskie salony okazał się partnerem w rozmowach z czołowymi politykami Unii Europejskiej (w tym z samą kanclerz Angelą Merkel), jest jego wielkim sukcesem.
1 lutego na uroczystości z okazji rocznicy powstania UNA-UNSO Tiahnybok tłumaczył, dlaczego Swoboda poparła manifestację zwolenników podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską: „My, ukraińscy nacjonaliści, aktywnie popieramy te pragnienia ludzi, bo to byłby krok od Moskwy, który pozwoliłby nas wyciągnąć z łap Kremla”. Tiahnybok mówił o kilku etapach „rewolucji na Majdanie” – ostatecznym jej celem ma być zbudowanie państwa narodowego.

Groźna geopolityka

Osoby piszące o ukraińskich nacjonalistach na Majdanie „Gazeta Wyborcza”, która tak wnikliwie analizuje wszystkie przejawy ksenofobii i antysemityzmu w Polsce, nazywa „pożytecznymi idiotami Kremla”. Także jej udzieliło się patrzenie na Ukrainę w kategoriach rozgrywki geopolitycznej. Było ono powszechne przed wileńskim szczytem. Prezydent Bronisław Komorowski przestrzegał, że jeśli Janukowycz nie podpisze umowy, to Ukraina zostanie skazana po wieczne czasy na rosyjską dominację.
Polska polityka wschodnia po 1989 r. jest budowana na przeciwstawianiu Rosji innym państwom poradzieckim. Ma ona przeszło stuletnią tradycję. W memoriale przekazanym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Japonii w lipcu 1904 r. (w czasie wojny rosyjsko-japońskiej) Józef Piłsudski zaoferował Japończykom koncepcję rozbicia Rosji „po szwach narodowych”, budowę państw narodowych: „Rosja, pozbawiona swych podbojów, będzie o tyle osłabiona, że przestanie być groźnym i niebezpiecznym sąsiadem”. W czasie konferencji w Wersalu premier Francji Georges Clemenceau wprowadził termin cordon sanitaire – kordonu sanitarnego państw narodowych, który oddzieliłby Europę od wpływów komunizmu. Po II wojnie światowej Jerzy Giedroyc głosił, że gwarancją niepodległości Polski są niepodlegli i przyjaźni sąsiedzi: Litwa, Białoruś i Ukraina. Nieprzypadkowo Polska jako pierwsze państwo uznała niepodległość Ukrainy.
Mimo rozpadu ZSRR, powstania na jego gruzach 15 państw, zmiany ustroju politycznego Rosji i zakończenia zimnej wojny kolejne polskie rządy były zgodne, że warunkiem umacniania bezpieczeństwa kraju jest osłabianie wpływów rosyjskich w dawnych republikach ZSRR i włączanie ich w orbitę Zachodu. Ta strategia była bardzo bliska polityce Stanów Zjednoczonych. Zbigniew Brzeziński w „Wielkiej szachownicy” nazwał Ukrainę sworzniem geopolitycznym: „Bez Ukrainy Rosja przestaje być imperium eurazjatyckim (…). Jeżeli Moskwa ponownie zdobędzie władzę nad Ukrainą, wraz z 52 mln jej obywateli, ogromnymi bogactwami naturalnymi oraz dostępem do Morza Czarnego, automatycznie odzyska możliwość stania się potężnym imperium spinającym Europę i Azję”.
W trakcie pomarańczowej rewolucji Stany Zjednoczone skutecznie sprzyjały objęciu prezydentury przez Wiktora Juszczenkę. Choć podczas obecnego kryzysu ukraińskiego mogliśmy się zapoznać z podsłuchaną w Kijowie rozmową telefoniczną przedstawicielki amerykańskiej dyplomacji Victorii Nuland, która mówiła, kto powinien stanąć na czele ukraińskiego rządu, to dla wycofującego się z Europy Waszyngtonu Ukraina przestała już być w centrum uwagi. Od dawna nie działa powołana pod jego protektoratem organizacja GUUAM – koalicja Gruzji, Ukrainy, Uzbekistanu, Azerbejdżanu i Mołdawii. W związku z rosnącą rolą Azji Stany Zjednoczone przekazały zasadniczą część odpowiedzialności za te państwa Unii Europejskiej. Jednak większość członków UE niewiele one obchodziły. To sprawiło, że w staraniach o odciągnięcie ich od Rosji i związanie z Zachodem pierwszoplanową rolę odgrywa Polska, w której dawna opinia Brzezińskiego jest wciąż obowiązującym dogmatem.

Czas na nowe partnerstwo

Radosław Sikorski wraz z szefem szwedzkiej dyplomacji opracował program Partnerstwa Wschodniego, adresowany do Gruzji, Ukrainy, Uzbekistanu, Azerbejdżanu, Mołdawii i Białorusi. Choć został on przyjęty w grudniu 2008 r. przez Komisję Europejską, nie potraktowano go poważnie, o czym świadczy wydanie w latach 2009-2013 na wszystkie programy związane z Partnerstwem Wschodnim 2,8 mld euro. Do tej pory żadne z sześciu państw objętych Partnerstwem nie podpisało umowy stowarzyszeniowej, jedynie dwa – Mołdawia i Gruzja – ją parafowały. Na terenie obu państw znajdują się rejony rządzone przez sympatyzujących z Rosją separatystów – Gagauzja i Naddniestrze w Mołdawii, Abchazja i Osetia Południowa w Gruzji. W przeprowadzonym na początku lutego br. referendum w Gagauzji (frekwencja przekroczyła 70%) prawie wszyscy biorący w nim udział opowiedzieli się za integracją w ramach Unii Celnej, a nie Unii Europejskiej.
W grudniu ub.r. Radosław Sikorski, przedstawiając w Sejmie wyniki szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, uznał je za „bardziej niż spektakularne” i stwierdził: „Szczyt wileński trwa nadal na placach Kijowa i innych ukraińskich miast”. Rezultaty tego sukcesu szef polskiej dyplomacji oglądał w czasie czwartkowo-piątkowego pobytu w stolicy Ukrainy, próbując gasić pożar, do którego przyczyniły się rozgrywki geopolityczne.
Polityka wobec Ukrainy, zamieszkanej przez wiele mniejszości, w tym polską, musi być bardzo wyważona. „Jak ktoś myśli, że Rosja zostawi kilkanaście milionów swoich obywateli i flotę w Sewastopolu, jest w błędzie na poziomie przedszkolnym”, napisał w piątek w „Polsce The Times” Paweł Zarzeczny. Ten komentator sportowy ma znacznie większą wyobraźnię niż ci polscy politycy i publicyści, którzy chcą odciąć Rosję od rozmów w sprawach ukraińskich. Podobna polityka może się zakończyć katastrofą nie tylko dla Ukrainy.
Leszek Miller w czasie środowej debaty w parlamencie na temat Ukrainy powtórzył wyrażoną kilka tygodni wcześniej w „Przeglądzie” opinię, że Partnerstwo Wschodnie okazało się porażką. Skoro sprzyja ono eskalowaniu konfliktów zagrażających Polsce i Europie, trzeba je zastąpić nowym programem, który nie jest oparty na logice konfrontacji z Rosją. Polska polityka wschodnia powinna się wyrwać z archaicznych schematów geopolitycznych. Świat nie jest szachownicą, na której można dowolnie przestawić pionki.


Prof. Bronisław Łagowski o Ukrainie

Na Wschodzie zmiany
Teoretycznie Rosja niedopuszczająca na swój rynek ukraińskich towarów przemysłowych mogłaby Ukrainę zrujnować, tylko po co miałaby to robić? „Niezależnie od tego, jaką drogę wybierze Ukraina, nasze narody kiedyś się zejdą”, powiedział Władimir Putin. Jeżeli przyjmuje się takie założenie, to wyklucza się politykę szkodzenia. Gdy Ukraina stowarzyszy się z Unią Europejską, dla Rosjan będzie to w wymiarze sentymentalnym gorzkie przeżycie, ale obiektywnie im nie zaszkodzi, a nawet – przynajmniej według mojego rozeznania – może przynieść korzyści. Sama Rosja nie ma jeszcze ustalonego stosunku do Unii, ale każdy widzi, że ze „starą” Unią porozumiewa się dobrze, a źle tylko z niektórymi państwami „nowej” Unii, w tym przede wszystkim z Polską.
Zasadnicza zmiana stosunków między Rosją a Ukrainą nastąpiłaby wówczas, gdyby Ukraina chciała wstąpić do Paktu Północnoatlantyckiego, militarnego przecież. Chwilę temu słyszałem stanowcze stwierdzenie Putina, że Rosja na to się nie zgodzi. Można postawić pytanie, jakie prawo ma Rosja nie zgadzać się z wolą wolnego, niepodległego narodu, jak pytała kanclerz Merkel w związku z Gruzją. Można pytać o prawo, ale można zastanawiać się nad faktami. Austriacy mieli wszystkie prawa narodu wolnego i wybrali Anschluss. Gdyby im przeszkodzono, nie wiem, czy cała Europa byłaby po stronie prawa. Formacja polityczna, która panuje nad Polską – nie tylko rządzi, ale i panuje – wszystkie kwestie rozpatruje pod kątem podtrzymywania wrogości wobec Rosji. Wydaje się im, że w tym zbożnym dziele Ameryka jest ich sojusznikiem.
„Przegląd” 48/2013

Przepraszam, zdenerwowałem się
Kto wyciągnął najwięcej korzyści z kijowskiego Majdanu – pomarańczowej rewolucji bis? Z pewnością nie UE, bo dla niej była to tylko nagroda pocieszenia po doznanym w Wilnie zawodzie. Czy zyskali coś Amerykanie, to się dopiero okaże. Senator McCain pokazuje się wszędzie, gdzie ma zwyciężyć demokracja – w Libii, Egipcie, był nawet w Syrii. Gdybym był Ukraińcem, po jego obecności na Majdanie wiele bym sobie nie obiecywał. Ten bojowy człowiek od jakiegoś czasu jest zwiastunem złego zakończenia.
Prawdziwą korzyść z Majdanu odniósł Ołeh Tiahnybok i jego neobanderowska partia Swoboda. Kto o nim słyszał trzy tygodnie temu? Wysunął się przed dwumetrowego Kliczkę i równie mało charyzmatycznego Jaceniuka. Nostalgicy UPA i ukraińskiego faszyzmu byli najbardziej czynni, wykazywali najwięcej inicjatywy w budowie barykad i zajmowaniu budynków publicznych, najbardziej też antyrosyjscy, z czego pochodzi, że relatywnie najwięcej zyskali sympatii w oczach polskich polityków i dziennikarzy. W nieprzewidywalnej Ukrainie jedno można przewidzieć, że mianowicie Swoboda będzie największą siłą wśród partii opozycyjnych, chyba że już jest. Ja się będę śmiał, gdy rządząca w Kijowie Swoboda zasiądzie do stołu negocjacyjnego z trzecim pokoleniem „Solidarności” w sprawie przyłączenia do Ukrainy województwa podkarpackiego, czego już się bynajmniej nie po cichu domaga.
„Przegląd” 1/2014

Drugie obalanie Janukowycza
Prawdziwe wpływy mają Niemcy, zdobywali je powoli i po cichu i dopiero teraz odzywają się w tonie bardziej asertywnym. Jeżeli chodziłoby tylko o zbliżenie Ukrainy do UE, to należałoby to pozostawić Niemcom. Tylko oni mogą regulować naturę i dystans tego zbliżenia. Dlaczego Polacy mieszają się do wydarzeń w Kijowie? Po co jeżdżą na kolejne majdany i już drugi raz nękają prezydenta Janukowycza, skoro nie są w stanie przewidzieć, co z tego wyniknie? Kto dobrze przewiduje? Ten, który ma wystarczająco dużo siły, żeby stwarzać fakty dokonane.
Polaków pcha w tamte strony własna ochota, ale także, a może jeszcze bardziej, amerykańska dyplomacja. Rozbawili mnie młodzi ludzie, którzy o polityce wschodniej rozprawiali w kategoriach rządowej geopolityki: stref wpływów, niebezpieczeństwa polityki wielowektorowej (Ukraina między Rosją i Zachodem), integracji euroatlantyckiej, narastania sprzeczności między Waszyngtonem a Moskwą i nieuchronności rozstrzygnięcia tej sprzeczności, w czym Polska jako mocarstwo regionalne będzie miała decydujący udział… Pomyślałem: cholera, o czym oni mówią, przecież oni mówią o wojnie!
„Przegląd” 50/2013

Strachy na Lachy
Gdyby polscy politycy nie myśleli o Ukrainie jak o prowincji, którą trzeba zdobyć, może przyszłoby im do głowy pytanie, czym może ona być dla Polski, prowadząc swoją politykę zachodnią zgodnie z megalomanią narodową, która Ukraińców ogłupia, tak jak kiedyś ogłupiała Polskę. Im się wydaje i powtarzają to ciągle, że ich kraj leży w środku Europy, czego niestety żadna mapa nie potwierdza. Dwa poglądy obiły mi się ostatnio o uszy: jeden, że cierpliwie czekając, możemy stworzyć federację polsko-ukraińską, i drugi, że ukochana Ukraina zrobi nam w przyszłości tyle kłopotów, że bez sojuszu z Rosją sobie nie poradzimy. Do tej pory żyliśmy w błogim przekonaniu, że Polska nareszcie ma znakomite położenie geopolityczne. Czy patrząc na to, co odsłoniły wydarzenia na Majdanie, nadal możemy być tego zdania?
„Przegląd” 5/2014

Wydanie: 9/2014

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy