Samorodek dekady

Samorodek dekady

Nagroda Nike 2006 dla Doroty Masłowskiej

To była 10. edycja Nagrody Nike. Pierwsze komentarze podkreślały zdjęcie tego lauru z piedestału, tzn. odejście od „klasyków” i zwrot w stronę „młodzieży literackiej”. Niezupełnie tak jest. Nike 2004 dla Wojciecha Kuczoka była już przecież identycznym gestem. Jednak to prawda, że wcześniejsze werdykty, nagradzające kolejno Myśliwskiego, Miłosza, Barańczaka, Różewicza, Rymkiewicza, niepokojąco sygnalizowały nadmierne uzależnienie kapituły od „poprawności środowiskowej”, a więc szczególną taryfę dla szczególnych nazwisk. Następni, młodsi laureaci, Stasiuk i Pilch, także budzili skojarzenia na temat nie tyle Salomonowych, ile salonowych wyroków. Dopiero odkrycie mniej znanej pisarki, Joanny Olczak-Ronikierowej (2002), nagroda dla Kuczoka (2004) i tegoroczna dla Masłowskiej zaczynają zacierać tamto wrażenie.
Zawsze miałem Nike za złe, że pod jej promocyjną egidę nie trafiało zbyt wiele zasługujących na to pozycji, za to spotykaliśmy tu nader często dobrych znajomych z „salonu Agory” (chociaż w tym roku aż cztery z siedmiu książek finalistek były wcześniej nagrodzone Warszawską Premierą Literacką). Jednak przyznajmy, że każdy fundator czy juror ma prawo do własnych preferencji. Poza tym istnieje kłopot przyziemny – nagroda jest jedna, a książek wiele! Kiedyś robiłem antologię noblistów. W komentarzu sporządziłem listę stu sztokholmskich laureatów i obok – dla porównania – listę stu wybitnych pisarzy, którzy Nobla nigdy nie dostali. Brak wielu nazwisk aż wołał o pomstę do nieba, ale też rzucała się w oczy fizyczna niemożność nagrodzenia wszystkich tego wartych. Tak jest zawsze. Wielkim przegranym tegorocznej Nike jest Eustachy Rylski. Pisarz debiutujący w 1984 r. i zupełnie osobny. Pisarz wybitny. Jeśli ktoś twierdzi, że nagroda dla Masłowskiej była za wczesna, to ja twierdzę, że nagroda dla Rylskiego zawsze już będzie spóźniona. Ale w tego typu sporze nie ma racji, są tylko poglądy.
Dorota Masłowska została nagrodzona za drugą książkę. Już pierwsza („Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, 2002) przyniosła jej sławę – została uznana za oryginalny literacki obraz nowego języka i nowej rzeczywistości młodych Polaków; za książkę, która subkulturę ćpunów i dresiarzy podniosła do rangi problemu socjo-kulturowego polskiej prowincji. „Paw królowej” (2005) to rzecz dojrzalsza i bardziej wyrafinowana. To udana próba zdiagnozowania aberracji polegającej na uzależnieniu od siebie dwóch różnych rzeczywistości – tej realnej, prawdziwej i naturalnej z tą medialną i popkulturową. Temat aktualny, mocny, wciąż niedocierający do publiczności zauroczonej sztucznym, fałszywym światem papieru i eteru. Temat z przyszłością.
Masłowska ma absolutny słuch językowy i znakomitą spostrzegawczość socjologiczną. To jej pisarski kapitał. Poza tym jest ona idealnym wytworem swojego pokolenia; z wyjątkową inteligencją i empatią widzi jego problemy i jego złożoną sytuację w świecie może łatwiejszym cywilizacyjnie i technologicznie, lecz o wiele trudniejszym uczuciowo, duchowo. W świecie „strasznych ojców”, nowych zagrożeń i szczurzych wyścigów. W świecie kolorowej prasy, ogłupiających tabloidów, wypindrzonych elitek, narastającej samotności i rozpaczy człowieka. Trzeba przyznać, że nikt tak jak ta smarkula nie trzasnął w tych kwestiach dłonią w stół.
Pisarskim losom Masłowskiej wróżę dobrą przyszłość. Tajemnica tkwi w jej mocnej osobowości. W nonkonformizmie, ostrości widzenia, autodystansie, braku pozerstwa i – podkreślam – w języku, który jest jej prawdziwą ojczyzną. Także umiejętność świetnego radzenia sobie ze sławą, która spadła jak z nieba, świadczy, że Masłowska nie da się przekabacić życiowym błyskotkom.
Przy okazji należy powiedzieć dwa słowa o odkrywcy i wydawcy Masłowskiej, Pawle Duninie-Wąsowiczu i jego Lampie i Iskrze Bożej. Oficyna ta powstała na początku lat 90. Z poczuciem misji lansowała „niszową” młodzież literacką, drukowała odjazdowe fanziny i artziny, inwestowała w „nowe widzenie świata”. Misją Lampy była zmiana warty.
A to przypominało trochę robotę poszukiwaczy złota: ile piachu, ile szlamu trzeba przesiać, żeby w końcu znaleźć ten samorodek dekady! Udało się. Mój dawny sceptycyzm wobec misji Dunina zmieniał się z czasem – nie tylko z powodu Masłowskiej – w podziw. I choć żal mi „starej literatury”, boleję zwłaszcza nad tym bardzo nieeleganckim wysyłaniem jej na śmietnik historii, to nie obarczam winą ani takich akuszerów jak Dunin, ani takich debiutantów jak Masłowska.
Myślę, że ta Nike to także sukces Henryka Berezy, przewodniczącego jury. Od początku lat 70. Bereza patronował rewolucji artystycznej w prozie. Z jego poręki weszło w obieg publiczny wielu nowatorskich pisarzy. Bereza ma takie ucho na język autorów jak Masłowska na język życia. To się po prostu zrymowało.

 

Wydanie: 41/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy