Ten miły, sympatyczny rasista i morderca polityczny

Ten miły, sympatyczny rasista i morderca polityczny

Janusz Waluś odsiadujący karę dożywocia za zastrzelenie w 1993 r. Chrisa Haniego, przywódcy partii komunistycznej, dowódcy bojowego skrzydła Afrykańskiego Kongresu Narodowego, decyzją Trybunału Konstytucyjnego RPA wychodzi po 29 latach więzienia na wolność. Skazany za polityczny mord na karę śmierci, zamienioną później na dożywocie, polski emigrant, zakopiańczyk, rasista, zwolennik supremacji białych w RPA i na świecie, był uczestnikiem spisku politycznego, któremu przewodził Clive Derby-Lewis, konserwatywny parlamentarzysta i skrajny przeciwnik zniesienia apartheidu w RPA. Wyposażając Polaka w broń palną, miał nadzieję, że zastrzelenie któregoś z trzech najważniejszych przywódców czarnych (Mandeli, Slova, Haniego) doprowadzi do zamieszek, które pozwolą białym wprowadzić stan wyjątkowy i nie dopuścić do oddania władzy czarnej ludności w demokratycznych wyborach. Zamieszki wybuchły na krótko (kosztowały życie 70 osób), ale później dzięki zaangażowaniu Nelsona Mandeli udało się doprowadzić do deeskalacji konfliktu, w konsekwencji Kongres Narodowy wygrał wybory, a Mandela został prezydentem. Zniósł karę śmierci. Waluś i jego patron Derby-Lewis mieli resztę życia spędzić za kratami.

Wbrew swoim oczekiwaniom Waluś nie stał się bohaterem odsuniętych od władzy białych rasistów. Zapomniano o nim. I wtedy przypomniał sobie, że jest wciąż Polakiem, zrezygnował z obywatelstwa RPA i podjął wysiłki dyplomatyczne, żeby resztę kary (licząc na wcześniejsze zwolnienie) odsiadywać w Polsce. Te poczynania nie były skuteczne. Natomiast mniej więcej od 2010-2011 r., kiedy rósł w siłę polski skrajny, faszyzujący nacjonalizm, co wyrażało się formą i liczebnością uczestników tzw. Marszu Niepodległości, Waluś zapełnił zbiorową wyobraźnię środowisk skrajnej prawicy w Polsce. Na stadionach i demonstracjach zaczęły się pojawiać jego wizerunki, żądania uwolnienia go lub przewiezienia do Polski. Do celi Walusia zaczęły trafiać setki, tysiące listów od sympatyków skrajnej prawicy. Waluś w więzieniu odżył. Jeden z uznanych polskich reporterów, Cezary Łazarewicz, poświęcił mu całą książkę „Nic osobistego”, pozostając pod dużym wpływem poznanego „sympatycznego i miłego człowieka”. Polubił go, bo Waluś odbiegał od wzorca, który miał Łazarewicz: „Spodziewałem się spotkać kogoś innego. Dlatego dziwnie się poczułem, ale go polubiłem. Bo w naszej kulturze ktoś, kto dokonuje strasznych czynów, musi być zaraz straszny i mieć zły charakter…”. Równocześnie reporter zastrzegał się, że jego przybliżenie postaci Walusia ma charakter przestrogi.

W Polsce Waluś pojawiał się w oficjalnych interpelacjach posłów Konfederacji Grzegorza Brauna, Artura Dziambora i Roberta Winnickiego, którzy próbowali wpłynąć na swojego skrytego sojusznika i poplecznika, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, żeby doprowadził do ściągnięcia Walusia do Polski i umożliwienia mu odsiadywania kary w pierwszej ojczyźnie. Tak jednak się nie stało.

Chris Hani, który był partyzantem i legendą oporu i walki przeciw apartheidowi, nie doczekał się w Polsce książki. Był wszak „komunistą”. Grzegorz Braun, poseł polskiego parlamentu, w ostatnich dniach powiedział publicznie: „Ja osobiście sytuuję się po stronie tych, którzy uważają strzelanie do sekretarzy partii komunistycznych za czyn niekoniecznie domagający się penalizacji, a w niektórych przypadkach być może działanie w stanie wyższej konieczności”. Waluś zastrzelił Haniego na podjeździe jego domu, czterema strzałami. Ostatni, dobijający ofiarę, oddał z bliska w głowę. Sam nazywa się żołnierzem.

Nadzieje, że wypuszczony na wolność Waluś wróci do Polski na białym apartheidowym koniu w nimbie bohatera walki o supremację białych i odegra jakąś rolę w skrajnie nacjonalistycznej polityce, raczej okażą się płonne. Warunki zwolnienia najprawdopodobniej obejmą zakaz opuszczania granic prowincji, oddanie paszportu, codzienne meldowanie się na komisariacie policji i inne formy nadzoru służb więziennych.

A jednak należy patrzeć z niepokojem na rozwój wypadków związanych z wypuszczeniem zabójcy Haniego. Będziemy wkrótce wspominać setną rocznicę zamordowania prezydenta Narutowicza. Ten mord założycielski polskiej skrajnej prawicy odegrał niewyobrażalnie ponurą rolę. Doskonale, choć wstrząsająco, opisał ją w książce „Gotowi na przemoc” Paweł Brykczyński. Tamta nieprzepracowana zbrodnia i nierozliczenie prawicy położyły się potwornym cieniem na polskiej polityce w II RP. Przemoc w czystej formie wyraża ogromną moc, atakującym daje realną siłę, ofiary i zastraszonych spycha w bezradność. Żywię nadzieję, że na podziw i akceptację Walusia nie będzie w naszej współczesności żadnego miejsca. I naprawdę nie porusza mnie, że może się wydawać miłym i sympatycznym, pełnym autoironii, prostym i inteligentnym osobnikiem. Właśnie na tym polega problem z normalizowaniem i oswajaniem rasizmu i faszyzmu tuż obok nas. Waluś ma na sumieniu nie tylko Haniego, ale też tamtych zapomnianych 70 zabitych podczas protestów. I w jakimś sensie tysiące zamordowanych skrytobójczo przez całe rządy afrykanerskiego apartheidu.

Wydanie: 49/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy