Ściana śmierci

Ściana śmierci

23 górników zginęło tragicznie kilometr pod ziemią w kopalni Halemba. Spłonęli żywcem, bo mieli wydobyć urządzenia górnicze


Teodor Banduch (50 l.), Jan Bilman (45 l.), Ireneusz Brabański (32 l.), Krzysztof Bubała (37 l.), Dariusz Dola (30 l.), Arkadiusz Falkus (29 l.), Krystian Gaszka (41 l.), Janusz Gęsikowski (46 l.), Andrzej Giemza (47 l.), Przemysław Jóźwiak (21 l.), Daniel Kindla (21 l.), Jacek Mierzchała (39 l.), Mariusz Miłkowski (36 l.), Bernard Poloczek (46 l.), Krzysztof Prygiel (51 l.), Tadeusz Rymarzewski (51 l.), Henryk Samisz (52 l.), Wit Siepka (48 l.), Krystian Sitek (47 l.), Edward Sobota (59 l.), Mirosław Toczek (45 l.), Adrian Wąsowski (23 l.), Zbigniew Turniak (38 l.)


Pierwsze doniesienia o tragedii w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej pojawiły się w mediach 21 listopada ok. szóstej po południu. 23 górników uwięzionych pod ziemią od prawie dwóch godzin, wybuch metanu, brak kontaktu z poszkodowanymi. Niespodziewana tragedia dziś, z perspektywy kilku dni, setek wypowiedzi górników, związkowców i specjalistów wcale nie wygląda na nieprzewidywalną. Ten scenariusz można było przewidzieć i nie posyłać na śmierć 23 mężczyzn – mężów, ojców i synów. Górnicy otwarcie mówią, że zagrożenie istniało i tylko kwestią czasu było to, kiedy przybierze oblicze tragedii.

Mamo, będę się tobą opiekować

Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy. Przed bramami kopalni natychmiast pojawiło się mnóstwo osób. Rodziny i znajomi tych, którzy właśnie pracowali w kopalni, górnicy, okoliczni mieszkańcy, dziennikarze. W tych początkowych godzinach centralną postacią stał się Jan Sienkiewicz, rzecznik prasowy kopalni, który wyszedł z listą osób pracujących w zagrożonym terenie. Wiadomo było, że pod ziemią zostało ośmiu górników z Halemby i 15 pracujących dla firmy MARD. Ludzie podchodzili do niego z trwogą i w olbrzymim napięciu czekali, aż po raz kolejny przebiegnie wzrokiem kartkę. Jedni odchodzili z ulgą – nazwisk ich bliskich na liście nie było, chociaż pozostawali pod ziemią. Drudzy otrzymywali najgorszą wiadomość w ich życiu. Wiadomość, która rozpoczynała kilkudziesięciogodzinny okres wyczekiwania. Odprowadzano ich na stołówkę, gdzie czekali na nich psycholodzy, gdzie mogli oswajać się z bólem, niepewnością, bezsilnością, złością. Reagowali różnie – zastygali w milczeniu, krzyczeli ze złości, stawali się agresywni lub całkowicie pogrążali w rozpaczy.
W tym czasie cztery zastępy ratowników były już pod ziemią, do akcji wkroczyli kilkanaście minut po informacji o wybuchu. Dosyć szybko pojawiła się wiadomość, że dotarli do dwóch pierwszych ciał. Do kogo? – to było najważniejsze pytanie. Ludzie patrzyli po sobie i prosili Boga, aby to nie drogie im nazwisko zostało wyczytane. Liczba ofiar wzrosła do ośmiu. Podano wstępną przyczynę – wybuch metanu. Specjaliści wyjaśniali, że podczas takiej eksplozji temperatura dochodzi nawet do 1500 stopni, że fala uderzeniowa bezlitośnie niszczy wszystko na swej drodze. Jednak nadzieja na to, że ktoś się uratował, ciągle nie gasła. Podtrzymywali ją szefowie kopalni, tłumacząc, że być może górników osłoniły jakieś elementy, że może skryli się w jakichś załomach. Przypominano sobie, że to przecież właśnie w tym rejonie w lutym cudem uratował się Zbigniew Nowak. Wszyscy liczyli na kolejny cud. Stołówka wydawała ciepłe napoje i posiłki. Strażacy zorganizowali koce i łóżka polowe. Wiadomo, że trzeba uzbroić się w cierpliwość, czekać. A to bardzo trudne. 12-letnia dziewczynka przytula swoją mamę pogrążoną w rozpaczy: – Nie martw się, będę się tobą opiekować. Tata wróci. Ta dziewczynka ma dwójkę młodszego rodzeństwa i przejęła na siebie rolę osoby odpowiedzialnej za rodzinę. Około godz. 23 pod kopalnią uspokaja się. Ktoś pali pierwsze znicze. Na ławce siedzą żona i siostra jednego z górników, który jeszcze nie wyjechał ze swojej zmiany. – Nie ma brata na liście, sprawdzałam, bo szwagierka nie była w stanie, ale mimo to się niepokoimy. Dopóki go nie zobaczymy, będziemy tu czekać.
Co chwila podchodzi do nich jakaś ekipa telewizyjna lub radiowa. W końcu przed pierwszą w nocy wychodzi oczekiwany górnik, zdziwiony gorącym przywitaniem.

Zginęli dla złomu

Kilku mężczyzn siedzi na murku. Są rozzłoszczeni.
– Powiemy pani prawdę, ale bez nazwisk. Oni zginęli, wszyscy. Wie pani dlaczego? Ta ściana była zamknięta przez siedem miesięcy, tam było olbrzymie stężenie metanu. Przez siedem miesięcy robili przetargi, a teraz szybko chcieli wydobyć to żelastwo, posłali niedoświadczonych ludzi. Na kopalni jest za mało pracowników, a nie ma przyjęć. Zatrudnia się jakichś ludzi z zewnątrz i oni nie wiedzą, jak się zachować w takich warunkach. Tam jest piekło. Już raz ta ściana pokazała, co potrafi, chociaż oddała nam Zbyszka. I trzeba było ją zostawić w spokoju. Niech pani zapyta, co z czujnikami metanu, czemu nie zadziałały. To my powiemy. Bo albo ich tam nie było, albo były oszukiwane.
Ludzie pod kopalnią rozmawiają o tym, że rudzkie kopalnie są niebezpieczne. Cztery miesiące temu w kopalni Pokój czterech górników zginęło po tąpnięciu, w lutym w Halembie cudem uratowano Zbigniewa Nowaka, w zeszłym roku w Pokoju przysypało dwóch górników. Niektórzy przypominają sobie wypadek sprzed 17 lat. Wtedy wybuch metanu w Halembie, też na głębokości 1030 m, zabrał życie 19 górników, a 20 zostało rannych. Czy i tym razem ktoś ocaleje?
Do Rudy Śląskiej przyjeżdża wiceminister Paweł Poncyliusz, który na schodach informuje dziennikarzy o nieistotnych szczegółach. Za nim pojawia się Zbigniew Religa, deklarując, że w gotowości są wszelkie służby medyczne. Jest też premier Jarosław Kaczyński.
– Po co oni tu wszyscy przyjeżdżają? Niech zjadą do kopalni, zobaczą. Dopiero jak jest śmierć, to potrafią się ruszyć, a tak to nie ma komu z nami rozmawiać – denerwują się oczekujący na jakąkolwiek wiadomość ludzie.
Dziennikarzy zaproszono do cechowni. Co jakiś czas ktoś podchodzi do stojącej tu figury św. Barbary i modli się. O pierwszej w nocy jest konferencja prasowa. Informacji udzielają tylko przedstawiciele Kompanii Węglowej. Mówią, że nie ma sygnałów z nadajników zamontowanych w lampach górniczych. To może oznaczać najgorsze – skoro zniszczone zostały nadajniki, które odgrywają podobną rolę jak czarne skrzynki w samolotach, to jakie szanse mieli ludzie?
– Czujniki metanu nie pokazywały niczego niepokojącego, to musiał być gwałtowny i nagły wypływ gazu. Przegraliśmy z naturą – komentuje prezes Kompanii, Grzegorz Pawłaszek.

Oczekiwanie

Dalsze wydarzenia są znane. Pełna oczekiwania noc, przerwanie akcji z powodu zbyt dużego stężenia metanu zagrażającego życiu ratowników, kilkakrotne próby powrotu do niebezpiecznego chodnika. I ciągłe pytanie – skoro ratownicy nie mogą tam oddychać mimo specjalistycznego sprzętu, to czy jest jakakolwiek możliwość, aby ktoś przeżył? Otuchy dodaje Zbigniew Nowak, który przez 111 godzin zmagał się z lękiem, czekając na pomoc. Atmosfera wyczekiwania staje się nie do zniesienia.
W końcu wznowienie akcji i odnalezienie pozostałych górników. Wszystko jest jasne – zginęli natychmiast. Przed rodzinami staje nowe, tragiczne wyzwanie. Nie mogą zobaczyć swoich bliskich po raz ostatni. Bo nie można ich zidentyfikować bez badań DNA. Dla niektórych rodzin to najtrudniejsze do zniesienia. Domagają się oględzin i możliwości identyfikacji. To jest niemożliwe. Górnicy mają zmasakrowane twarze. Trzeba czekać kolejne dni, aby móc odprowadzić ich w ostatnią drogę.

Dyskretne wspieranie

Krzysztof Kruszyński, psycholog pracujący od dwóch lat w kopalni Halemba, towarzyszy w tych trudnych chwilach rodzinom. Znał kilku górników, jednego blisko. – Mam przed oczami twarz zaprzyjaźnionego sztygara i trudno mi uwierzyć w jego śmierć. Mimo że stale uczestniczę w szkoleniach, symulacjach, zjeżdżam pod ziemię, aby móc lepiej wczuć się w sytuację górników, to w obliczu dramatu i tak odnajduję w sobie coraz to nowe emocje.
Kruszyński wielokrotnie wykazał, że psycholog dobrze znający specyfikę zawodu górnika jest w kopalni bardzo potrzebny. Do niedawna nikt podobnej pomocy nie udzielał w takim zakresie i tak profesjonalnie. Wspomagał żonę Zbigniewa Nowaka, Marlenę, i do dziś rodzina korzysta z jego rad. To także dzięki nim Zbigniew Nowak przełamał w sobie strach i powrócił do pracy pod ziemią.
To psychologowi dyrekcja kopalni dała zadanie opieki nad rodzinami ofiar. Kruszyński nie spodziewał się, że pomagać będzie mu tylu kolegów po fachu. Psycholodzy zaczęli pojawiać się spontanicznie, z policji, straży pożarnej, opieki społecznej. Wspólnie zorganizowali podstawową opiekę dla oczekujących. Obserwowali, kto potrzebuje wsparcia, kto wygadania, a kto kawy.
– Przeżywanie utraty bliskiej osoby to skomplikowany proces emocjonalny przechodzący różne fazy. Ale w górnictwie jest dużo głębszy problem. Tak naprawdę przez lata górnicy zatracili poczucie własnej wartości. Oni w ogóle nie są przyzwyczajeni do chwalenia za zrobienie czegoś. To bardzo specyficzny zawód, codziennie trzeba się zmagać ze strachem, trudnymi warunkami pracy, własną fizycznością. Górnicy żyją w ogromnym stresie, popadają często w różne uzależnienia albo choroby. Nie udzielano też wcześniej dostatecznej pomocy psychologicznej samym ratownikom górniczym, którzy przecież wykonują niezmiernie obciążającą pracę i muszą z jej skutkami, obrazami, konsekwencjami sami się zmagać.
W obliczu tragedii najważniejsze jest pierwsze nawiązanie kontaktu z rodziną, zdobycie zaufania. Ludzie potrzebują rzetelnych informacji, cierpią z powodu ich braku. – Nawet najgorsza wiadomość jest lepsza od żadnej, od bezczynnego i bezsilnego wyczekiwania – uważa pan Krzysztof. – To w ogóle nieprawdopodobne zjawisko. Ci, którzy przebywali w domach, oglądali wszelkie możliwe wiadomości. Analizowali każde słowo podawane przez media. Wysyłali sobie wzajemnie SMS-y, gdzie dyskutowano, czy to wybuch, czy ściana, czy chodnik. Potem podchodzili do nas i pytali, co jest prawdą, a co nie. Bardzo ważne jest, aby w takich chwilach nie podawać niesprawdzonych sensacyjnych informacji. To bardzo źle wpływa na stan psychiczny tych, którzy czekają, którzy są prawdziwymi ofiarami.

Minister nie miał czasu

Wszyscy zadają sobie pytanie, czy do tej tragedii musiało dojść. Związkowcy od dłuższego czasu alarmują o obniżeniu poziomu bezpieczeństwa w kopalniach z powodu nadmiernej eksploatacji ludzi i dążenia do zysku za wszelką cenę. Wacław Czerkawski, przewodniczący Związków Zawodowych Górników, uważa, że tę tragedię można było przewidzieć.
– Od dłuższego czasu próbujemy zwrócić uwagę rządu na problem bezpieczeństwa pracy – mówi – ale minister pracy, Piotr Woźniak, przez cały rok nie znalazł czasu, aby spotkać się z naszymi przedstawicielami. Rozmawia z nami tylko Paweł Poncyliusz, bardzo rzadko i zazwyczaj na zasadzie przegadywania. Od dłuższego czasu dążymy do spotkania trójstronnego – przedstawiciele rządu, szefowie spółek węglowych i czynnik społeczny, czyli związki zawodowe. Jedno spotkanie się nie odbyło, bo pan Poncyliusz musiał uczestniczyć w bardzo ważnym głosowaniu w Sejmie. Kolejne zaplanowano na 30 listopada. Tylko że wśród najwyższych władz nie ma prawdziwych fachowców od górnictwa.
Górnicze związki zawodowe zwracają uwagę na kilka podstawowych zagrożeń w bezpieczeństwie pracy. Podnoszenie wydajności za wszelką cenę, brak przyjęć fachowców, prowadzenie przetargów, w których jedynym kryterium jest cena. Efektem restrukturyzacji było powstanie wielu firm świadczących usługi dla górnictwa. Początkowo powstawały na bazie takich wyspecjalizowanych spółek państwowych jak PBSz (Przedsiębiorstwo Budowy Szybów) i PRG (Przedsiębiorstwo Robót Górniczych), gdzie pracowali doświadczeni fachowcy. Obniżanie cen za usługi doprowadziło do ich upadłości. Na dobrą sprawę nikt tak naprawdę nie kontroluje uprawnień ludzi zatrudnionych w firmach usługowych. Do pracy pod ziemią nie wystarczy ukończenie kursu czy krótka praktyka. Trzeba doświadczenia. W górnictwie nie można wszystkiego opierać wyłącznie na cenie. To kosztuje ludzkie życie i zdrowie.
– Do problemów górnictwa wraca się tylko przy okazji tragedii. Dlaczego nikt nie reaguje na nasze sygnały wcześniej? Nie możemy nawiązać nici porozumienia z panem Poncyliuszem. Zawsze kończy się na pyskówkach, odsuwaniu problemów na czas nieokreślony i szukaniu przez niego podejrzanych układów. Nikt nie chce podjąć problemu powrotu do pracy byłych górników fachowców. Pobranie odprawy wiązało się z podpisaniem oświadczenia, że osoba już nigdy nie będzie się ubiegać o pracę w kopalni. Wszelkie doniesienia na temat bezsensowności tego kroku są pomijane milczeniem. Znam wielu górników, którzy nawet chcieliby zwrócić te pieniądze, byle tylko móc wrócić do pracy w kopalni. Teraz za psie pieniądze pracują w tych różnych spółkach. Z drugiej strony, brakuje doświadczonych specjalistów, młodzi chłopcy często szybko rezygnują z pracy, bo jest ponad ich siły psychiczne. To bardzo złożony problem i nie ma nikogo odważnego, kto podjąłby się jego rozwiązania – uważa Czerkawski.

Po co ich tam wysłano?

– Wypędziliśmy górników z kopalń i teraz brakuje w nich fachowców, trzeba korzystać z usług firm zewnętrznych – uważa Jerzy Markowski, były minister i senator, który przeszedł wszystkie etapy pracy w górnictwie. Pracował pod ziemią, był ratownikiem górniczym podobnie jak jego ojciec, jako minister poznał każdą kopalnię, a obecnie jest dyrektorem kopalni Budryk w Ornontowicach. – Dla przeciętnego człowieka 70 mln zł to kwota niewyobrażalna, ale w górnictwie nie jest ona znowu tak wiele znacząca, aby ryzykować dla niej życie ludzi. Po co było ich słać w tak zagrożony teren?
– Na każdej kopalni są nieczynne pola wydobywcze – wyjaśnia Markowski. – Zamyka się je z różnych powodów. Natura walczy z człowiekiem i nieraz trzeba po prostu zrezygnować z eksploatacji. Jeśli już ktoś się decyduje na otwarcie takiego pola, to powinny obowiązywać procedury jak przy akcji ratowniczej, a takie zachowano tylko przy samym otwieraniu ściany na Halembie. Potem zdecydowano się na wysłanie tam ludzi niebędących ratownikami. Oczywiście nie jest powiedziane, że ratowników nie spotkałby taki sam los, ale oni pracują inaczej. To tak jak z gotowaniem obiadu. Żonie zawsze się uda, a mąż mimo że się stara, zazwyczaj o czymś zapomni. I taka jest różnica między pracą ratowników i innych fachowców. Na pewno uważali, ale mogli nie zwrócić uwagi na szczegóły, które nie umknęłyby ratownikom.
Były minister uważa, że trzeba głośno powiedzieć o braku wyobraźni przy podjęciu tej decyzji. Teraz już nikt nie odzyska sprzętu, a ludzie stracili życie. Dlaczego nikomu nie żal zakopanych pieniędzy w kopalniach zlikwidowanych, jak Dembieńsko, gdzie skandalicznie zmarnowano wielki potencjał, czy Morcinek, gdzie likwidacja polegała po prostu na wysadzeniu szybu w powietrze, lub Powstańców Śląskich, gdzie pod ziemią tkwią urządzenia za setki milionów złotych?
– Przypuszczalnie dyrekcja kopalni miała dylemat. Niepodjęcie próby wydobycia drogiego sprzętu mogłoby się spotkać z zarzutem niegospodarności. Trzeba było uruchomić wydobycie na nowej ścianie i albo kupić nowe obudowy, albo próbować odzyskać stare. Jednak w przypadku kopalni na pierwszym planie musi być bezpieczeństwo. Posyłanie ludzi, i to niezgodnie z procedurą, było brakiem wyobraźni. Zasłanianie się komisjami, analizami, dokumentami nic nie pomoże – od początku wiadomo, że to było duże ryzyko – dodaje Markowski.
W ciągu 15 lat restrukturyzacji z górnictwa odeszło 240 tys. ludzi, dziesiątki kopalń zamknięto w sposób rabunkowy. Przy okazji tragedii oczy kraju są zwrócone na Śląsk. Potem wszystko przycicha, kolejni urzędnicy państwowi wolą nie zajmować się trudnym problemem. Aż do następnego razu. Sprawę wypadku w Halembie bada prokuratura. Coraz więcej górników ma odwagę mówić o nieprawdopodobnych sytuacjach, oszukiwania wyników pomiarów metanu.
– To akurat wydaje mi się zupełnie niewiarygodne – komentuje Jerzy Markowski. – Metan to gaz, który powstawał wraz z węglem. Jest niebezpieczny przy stężeniu od 4,5-15%. Jednak nie eksploduje samoistnie. Musi być jakaś przyczyna. Przy takim stężeniu nawet mała iskra mogła zainicjować eksplozję. Czujnik rejestruje stężenie i przekazuje do centralnego komputera, który przy alarmujących normach natychmiast wyłącza zasilanie w danym rejonie. To oczywiście trwa jakiś czas, ale biorąc pod uwagę, że system powinien reagować już przy stężeniu 2%, kiedy poziom gazu się zwiększa, ale nie jest jeszcze niebezpieczny, teoretycznie wszystko powinno zadziałać. Twierdzenie, że czujniki specjalnie się wymontowuje lub celowo umieszcza w miejscach dopływu strumienia świeżego powietrza, jest dla mnie bzdurą. To tak, jakby ktoś był samobójcą.
Jerzy Markowski przypomina, że do tragedii w Halembie polskie górnictwo było statystycznie uważane za najbezpieczniejsze na świecie. – Gdy mój ojciec był ratownikiem górniczym, nie było dnia bez pożaru na dole. Teraz wykorzystujemy zdobycze techniki, aby praca była bezpieczna. Wiele rzeczy można przewidzieć, wielu tragediom zapobiec. Potrzebne jest doświadczenie i wyobraźnia.
W doniesienia o oszukiwaniu czujników metanu nie wierzy też Wacław Czerkawski. – Jakieś dwa lata temu mieliśmy takie sygnały, były przeprowadzone szczegółowe kontrole i myślę, że nikt nie odważyłby się łamać wydanych wówczas rozporządzeń w tej sprawie.
Jednak cztery lata temu, gdy w wyniku wypadku w kopalni Jas-Mos w Jastrzębiu zginęło 10 górników i zaczęto głośno mówić o naginaniu przepisów, pomijaniu procedur, aby tylko wykonać plan, też nikt nie mógł w te praktyki uwierzyć.
W 1989 r. jako początkująca dziennikarka otrzymałam zezwolenie na zjazd do nieistniejącej już kopalni Katowice. Wychowałam się w rodzinie górniczej i wydawało mi się, że kopalnia nie jest niczym dziwnym. Jednak tam, 900 m pod ziemią, gdy mój przewodnik inżynier doprowadził mnie w rejon zagrożony zawaleniem i zgasił lampki, poczułam siłę natury. Gorąco, chociaż na powierzchni była akurat zima, wilgotno, wokół czarne skały podparte drewnianymi stemplami, specyficzny zapach i niesamowita cisza. I strach, bo znajdowałam się niedaleko miejsca, gdzie kilka dni wcześniej zginęli ludzie. Po raz pierwszy wtedy odczułam naprawdę głęboki szacunek dla swojego ojca, który codziennie przez 30 lat przemierzał kopalniane korytarze, zjeżdżał w dół chyboczącą się klatką, wdychał węglowy pył. I dla wszystkich górników, którzy robią to codziennie. Choć nie wszyscy z nich wrócą ze swojej szychty.


Największe katastrofy górnicze w Polsce

1958 – pożar w kopalni Makoszowy, zginęły 72 osoby.
1971 – zawał w zabrzańskiej kopani Rokitnica, zginęło 18 górników, ocalał jako jedyny Alojzy Piontek.
1974 – w wyniku wybuchu pyłu w kopalni Silesia w Czechowicach-Dziedzicach zginęło 34 górników.
1979 – eksplozja pyłu węglowego w kopalni Dymitrow w Bytomiu zabiła 34 osoby.
1987 – w wybuchu pyłu węglowego w kopalni Mysłowice zginęło 18 górników, a 19. ofiara zmarła w szpitalu.
1990 – eksplozja metanu w kopalni Halemba; śmierć poniosło 19 górników.
2002 – wybuch pyłu węglowego w kopalni Jas-Mos w Jastrzębiu-Zdroju, w wyniku którego poniosło śmierć 10 górników.


Zabójczy metan
Według wstępnych ustaleń przyczyną tragedii w Halembie był wybuch metanu lub pyłu węglowego albo obu naraz. Metan jest gazem bezwonnym, lżejszym od powietrza, który eksploduje wyłącznie przy stężeniu od 4,5-15%. Powyżej tej wartości spala się bez wybuchu i jest mniej groźny, a poniżej nie jest niebezpieczny.
Pył węglowy osadza się wszędzie. Aby wybuchł, musi zostać wzbity w powietrze. Jego eksplozje są bardziej niebezpieczne, gdyż wybucha falami, jak fajerwerki. Bez odpowiednich zapór od jednej iskry może się rozprzestrzenić na całą kopalnię. Ani metan, ani pył węglowy nie wybuchają samoistnie. Musi nastąpić tzw. inicjacja. Może to być iskra od prowadzonych prac spawalniczych, wybuchu ładunku, a nawet uderzenia metalem o metal.


Ratownicy
Polskie ratownictwo górnicze jest najlepiej zorganizowane na świecie. W 2007 r. będzie obchodzić 100-lecie istnienia. W Polsce jest 130 zawodowych ratowników i 6 tys. pracujących w strukturach kopalń. Podczas akcji ratowniczej każdy ratownik niesie ok. 40 kg wyposażenia – aparat tlenowy, lampę, dodatkowy akumulator, narzędzia. Często sytuacja wymaga czołgania się, wybierania kamienia rękami. Duże zagrożenie dla zdrowia niosą panujące w miejscach katastrof wysokie temperatury, powodujące oparzenia górnych dróg oddechowych. Podstawową zasadą współpracy ratowników jest obserwacja reakcji kolegi znajdującego się bezpośrednio w pobliżu. Są wyczuleni na najmniejszą nietypową reakcję w zachowaniu, na każdy dźwięk.


Dlaczego czekali ponad pół roku?

Prof. Stanisław Speczik, geolog z Państwowego Instytutu Geologicznego, b. prezes KGHM

Nie widzę nic nagannego w tym, że do uciążliwych i żmudnych prac likwidacyjnych w kopalni zatrudnia się wykonawców z zewnątrz na zasadzie outsourcingu. To jest normalna praktyka stosowana w kraju i za granicą, gdy zjeżdża na dół wyspecjalizowana ekipa, ludzie dobrze przygotowani, a także ubezpieczeni. Nierzadko pracują tam górnicy na przyśpieszonych emeryturach, którzy w ten sposób sobie dorabiają. Mają odpowiednie uprawnienia i doświadczenie nierzadko większe niż ludzie z produkcji.
Mnie najbardziej jednak zastanawia fakt, dlaczego po decyzji Wyższego Urzędu Górniczego, kiedy zatrzymano produkcję, ta ściana czekała pół roku. Przecież był tam zamrożony majątek kopalni wartości ok. 70 mln zł, w tym obudowy kroczące albo przesuwane, przenośniki, kombajny, instalacje, wszystko z najlepszej stali, wyposażone w bardzo drogie elementy, z silnikami, pneumatyką, elektroniką. W tym okresie górotwór podlegał cały czas różnym naprężeniom. Dopiero po tylu miesiącach zdecydowano się doprowadzić ścianę do ładu i uwolnić gigantyczne pieniądze. Najwięcej wypadków w kopalniach jest zwykle po wolnej sobocie, kiedy ściana czeka dwa dni na eksploatację, a tutaj było ponad pół roku kumulowania się różnych niebezpieczeństw, z zawałem i emisją metanu włącznie. Kiedy ściana jest czynna, to jest zwykle wyposażona w rurociągi, dokonuje się przewiertów dla zmniejszenia ciśnienia metanu w górotworze. Niebezpieczeństwo urasta, kiedy się wchodzi po pół roku do takiej nieczynnej strefy. Nie wiemy, czy miejsce było dobrze przewietrzone, czy były urządzenia umożliwiające szybkie odessanie gazu. Nie wiemy, czy najpierw był zawał, a potem wybuch, czy odwrotnie. Podczas wybuchu człowiek w takim chodniku zachowuje się jak śrut w lufie karabinu. Podmuch i fala uderzeniowa jest ogromna, a do tego dochodzi temperatura przekraczająca 1000 st. C. Prawdopodobnie górnicy, którzy znaleźli się w tej strefie, uciekali, próbowali się gdzieś schronić. Nie zdążyli.
Not BT

 

Wydanie: 48/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy