Ruletka

Ruletka

Gazety trąbią, że Anna Maria Anders pojedzie do Włoch na urząd ambasadora RP. Trochę dziwne to trąbienie, a raczej jego pora, bo o tym, że córka gen. Andersa, pani Costa, matka żołnierza US Army, posiadająca trzy obywatelstwa – amerykańskie, brytyjskie i polskie – jest kandydatką na szefa placówki w Rzymie mówiono już kilka miesięcy temu. Sami przed paroma tygodniami o tym pisaliśmy. Że PiS rządzi trzy i pół roku, a nie potrafi znaleźć przez ten czas ambasadora we Włoszech.

W sierpniu 2017 r. odwołano z tego stanowiska urzędującego ambasadora Tomasza Orłowskiego. Zrobiono to po dwóch latach urzędowania, a nie po zwyczajowych czterech czy pięciu, co było wyraźnym sygnałem braku zaufania. Orłowski wcześniej był ambasadorem we Francji, potem przez krótki czas wiceministrem. W dyplomacji pracował od początku lat 90., był szefem Protokołu Dyplomatycznego, jednym słowem – zawodowiec. I chyba to się nie podobało PiS.

Po odwołaniu Orłowskiego od sierpnia 2017 r. placówką w Rzymie kierował charge d’affaires. Wtedy też „dobra zmiana” zaczęła szukać kandydata na ambasadora. I wybrano Konrada Głębockiego, posła PiS.

Ale on, jak pisaliśmy, wcale się nie śpieszył placówkę. Decyzja, że to on ma jechać, zapadła w lutym 2018 r. Na sejmową Komisję Spraw Zagranicznych doczołgał się w maju 2018 r. Nominację na ambasadora RP w Rzymie z rąk ministra Jacka Czaputowicza odebrał 20 czerwca. Ale okazało się, że była ona datowana 5 czerwca i tego dnia Głębockiemu wygasł mandat poselski. Tymczasem przez 15 dni przychodził do Sejmu i głosował. 175 razy.

Potem rozpoczęły się wakacje. Minął rok, jak ambasada w Rzymie była bez ambasadora. I dopiero po wakacjach, 10 września 2018 r., Głębocki złożył listy uwierzytelniające. Ale po paru tygodniach zrezygnował z placówki i wrócił do Polski.

PiS zabrało się więc do szukania jego następcy.

Szło to (a w zasadzie – idzie) tradycyjnie, czyli opornie. Okazuje się, że PiS może być jedną władzą, kontrolującą wszystko, ale w środku oni walczą między sobą jak buldogi. Tu też mieliśmy walkę. Kandydatką Jacka Czaputowicza i Mateusza Morawieckiego była Anna Maria Anders, a Pałacu Prezydenckiego – Marcin Przydacz, zastępca dyrektora Biura Spraw Zagranicznych w Kancelarii Prezydenta.

W trakcie tej przepychanki wypomniano Anders, że w czasie swojego senatorowania „wylatała”, podróżując głównie do USA, ponad 600 tys. zł. I że od stycznia 2016 do kwietnia 2018 r. tylko w Stanach Zjednoczonych spędziła 170 dni. Pytano też, czy ambasadorem może być ktoś, kto ma niepolskie obywatelstwo.

Ostatecznie, po wielu miesiącach przepychanek, dogadano się, znaleziono kompromis. Przydacz został w MSZ wiceministrem. Natomiast pani Anders ma pojechać do Rzymu.

Co prawda jeszcze zimą był projekt, że ambasadorem zostanie szybciej, tak aby 18 maja, w rocznicę bitwy pod Monte Cassino, wziąć udział w uroczystościach. Nic z tych rzeczy, PiS nie zdążyło. I pewnie do wakacji nie zdąży. Wszystko więc wskazuje na to, że pani Anders obejmie placówkę we wrześniu. Czyli stukną dwa lata, jak jest ona bez szefa (z wyjątkiem paru tygodni ambasadorowania przez Głębockiego).

Cóż, jaka polityka zagraniczna, takie kadry.

Wydanie: 20/2019

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy