Sejm nowy, ale czy lepszy?

Sejm nowy, ale czy lepszy?

Przyszły parlament nie będzie spokojniejszy ani bardziej skłonny do kompromisów niż obecny

Politycy nawołują do wcześniejszych wyborów, ale nie mówią, że przyszły parlament może się stać jeszcze bardziej skłócony i niezdolny do sprawnego rządzenia niż obecny.
Ponieważ skład dzisiejszego parlamentu nie pozwala opozycji na przejęcie władzy, przynajmniej od połowy jego kadencji słyszymy głosy domagające się rozpisania wcześniejszych wyborów. Ugrupowania, na które trzy lata temu społeczeństwo nie chciało głosować, teraz złapały wiatr w żagle, bo jak pokazują sondaże, najwyższy ostatnio w Polsce autorytet – wyborcy – znów jest skłonny im zaufać.
Z siłą proporcjonalną do poparcia, jakie uzyskują w sondażach popularności, liderzy tłumaczą, że bez wcześniejszych wyborów w Polsce rządzić się nie da. Warto jednak się zastanowić, jak będzie wyglądać skład przyszłego parlamentu i czy rzeczywiście zapewni on większość zdolną do skutecznego rządzenia przez następne cztery lata.

A po wyborach… nowe wybory?

– Gdyby wybory parlamentarne odbyły się teraz, nie udałoby się złożyć sprawnej koalicji rządzącej – uważa politolog Marcin Palade z Polskiej Grupy Badawczej. – Obawiam się, że wówczas musiałyby się odbyć nowe wybory. Z drugiej strony, jeśli opierać się na majowych wynikach z czterech ośrodków badania opinii publicznej (CBOS, PBS, OPOB i Polskiej Grupy Badawczej), to koalicję mogłyby stworzyć PO-PiS. Przy średnim poparciu 25% i 14% mogłyby uzyskać dokładnie 230 mandatów. Tyle tylko, że przy trzyprocentowym błędzie statystycznym te wyniki w rzeczywistości mogą wyglądać zupełnie inaczej. Wystarczy nawet małe wahnięcie, a koalicji PO-PiS może nie być – dodaje.
Politycy obu ugrupowań – zdaniem politologów – mogliby spać spokojnie dopiero wtedy, gdyby razem uzyskali aż 45% poparcia. Tylko kto – oprócz samych zainteresowanych – w to uwierzy?
Chaos na scenie politycznej potęgują słupki popularności ugrupowań, zmieniające się już nawet nie co miesiąc, ale co kilka dni. Różnice pomiędzy wynikami poszczególnych ośrodków mogą sięgać nawet kilkunastu punktów procentowych, co dla zwykłego zjadacza chleba jest kompletnie niezrozumiałe, bo w końcu na ile sposobów można pytać: na jaką partię będzie Pan/Pani głosować?
Przymiarki polityków rozsiadających się już w rządowych ławach, tylko dlatego, że sprzyjają im sondaże, przypominają więc dzielenie skóry na niedźwiedziu. Przykładem mogą być wyniki w prawyborach we Wrześni. Platforma Obywatelska, której wróżono około 30%, musiała zadowolić się 21%. Tymczasem pogrzebana przez prawicę lewica uzyskała razem 20% poparcia (SLD-UP – 11% i SdPl – 9%).
Jeśli więc – jak przekonywano nas przed niedzielnymi prawyborami – Września to Polska w pigułce, wygląda na to, że w przyszłym parlamencie nie będzie łatwo wyłonić rządu ze stabilnym poparciem. Bo kto z kim? PO musiałoby się dogadać nie tylko z PiS, lecz także z UW, która we Wrześni uzyskała zaskakująco dobry wynik. Razem te partie mogłyby stworzyć koalicję, bo łączą je zbliżony program, podobna przeszłość i wspólny lewicowy wróg. Ale ten scenariusz wydaje się nieprawdopodobny, bo UW w skali kraju ma tak niskie poparcie, że nie uda się jej przeskoczyć progu wyborczego. Z drugiej strony, koalicję mogłaby montować Samoobrona. Najbliżej ma do LPR i PSL. Ludowcy uzyskali jednak – tradycyjnie już we Wrześni – tak małe poparcie (3,9%), że całkiem wypadli z gry. Andrzejowi Lepperowi nie udałoby się jednak stworzyć rządu tylko przy poparciu LPR (6%), musiałaby się więc porozumieć z kimś jeszcze, lecz wybór ma niewielki. Politycy PO i PiS deklarują, że prędzej połkną pudełko żyletek, niż podadzą rękę Lepperowi. Gabinet Samoobrony mógłby powstać tylko przy współudziale ugrupowań lewicowych. Ale czy liderzy SLD i SdPl chcieliby być na pasku u lidera Samoobrony?

Koalicje sprzeczności

Ponieważ jest mało prawdopodobne (przynajmniej na razie), aby którakolwiek partia osiągnęła tak dobry wynik, żeby rządzić samodzielnie, będzie musiała porozumieć się z innymi. Kwestia tylko, czy z jednym partnerem, czy z dwoma. Niestety, jak pokazuje życie, rządy wielopartyjnych koalicji nie są łatwe, bo trudniej podzielić powyborcze profity i ustalić, z kim i o co się chce grać.
Nie jest łatwo wyobrazić sobie, co może połączyć PO i PSL, jeśli razem z PiS utworzą rząd. Podobnie programy gospodarcze SLD i SdPl a Samoobrony coraz bardziej się rozjeżdżają. Jeśli więc po wyborach dochodziłoby do tak egzotycznych małżeństw, odległych programowo i światopoglądowo, jedyne, co mogło je spajać, to tylko chęć trzymania władzy. Ale czy to dobra legitymacja do rządzenia i zadowalająca tych, którzy oddadzą swój głos na poszczególne partie?
Wyników z Wrześni na szczęście nie można przykładać niczym kalki do tego, co się stanie podczas nadchodzących wyborów do parlamentu krajowego. Bo ich specyfika jest zupełnie inna. Wybory krajowe zmobilizują inne grupy społeczne niż we Wrześni (np. elektorat wiejski, osoby starsze), co wpłynie na rozkład głosów. Wynik zmieni też większa niż we Wrześni frekwencja (bo trudno sobie wyobrazić, żeby w prawdziwych wyborach wzięło udział mniej niż 12%). Prawybory były tylko zabawą, głosowaniem na niby, co nie stanowiło silnej motywacji dla wyborców np. Samoobrony czy PSL.
Nie brakuje również ostrzeżeń, aby nie wierzyć zbytnio sondażom, bo ankietowani często nie chcą się przyznać, na kogo oddadzą głos. Może zatem się okazać, że inteligencka Platforma w rzeczywistości dostanie mniej głosów niż w przedwyborczych rankingach. Skorzystać za to może Samoobrona, do której wciąż w wielu środowiskach nie wypada się przyznać. A to kolejny powód sprawiający, że tak trudno układać powyborcze klocki.
Na pewno można powiedzieć, że naprzeciw siebie staną dwa silne ugrupowania, gotowe walczyć ze sobą na noże: PO i Samoobrona. Niezależnie od tego, które ostatecznie wygra, zgotuje swojemu adwersarzowi spore problemy przy rządzeniu. Nie zapowiada to spokojnych, wyważonych, merytorycznych dyskusji. – W przyszłym Sejmie możemy zobaczyć błędne koło wzajemnej agresji. Wprawdzie wspólny wróg jednoczy, ale jednak są pewne granice – przewiduje prof. Mirosław Karwat.
Patrząc na liderów ugrupowań, niestety trudno wierzyć w to, że przyszły Sejm będzie stanowił nową jakość. Do Sejmu wejdą znani nam już politycy, którymi kiedyś zdążyliśmy się rozczarować. Na listach PO i PiS znajdą się przecież ci sami, na których nie chcieliśmy głosować w 2001 r. jako na nieudolnych polityków AWS. Gwiazdami Samoobrony będą również posłowie, którym notorycznie uchyla się immunitet i przeciwko którym toczy się postępowania sądowe. Liczyć się trzeba z tym, że tacy kandydaci znajdą się też na listach lewicy.
Przykład marcowych wyborów w Hiszpanii pokazuje, jak szybko mogą się zmienić nastroje społeczne. Dlatego tak naprawdę wszystko jeszcze może się zdarzyć. I może dobrze, bo to, co wiemy dziś, nie nastraja optymistycznie do przyszłego Sejmu.

 

Wydanie: 23/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy