Ruch Spadających Gwiazd

Ruch Spadających Gwiazd

Niedawny symbol populistycznych triumfów w Europie Zachodniej stał się największym przegranym włoskiej polityki

Bujna czupryna, długa broda, kamizelki zakładane na białe koszule – tego charakterystycznego stylu Beppe Grillo, telewizyjny komik i współzałożyciel Ruchu Pięciu Gwiazd, nie wyzbył się nigdy. Już w latach 80., kiedy media głównego nurtu i włoska telewizja publiczna tolerowały jego skecze na temat wszechobecnej korupcji, głupoty i upadku moralnego tamtejszej klasy politycznej, wyglądał tak samo, choć włosy i brodę miał wtedy kasztanowe, a nie siwe. Widać to chociażby na słynnym dziś archiwalnym nagraniu z 1986 r., kiedy na antenie państwowego kanału Rai Uno oskarżył o korupcję ówczesnego premiera Bettina Craxiego, człowieka będącego ucieleśnieniem wszystkich najważniejszych cech ówczesnej klasy politycznej na Półwyspie Apenińskim. Krajem rządzili wtedy politycy niezatapialni, żyjący w symbiozie z kryminalnymi syndykatami, wymieniający się ministerstwami i stanowiskami w administracji publicznej. Craxi, Giulio Andreotti czy Giovanni Goria zdawali się wręcz przyklejeni do ministerialnych czy premierowskich stanowisk, blokując dopływ tlenu i świeżej krwi na szczyty władzy.

Od tego czasu minęły dwie dekady, ale Beppe Grillo uważał, że nie zmieniło się nic. On sam z telewizji przeniósł się do internetu, zaczął wydawać książki i produkować mało popularne komedie. W masowej pamięci zapisał się jako komik skandalista, ale raczej z czasów minionych. Ktoś, kto odszedł wraz z politykami, których wyśmiewał i krytykował. Jemu jednak na marginesie debaty publicznej nie było wcale dobrze. Szukał sposobu na dotarcie do szerszego grona odbiorców. Mówił to samo, co 20 lat wcześniej na ekranach telewizorów – że politycy kłamią, kradną, są nieuczciwi i niekompetentni. Tym razem jednak chciał zrobić coś więcej niż prawienie kazań. Zależało mu na przekuciu idei w czyny – stworzeniu ruchu, który do włoskiej polityki wprowadziłby nową jakość.

Zaczął od mobilizowania zwolenników w raczkujących wtedy jeszcze mediach społecznościowych. W 2005 r. zorganizował pierwsze zebranie dla zainteresowanych jego projektem, nazwane „40 przyjaciół Beppe Grilla”. Polegające na skrzyżowaniu happeningu z jarmarkiem i imprezą rodzinną zebrania z czasem stały się platformą do dyskusji. W Turynie, Sorrento i Piacenzie Grillo chodził pomiędzy zgromadzonymi ludźmi i pytał, co im leży na sercu, choć nie wiedział jeszcze, co z odpowiedziami zrobić.

Kolejnym etapem jego politycznego rozwoju była seria wydarzeń, o których usłyszała już cała Europa. Grillo zapraszał ludzi w coraz większej liczbie miast na tzw. V-Day, co było skrótem od Vaffanculo-Day. Krótko mówiąc, brodaty performer wychodził na scenę i w kilku często niewybrednych słowach tłumaczył, dlaczego włoscy politycy, wszyscy, co do jednego, muszą odejść. Nazwa wydarzenia w oczywisty sposób nawiązywała też do lądowania wojsk alianckich w Normandii w czasie II wojny światowej. Dla Grilla zebranie tysięcy zwolenników, wspólnie z nim pokazujących środkowy palec całej włoskiej klasie politycznej, miało być momentem zwrotnym w karierze publicznej. Sukcesem, na którym będzie mógł budować nowy porządek polityczny na Półwyspie Apenińskim.

Dalszą część tej historii zna większość Europejczyków. Rejestracja Ruchu Pięciu Gwiazd w 2009 r., pierwsze sukcesy wyborcze, przełom w wyborach parlamentarnych 2016 r., kiedy to kandydaci ugrupowania zdobyli stanowiska burmistrzów Rzymu, Turynu i Parmy. Wreszcie marzec 2018 r. i pierwsze miejsce w wyborach parlamentarnych. 32,7% poparcia, 227 miejsc w Izbie Deputowanych. Choć wynik poszedł w świat, o pełnym sukcesie nie mogło być mowy. Gwiaździści zajęli pierwsze miejsce wśród pojedynczych list wyborczych, ale sumarycznie przegrali z koalicją skrajnie prawicowych partii – Ligą Mattea Salviniego wspartą przez Forza Italia z nieśmiertelnym Silviem Berlusconim i neofaszystowskich Braci Włoskich. Pierwszy rząd z udziałem ruchu stworzonego w mediach społecznościowych musiał być rządem koalicyjnym.

Romans z prawicą potrwał nieco ponad rok. Najpierw przez cztery miesiące Salvini i liderujący Ruchowi Pięciu Gwiazd od 2017 r. Luigi Di Maio nie mogli się dogadać co do obsady stanowisk w rządzie. Potem każdą ich kolejną propozycję blokował prezydent Sergio Mattarella, bez zgody którego koalicja formalnie nie mogła się zawiązać. Ostatecznie współrządzili Włochami 13 miesięcy. Rozeszli się, kiedy szef Ligi postanowił zagrać va banque. Rozwiązał umowę koalicyjną, prąc do przyśpieszonych wyborów, bo chciał rządzić sam. Ostatecznie Ruch obronił miejsce w rządzie, wymieniając prawicowców na mocno krytykowaną przez siebie centrolewicową Partię Demokratyczną. Dziś jednak widać jak na dłoni, że tamten ideologiczny piwot był tylko odwlekaniem upadku w polityczną przepaść. Na początku 2020 r., choć formalnie współrządzi Włochami, Ruch Pięciu Gwiazd walczy już nie o przyszłość niosącą sukcesy – ale o jakąkolwiek przyszłość.

W ubiegłotygodniowych wyborach samorządowych, rozpisanych w 8 z 20 włoskich prowincji (we Włoszech te wybory są rozłożone na raty), wynik formacji Luigiego Di Maio był wręcz upokarzający – 5% w lewicowym regionie Emilia-Romania, zaledwie 1 pkt proc. więcej w Kalabrii, czyli jednym z jej mateczników. Łącznie nieco ponad 5% wszystkich oddanych wtedy głosów. Na porażkę nie patrzyli już jednak ani Di Maio, wciąż szef włoskiego MSZ, ale od 22 stycznia były lider partii, ani Beppe Grillo. Komik pozostaje wprawdzie członkiem formacji, jednak trzy lata temu wycofał się z pierwszej linii frontu, rzadziej zabiera też głos publicznie. Pozbawiony swoich najbardziej rozpoznawalnych twarzy Ruch ma dziś tylko 15% poparcia i żadnego pomysłu na odwrócenie negatywnego trendu. Co poszło nie tak?

Na to pytanie jak zawsze nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Szczegółowa analiza posunięć polityków Ruchu pokazuje, że ich grzechem głównym było uprawianie tego, co uprawiać musieli, a czym – przynajmniej deklaratywnie – tak się brzydzili. Czyli najzwyklejszej polityki.

Wielu wyborców nigdy nie wybaczyło im zmiany koalicyjnego partnera. Na samym początku kryzysu rządowego, w sierpniu zeszłego roku, opinia publiczna była jeszcze po ich stronie. To Salvini był barbarzyńcą w ogrodzie, awanturnikiem wyzywającym w parlamencie niedawnych sojuszników od politycznych prostytutek. Jednak już kilka dni później okazało się, że trochę racji miał. Di Maio obrócił się w drugą stronę, w kierunku Partii Demokratycznej – symbolu starych, skostniałych ugrupowań i zgniłej klasy politycznej. I natychmiast znalazł nowego partnera do koalicji. Zdradził w ten sposób pierwszy ideał Ruchu, czyli nienawiść do establishmentu.

Zdrada druga postępowała stopniowo. Z miesiąca na miesiąc spadał prestiż samego przewodniczącego ugrupowania, a Ruch pogrążał się w sprzeczkach personalnych. Nie było nawet wiadomo, kto tak naprawdę podejmuje w nim decyzje. Czy szef włoskiej dyplomacji, czy przewodniczący Izby Deputowanych Roberto Fico, czy też sceptyczny wobec mariażu z demokratami Alessandro Di Battista. A może tak naprawdę z tylnego fotela wszystkim steruje wciąż Beppe Grillo? Di Maio okazał się politykiem bez charyzmy, marionetką w rękach silniejszych od siebie. Zdaniem wielu to on ponosi winę za sondażowe spadki, bo dał się wykiwać Salviniemu w czasie sierpniowego kryzysu, czym obniżył wiarygodność Ruchu w oczach wyborców. Nie pomógł również fakt, że w Ruchu nie ma dyscypliny partyjnej, a oficjalne stanowisko ugrupowania klaruje się za pomocą internetowej platformy Rousseau, gdzie gwiaździści głosują nad najważniejszymi decyzjami. Ruch Pięciu Gwiazd po 13 miesiącach u władzy stał się po prostu synonimem chaosu.

Wreszcie wymienić należy przyczyny oczywiste. Wyczerpał się początkowy entuzjazm, który wyniósł Grilla na pierwsze strony gazet. Wyborcy nie zadowalali się już środkowym palcem, chcieli konkretów, a tych nie było. Zamiast spadku bezrobocia i wzrostu gospodarczego pojawiały się natomiast kolejne niepopularne pomysły, np. referendum w sprawie wyjścia z eurostrefy czy idea wyłaniania senatorów w ogólnokrajowym losowaniu. Beppe Grillo, a w ślad za nim pozostali liderzy Ruchu stracili umiejętność odczytywania nastrojów społecznych. Nie zauważyli, że po turbulencjach lat pokryzysowych sytuacja na południu Europy zaczyna się stabilizować, w dodatku wcale nie dzięki nim. Nie potrafili też skutecznie rozwiązać nowych problemów, takich jak fala migrantów, wzrost przestępczości czy starzenie się populacji. Wciąż bazowali na ekonomicznej frustracji i nienawiści do Brukseli, a oba te uczucia we włoskim społeczeństwie zaczynały już się rozchodzić po kościach. Aż wreszcie zgasły, tak jak gwiazdy, które na polityczne niebo Włoch wyniósł stary komik z coraz mniej śmiesznymi żartami.

Fot. BEWPHOTO

Wydanie: 6/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy