Najważniejsze to się nie rozkleić. Po śmierci siostry wiem, że odumarli mnie już wszyscy najbliżsi wierzący; dorosłe dzieci mają swoje rodziny rozproszone po Europie, najmłodszy syn tradycyjnie leci z matką na Karaiby. W tym roku wreszcie mogę spędzić wieczór wigilijny samotnie. Umarli i tak przyjdą, nie ma potrzeby ich przywoływać z pierwszą gwiazdką, której najpewniej i tak widać nie będzie – kiedy słońce zajdzie, i oni zajdą, bez pukania przez drzwi przenikną, przez ściany, i zasiądą przy stole. Lepiej więc nie mieć stołu – duchy lubią zgromadzenia, ale i pustym stołem nie wzgardzą, o okrągłym stoliku nawet nie wspominam, to spirytystyczny kanon.
Lepiej w ogóle być poza domem. Poinhalować żywiczne zapachy w wilgotnym lesie albo obrać sobie pomarańczę gdzieś na polanie; kiedyś rozgniotła się w worku jaskiniowym i cała grota mi zapachniała świętami, choć to był listopad. To tylko bodźce zapachowe, można je sobie dawkować wbrew kalendarzowi, można sobie wywołać święta na poczekaniu. Poprzedzierać się przez ciżbę choinek ozdobionych tylko okiściami, wdrapać się w górach na tyle wysoko, by napotkać śnieg, i to nie ten mokry, odwilżowy, ale biały beton, na którym skrzyć się będzie światło czołówki i skrzypieć będą buty. Wejść choćby i na 2000 m, gdzie zima trzyma tak czy owak, dopaść tej zimy, uświęcić nią ten wieczór świąteczny jak w dziecięcym czasie, kiedy właśnie o zapach igliwia i mróz za oknem chodziło.
Boże Narodzenie było świętem zimy, celebrą ciepłych domowych pieleszy i wspólnoty rodzinnej, w której łatwo się było ogrzać na pohybel siarczystej i ciemnej porze roku. Owóż, dobrze jest zmarznąć, żeby wrócić do ciepła domowego, nawet jeśli domostwo puste, dobrze jest zmęczyć się, aby docenić dach nad głową, książkę na stoliku, płytę na gramofonie, wino w kieliszku (bezalkoholowe, jeśliśmy akurat w fazie suchej) i wymościć się w samoutuleniu. Aby nie było żal, uznać, że to wieczór jak każdy inny, nie pierwsza samotna uroczystość.
Sylwestry samotne są przyjemne, zwłaszcza że







