Rozmowy o rakietach

Rozmowy o rakietach

Gdyby nie rakiety, Izrael robiłby z nami, co by chciał. Rakiety to ostrzeżenie dla Izraela, że się nie ugniemy

Abdul nigdy nie wyjechał z Gazy. Mieszkał w brudnym bloku na północnych peryferiach Beit Hanoun, w mieszkaniu, w którym jego matka nie rozsuwa grubych zasłon na oknach. Za sprawą małej odległości do Erez – i Izraela – Beit Hanoun jest jednym z najciężej poturbowanych miejsc w Gazie, posępnym miastem, którego nikt nie chce odwiedzać.

Abdul uczęszczał do technikum rolniczego blisko swojego domu. Po lekcjach, jak większość 13-latków, czasem grał w nogę na szkolnym podwórzu. 21 sierpnia 2007 r. Abdul i dwaj jego koledzy, Fadi i Ahmad, po szkole trochę pokopali piłkę, po czym przeszli przez niskie szkolne ogrodzenie na porośniętą krzakami łąkę, w której głębi rośnie mała kępa powyginanych drzew. Abdul, niski na swój wiek i żylasty, dobrze wspinał się na drzewa. Za kwadrans 18 tego popołudnia, w czasie kiedy chłopcy łazili po powykręcanych gałęziach i pniach, izraelski oficer wcisnął guzik, który posłał w nich rakietę ziemia-ziemia.

Matkę Abdula, Sabah, spowija czerń, kiedy odwiedzamy ją w domu. Siedzi obok lampy, na poły w świetle, na poły w mroku.

– Był dobrym dzieckiem – o swoim nieżyjącym synu mówi głosem tak cieniutkim, tak cichym, że muszę się ku niej nachylić, żeby ją dosłyszeć. Na ścianie nad nią wisi zdjęcie Abdula w złotej ramce; obok jest identycznie oprawiona fotografia jego starszego brata, który zginął przed rokiem, zabity przez wojsko izraelskie w nieznanych mi okolicznościach.

Gdy Sabah zauważa, że mrużąc oczy, patrzę na te dwa zdjęcia, ledwo widoczne w słabym świetle, spuszcza głowę. Nie była świadkiem śmierci żadnego z synów, ale znać po niej, że jest złamana rozpaczą. Izraelska rakieta rozerwała Abdula na strzępy. Zginął na miejscu, pod drzewami. Fadi zmarł po przewiezieniu do szpitala. Trzeci chłopiec, Ahmad, został raniony odłamkami szrapnela, ale przeżył. Centrum, w którym pracuję, zbiera dane na temat wszystkich zabitych w Palestynie przez siły izraelskie i palestyńskie, a ja pomagam przygotować zestawienie informacji o dzieciach, które zginęły z rąk Izraelczyków w Gazie w ostatnich 12 miesiącach1.

U SABAH jestem z Samirem, miejscowym pracownikiem socjalnym o palącym spojrzeniu i przetykanych srebrem włosach, który niedawno zabrał mnie do Swailamów. Kiedy kończymy pić kawę podaną nam przez młodą córkę Sabah, Samir mówi, że pokaże mi miejsce, gdzie zginął Abdul. Podnosimy się, a Sabah wyciąga do mnie ręce. Splatam palce z jej palcami i przez chwilę stoimy w milczeniu. Dziękuję jej, że znalazła dla nas czas, mówię, że bardzo mi przykro z powodu jej synów, i żegnamy się.

RUSZAMY w głąb brudnej ulicy. Idziemy ramię w ramię. Samir patrzy prosto przed siebie i milczy. Z naprzeciwka nadjeżdża turkoczący wóz zaprzężony w osły. Kopyta zwierząt są zgrubiałe niczym nagniotki, a woźnica ma brzuch jak beczka. Mijając nas, gniewnie uderza osła solidnym kijem. Poza tym na ulicy jest cicho, tutejsze dzieci są w szkole. Nie przywykłam do takiej ciszy w Gazie; budzi we mnie niepokój.

Na końcu brudnej ulicy przechodzę za Samirem przez dziurę w kruszejącym kamiennym murze. Po drugiej stronie jest porośnięta krzakami łąka, w oddali widać małe skupisko drzew. Ruszamy w ich kierunku. Z bliska zauważam, że kilka z nich wypuściło pierwsze małe, białe kwiaty. Po naszej lewej, za niskim ogrodzeniem, ciągnie się długi prostokątny budynek technikum rolniczego w Beit Hanoun. Samir zatrzymuje się i kuca przy zagłębieniu w ziemi na skraju kępy drzew, w miejscu, gdzie wciąż widać ślad po uderzeniu izraelskiej rakiety, przypominający płytki grób. Przykucam obok, próbując zrozumieć, co tu się wydarzyło. Rodziny z Beit Hanoun powiedziały mi i moim współpracownikom, że według nich siły izraelskie obierają dzieci za cel ataków, by zmusić ich, zwyczajnych ludzi, do podjęcia działań przeciwko bojownikom prowadzącym ostrzał Izraela.

– Jak sądzisz, dlaczego Izraelczycy zabili tych chłopców? – pytam Samira.
– Chodź.

Mój towarzysz wstaje i rusza w stronę nierównej ścieżki, która biegnie przez łąkę do szkoły. Idę tuż za nim. Kiedy się zatrzymuje, rozglądam się, ale nie widzę nic, dopóki Samir nie pokazuje palcem zardzewiałego ustrojstwa w trawie i chwastach obok ścieżki. Ani duże, ani małe, wygląda jak składana drabina z jednym dużym szczeblem pośrodku. Kucam, żeby tego dotknąć, a wtedy Samir blokuje mnie ramieniem.

– Nie ruszaj – mówi. – To wyrzutnia rakiet.
Pospiesznie opuszczam rękę.
– Bojownicy odpalali rakiety w pobliżu szkoły?
– To stara wyrzutnia, już jej nie używają. Ale ci dwaj chłopcy, którzy zginęli, bawili się koło niej, kiedy zostali trafieni.
– Skąd wiesz?
– Byłem tu zaraz po ataku, wszystko sfilmowałem. Jak chcesz, mogę ci to nagranie pokazać.
– Dobrze.

Kiedy wstajemy, szukam w twarzy Samira jakiejkolwiek reakcji. Patrzy na mnie z miną, z której nie mogę nic wyczytać. Choć mam sucho w gardle, zapalam papierosa. Zauważam, że drżą mi ręce.

Strony: 1 2

Wydanie: 46/2015

Kategorie: Świat

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy