Sezon na milczenie

Sezon na milczenie

Z jednej strony niby wszystko jest normalnie – ludzie uciekają od polityki i oglądają głupie programy rozrywkowe w telewizji, większość żyje prywatnymi problemami, jednak atmosfera społeczna dość szybko gęstnieje. Usta coraz częściej milkną, a oczy przymykają się na widok głupot tych, którzy idą po władzę. W urzędach państwowych popłoch. Zaczyna się walka o przetrwanie. Media już zmieniają swoje nastawienie. Funkcjonariusze Kościoła łapią wiatr w żagle. Kaznodzieje i prawicowi mesjasze od czarno-białych wizji świata są na fali.

W powietrzu wisi atmosfera Republiki Weimarskiej. Jeszcze nie rzucają się w oczy autorytarne ciągoty, jeszcze nie słychać na ulicy stukotu ciężkich butów, ale wszyscy spodziewają się spuszczenia ze smyczy psów, które rzucą się na wrogów narodu, ojczyzny, jedynej świętej prawdy i misji historycznej. Wszystko ku uciesze brunatnego motłochu. Obojętność pozostałych jest źródłem dodatkowej energii dla tych, którzy chcą za pomocą aparatu państwa i jego biurokratycznej machiny wyrwać wszelkie chwasty zagrażające „narodowej tradycji”. Oznacza też przyzwolenie. Obojętność nigdy nie jest neutralna, a milczenie zwiększa skalę późniejszych represji.

Lawrence Stokes pisał o okolicznościach towarzyszących narodzinom niemieckiego faszyzmu: „Zaniechanie protestu przeciwko stosowaniu nieludzkich metod działania w momencie, gdy reżim sięgał dopiero po władzę, uniemożliwiło w praktyce późniejsze zapobieżenie logicznym konsekwencjom stosowania tych metod, niezależnie od tego, jak szczerą wzbudzały one niechęć i dezaprobatę”.

Umberto Eco w eseju „Wieczny faszyzm” starał się nakreślić kulturowe cechy syndromu prafaszyzmu. Na pierwszym miejscu wymienił kult tradycji. Przecież prawda absolutna już została objawiona. Można tylko kontynuować jej interpretowanie, nie ma sensu otwierać się na nową wiedzę, nową kulturę czy „zgniłe obyczaje”. One szkodzą tradycji.
W nauce i w kulturze niezgoda na status quo i prawdy absolutne jest siłą postępu. Dla prafaszyzmu niezgoda na prawdę absolutną jest zdradą. Dlatego ludzie kultury i nauki z założenia są podejrzani – zawsze zbyt mało narodowi i niezbyt religijni. Postęp to zagrożenie dla tradycji.

Ludziom zagubionym prafaszyzm podpowiada, że przysługuje im szczególny i powszechny przywilej: fakt urodzenia się w tym samym kraju. To tworzy fundament pod nacjonalizm. „Ponadto jedynymi, którzy mogą zapewnić tożsamość narodowi, są wrogowie. U korzeni psychologii prafaszyzmu leży tedy obsesja spisku, ile możności międzynarodowego. Wyznawcy powinni czuć się osaczeni”, opisuje ten mechanizm Umberto Eco. I dodaje, że kolejnym elementem syndromu kulturowo-politycznego prafaszyzmu jest kult heroizmu idący zazwyczaj w parze z kultem śmierci – najlepiej, aby uświęcani bohaterowie byli już martwi.

Źródłem prafaszyzmu jest indywidualna bądź społeczna frustracja. Szczególnie mocno dotyka ona klasę średnią lub ludzi do niej aspirujących. Zazwyczaj pojawia się na skutek kryzysu gospodarczego, politycznego zagubienia i załamania dotychczasowych opisów świata, które dawały namiastkę bezpieczeństwa.

Faszyzujące tendencje zawsze są fałszywą odpowiedzią na jak najbardziej realne problemy w społeczeństwie. Dopóki istniejące nierówności oraz związana z nimi frustracja i wściekłość nie doczekają się działań na rzecz włączenia do pełnego uczestnictwa w życiu społecznym jak najszerszych kręgów ludzi, dopóty kulturowo-polityczna hydra prafaszyzmu będzie miała dobre warunki wzrostu. Prafaszyzm niczym pasożyt żywi się nierównościami i cierpieniami, a w zamian obiecuje „czystość i porządek w kraju”. Jak pisał Umberto Eco: „Prafaszyzm jest nadal wokół nas, niekiedy przebrany w cywilne szaty. Prafaszyzm może powrócić w najniewinniejszym przebraniu. Naszym obowiązkiem jest demaskować go i wskazywać palcem wszelkie nowe jego postacie – co dnia, w każdej części świata”.
Ci, którzy dziś milczą w Polsce, nie dostrzegają zagrożenia i twierdzą, że ich to nie dotyczy, mogą przeżyć brutalne przebudzenie. A lewicowym i liberalnym kręgom zostanie odebrany komfort kłócenia się o wolności obyczajowe czy modele gospodarcze. Nagle trzeba będzie bronić najbardziej podstawowych wolności osobistych i politycznych. Przesada? Chciałbym się mylić w swoich odczuciach i prognozach. Ale lepiej dmuchać na zimne, niż zastygać w obojętności, chować się w prywatności i w milczącym przerażeniu. Oby sezon na milczenie nie zamienił się w sezon na polowania.

Wydanie: 26/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy