Sedes sprawą życia i śmierci

Sedes sprawą życia i śmierci

Ponad połowa mieszkańców naszego globu nie ma ciągłego dostępu do toalety

Ze wszystkich kryzysów humanitarnych i społecznych ten jest chyba najbardziej wstydliwy. Jednocześnie może zostać uznany za jedną z katastrof o największym zasięgu. Chyba tylko globalne ocieplenie bezpośrednio dotyka więcej mieszkańców globu. Trudno sobie wyobrazić rozmiary światowego kryzysu sanitarnego, nagłaśnianego co roku przy okazji wyznaczonego na 17 listopada Światowego Dnia Toalety. Zgodnie z wyliczeniami UNDP, Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju, codziennie przeszło 4,5 mld ludzi, czyli niemal dokładnie 60% ludzkiej populacji, musi pokonywać różnego rodzaju bariery – polityczne, ekonomiczne, infrastrukturalne – w celu skorzystania z toalety. Co więcej, ok. 2,5 mld nie ma żadnego dostępu nawet do podstawowych elementów sanitariatu ani do bieżącej wody. Prawie 2 mld regularnie pije wodę, w której znajdują się bakterie fekalne, co naraża ich na zakażenie wieloma chorobami. I to wszystko w 2017 r., kiedy ludzkość potrafi skonstruować roboty wykonujące salto w tył i wyposażyć podstawowy telefon komórkowy w symulator wirtualnej rzeczywistości.

Burżuazyjny luksus

Jak w praktyce wygląda życie bez dostępu do toalety czy bieżącej wody? Dla osób, które na co dzień nie mogą korzystać z sanitariatów, toaletą jest cała okolica. Doskonale widać to w Kambodży – kraju, w którym mieszkańcy mają ogromny problem z załatwianiem się w miejscach publicznych. I paradoksalnie nie zawsze jest to tylko i wyłącznie spowodowane trudnościami finansowymi. Jak opowiada James Wicken z organizacji WaterAid Cambodia, zajmującej się promowaniem higieny osobistej i dystrybucją tanich instalacji sanitarnych, często załatwianie naturalnych potrzeb w miejscach publicznych jest uwarunkowane kulturowo. Nawet w całkiem zamożnych jak na tamte warunki gospodarstwach domowych, gdzie z zewnątrz widać klimatyzatory czy talerze telewizji satelitarnej, często brakuje sanitariatu. Jak pisze Parimita Routray, hinduska antropolożka i badaczka zdrowia publicznego z Londyńskiej Szkoły Higieny i Medycyny Tropikalnej, przez lata dyktatury w Kambodży osobna toaleta uważana była za przejaw burżuazyjnego luksusu, więc reżim Czerwonych Khmerów nakazywał załatwianie potrzeb fizjologicznych w miejscach publicznych. Z kolei w wielu tradycyjnych wiejskich społecznościach w Indiach rolnicy wciąż traktują załatwianie się jako rytuał połączenia z należącą do nich od pokoleń ziemią. Dość boleśnie oddają to liczby. Przeprowadzone w 2015 r. badanie think tanku RICE Institute wykazało, że w 40% badanych gospodarstw domowych posiadających stałe instalacje sanitarne przynajmniej jeden członek rodziny wciąż załatwiał się na świeżym powietrzu. Innymi słowy, problem higieny nie zawsze można rozwiązać wyłącznie poprzez wsparcie finansowe.

Co ciekawe, wraz z postępującym uświadomieniem społeczeństwa w kwestii negatywnych skutków otwartej defekacji wyrasta wokół tego problemu coraz prężniejszy biznes. Znów jako ilustrację można tu podać Kambodżę, gdzie za ekwiwalent kilkunastu dolarów można kupić bardzo prymitywną instalację sanitarną, złożoną z kilku betonowych rurek płytko umocowanych w miękkiej ziemi. Co bardziej prężni przedsiębiorcy są w stanie w ciągu miesiąca, często z pomocą międzynarodowych organizacji wspierających finansowo lokalne zbiorowości, wykonać i sprzedać nawet do 20 takich instalacji.

Toaleta dla narzeczonej

Niestety, w przeważającej większości krajów brak warunków higienicznych nie jest kwestią wyboru. Codziennie przeszło 1000 dzieci umiera z powodu chorób zakaźnych wywołanych piciem wody zawierającej bakterie fekalne. 27% światowej populacji nie ma w ogóle dostępu do czystej wody pitnej. Wreszcie statystyka chyba najbardziej szokująca – więcej niż 80% wody zanieczyszczonej przez człowieka (w przemyśle czy nawet zwykłym domowym użyciu) wraca do ekosystemu bez jakiejkolwiek filtracji. Statystycznie oznacza to, że z pięciu litrów wody zużytej przez nas w toalecie cztery znajdą się potem w środowisku naturalnym wraz z całą zawartością tego, co spłukaliśmy. Brak sanitariatów i dostępu do bieżącej wody ma zatem bezpośredni wpływ na śmiertelność dzieci lub stan ich zdrowia (ok. 60% dzieci wychowujących się bez dostępu do toalety cierpi potem na różnego rodzaju zaburzenia rozwoju fizycznego), także na stan środowiska naturalnego i przenoszenie bakterii.

Może też stanowić zagrożenie dla kobiet. W wielu krajach, w których nie mają one możliwości załatwienia potrzeb fizjologicznych w zamkniętym pomieszczeniu, padają ofiarą gwałtów i innych form przemocy. Jednym z bardziej wstrząsających przykładów takiego właśnie gwałtu w otwartej przestrzeni była historia z 2014 r., kiedy w indyjskiej wiosce Katra Sahadatganj znaleziono ciała dwóch nastolatek. Obie zostały zgwałcone, a następnie zlinczowane – sprawcy napadli je, kiedy oddaliły się od grupy znajomych, aby załatwić się w pobliskim lesie. Dostępu do toalety nie miały. W Indiach skala tego zjawiska jest na tyle duża, że powstał ruch społeczny, który zachęcał kobiety do odmawiania małżeństwa i wprowadzenia się do domu narzeczonego, jeżeli jego rodzina nie ma stałej toalety.

Kontynentem przeżywającym największy kryzys sanitarny jest Afryka. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, spośród 10 krajów świata z najmniejszym odsetkiem populacji mającym dostęp do toalet aż dziewięć leży w Afryce. W państwach znajdujących się na czele tego niechlubnego rankingu – Nigrze, Togo i Czadzie – regularnie z toalety korzystać może niewiele ponad 12% mieszkańców. Szalejące w Nigrze bojówki islamskich terrorystów często porywają dla okupu pracowników agencji humanitarnych i wysadzają w powietrze instalacje sanitarne tylko dlatego, że zostały zbudowane przez wolontariuszy z Zachodu. W samym 2017 r. w ten sposób zniszczono ponad 20 publicznych latryn. Podobnie sytuacja ma się ze szkołami prowadzonymi przez katolickich misjonarzy. Permanentne zagrożenie ze strony terrorystów sprawia, że łazienka stała się dla wielu ludzi synonimem strachu o własne życie.

Problem globalny

Jednak problemy z dostępem do toalet to naprawdę kwestia globalna. Wśród pierwszych 30 krajów z najtrudniejszym dostępem do toalet znajdziemy nie tylko państwa Azji czy Afryki, ale też Brazylię, Rosję, Wenezuelę czy archipelagi wysp Oceanu Spokojnego. Co ciekawe, często kraje o niskiej higienie to jednocześnie największe rezerwuary czystej wody. Jak chociażby Demokratyczna Republika Konga – według Banku Światowego aż 62% dzieci do piątego roku życia cierpi tam na choroby wywołane bakteriami fekalnymi, choć ten kraj jest na całym kontynencie najbogatszy w czystą wodę.

Wszystkie te przykłady pokazują, że kwestia braku dostępu do sanitariatów czy bieżącej wody to nie tylko plama na sumieniu kapitalistycznego Zachodu. To problem, może jeden z niewielu, o prawdziwie globalnym zasięgu, którego nie można ignorować. Chociażby z powodu jego wpływu na jakość wody pitnej. Końcowa scena wyprodukowanego dwa lata temu hollywoodzkiego hitu „The Big Short”, poświęconego kryzysowi na rynku nieruchomości, pokazuje dawnych brokerów przerzucających się na handel zbiornikami wody zdatnej do picia. Kasandryczna wizja zakłada, że właśnie o czystą wodę wybuchną kolejne wojny i kryzysy. Statystyki higieny tylko tę perspektywę uwiarygadniają.

Na szczęście wiele problemów higieny można wyeliminować prostymi metodami. Jak twierdzi Myriam Sidibe z Uniwersytetu McGilla, samo mycie rąk mydłem po defekacji pozwoliłoby zredukować o połowę liczbę zgonów spowodowanych bakteriami fekalnymi. I to na całym świecie – bo nawet w krajach rozwiniętych po skorzystaniu z toalety ręce myje tylko 80% ludzi.

Wydanie: 48/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy