Rozłam w antykomunizmie

Rozłam w antykomunizmie

W polskim antykomunizmie nastąpił rozłam. Są podstawy, aby sądzić, że obóz posierpniowy nie wróci do poprzedniej jedności. W pełni i pod każdym względem zjednoczony nigdy nie był, ale trzeba rozróżniać powierzchowne podziały i kłótnie między swymi, których nigdy nie brakowało od rozłamu według linii wróg – przyjaciel. Aby polski antykomunizm na nowo zjednoczyć, potrzebna byłaby ofensywna lewica postkomunistyczna, a tymczasem z SLD została już tylko kwaśniewszczyzna z borówkami. Będący w medialnym obiegu język polityczny jest przeważnie pseudonimowy i co drugie słowo należałoby albo brać w cudzysłów, albo je objaśniać, czego tu zaniecham, licząc, że czytelnicy „Przeglądu” i ja dobrze się już nawzajem rozumiemy. Antykomunizm to w rzeczywistości antypeerelizm. Demokratyczna opozycja, z której wywodzi się obóz posierpniowy, oraz „Solidarność”, która do jej energii dodała masę, nie od razu uznały się za ruch antykomunistyczny. Dopiero po przejęciu władzy w 1989 roku stały się takie jawnie i zaczęły się tym chwalić. Jednostki i grupy przywódcze zaostrzały konkurencję o to, kto jest bardziej antykomunistyczny, i ci, którzy byli bardziej, metodą dwa kroki w przód, jeden w tył, wyprzedzali pozostałych i w końcu objęli rządy. Wygląda na paradoks, że antykomuniści najbardziej skrajni i zatwardziali potrafili przyjąć ofertę współpracy nienależącej do antykomunizmu Samoobrony, podczas gdy liberalni antykomuniści z Partii Demokratycznej (Unii Wolności) wzgardzili liberalnymi odstępcami z SLD, którzy chcieli do nich przystąpić. Wypełniające obecnie całą scenę polityczną dwie partie antykomunistyczne, Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, zapewniają wszystkich i siebie nawzajem, że wywodzą się z tego samego „pnia” i wierzą w te same „wartości”. Czy ta retoryka ma zażegnać rozłam? Chodzi o coś innego; te wspólne wartości i ten pień mają odstraszyć przeciwną partię od wzmacniania się sojuszem, choćby tylko taktycznym, z formacją nienależącą do antykomunizmu. Platformersi mówią do Kaczyńskich: wstydźcie się wchodzić w koalicję z Lepperem. PiS ostrzega Platformę: będziecie zdrajcami wspólnych wartości, jeśli skorzystacie z pomocy SLD. Nic nie zapowiada, żeby obie te partie, podobnie jak wspierający je kompleks telewizyjno-prasowy, miały przestać być antykomunistyczne. Jednakże ideologia tak bezprzedmiotowa nie może długo być spoiwem partii włączonych w demokratyczny proces rywalizacji o władzę i prestiż, zmuszający do zabiegania o życzliwą uwagę wyborców, coraz słabiej reagujących na dzwonek antykomunizmu. Dla liderów PiS-u, partii ideowej, antykomunizm pozostaje ciągle na tyle atrakcyjny, że wszystkie swoje batalie chcą oni prowadzić pod hasłem tego izmu. Kaczyński solennie oświadczył, że Polska powinna mieć „tożsamość antykomunistyczną”, z czego należy wnioskować, że wiele z tego, co on będzie robił w polityce, ma służyć tylko temu naczelnemu celowi. Życie byłoby piękne, gdyby wszystkiemu, co dla PiS-u niewygodne, można było postawić zarzut komunizmu. Niestety, antykomunistycznej Platformie zarzucić tego nie można. Kaczyński tak oto sobie radzi z tym kłopotem: PO właściwie nie posiada własnego mózgu (w czym jest element słuszności, bo odsuwa ona na bok lub wyrzuca liderów, którzy są pod jakimś względem wybitni i coś potrafią jak Olechowski, Piskorski, Gilowska; zostają przeważnie „popaprańcy”), mózgiem PO zdaniem Kaczyńskiego jest „Gazeta Wyborcza”, a ją da się podciągnąć pod komunizm. Media, autorytety moralne, tzw. intelektualiści przyzwyczaili nas do takich pojęć jak dziedziczenie winy czy odpowiedzialność za złe czyny poprzednich pokoleń. Sama „Gazeta Wyborcza” ciągle rozlicza kogoś za przeszłość, zwłaszcza PRL-owską. Dlaczego by tych kategorii interpretacyjnych nie zastosować do niej samej? Wielu jej redaktorów (nie pytajcie mnie ilu, bo nie jestem poinformowany; tak się mówi, że „wielu”) miało rodziców lub dziadków komunistów. Nadreprezentacja potomków nomenklatury i komunistów w antykomunizmie, zwłaszcza wśród zwolenników lustracji i dekomunizacji (czytałem w jakiejś gazecie, że i minister Ziobro do nich należy) była do niedawna przedmiotem złośliwych żartów. Lider PiS-u wyciąga z tego poważne wnioski. Wprowadzona została, a właściwie dzięki rozliczeniom z przeszłością sama się wprowadziła kategoria komunisty z dziedziczenia, a także akowca i powstańca warszawskiego z dziedziczenia. Rodziny katyńskie występują o odszkodowania, będziemy więc mieli wkrótce zamordowanych w Katyniu z dziedziczenia. Jeśli transformacja restauracyjna razem z polityką historyczną potrwa jeszcze z dziesięć lat, każdy się przekona lub zostanie przekonany, że nie jest tym, za kogo się uważał, lecz kimś zupełnie innym. Zachodzi coś w rodzaju politycznej reinkarnacji: komunista z KPP wcielił się w antykomunistkę z „Gazety Wyborczej”, ta zaś została z powrotem wcielona w komunistę z KPP.
Mieliśmy dwa bieguny antykomunizmu: katolicko-narodowy Radia Maryja i liberalny „Gazety Wyborczej”. My, postkomuniści, nie lekceważyliśmy różnic między nimi: katolicy narodowi chcieli (i chcą) nas uznać za kryminalistów i wyjąć spod prawa; liberalnych antykomunistów zadowalało moralne poniżanie nas. Zdecydowanie wolimy to drugie. Zniknęliśmy z horyzontu, robiąc złośliwy kawał obu biegunom, które nie wiedzą, co teraz począć ze swoim antykomunizmem.

Wydanie: 19/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy