Siła porażki – rozmowa z dr Pawłem Fortuną

Siła porażki – rozmowa z dr Pawłem Fortuną

Błędy są konieczne do dalszego rozwoju. Nie ma wygranej bez przegranej

Po co rozmawiamy o porażkach? Przecież lepiej myśleć pozytywnie.
– Dobre pytanie… Ale potrzebne, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nie ma wygranej bez przegranej.
Czy możliwa jest droga do sukcesu bez porażek?
– Rzadko. Jednak ja bym nie przedstawiał tej drogi tak, że sukces jest na górze, a porażka na dole. Widzę to linearnie. Kiedy wybieramy się w podróż, staramy się zabezpieczyć przed ewentualnymi niepowodzeniami. I co robimy? Dobieramy ekipę, planujemy trasę, kompletujemy ubrania. Mamy więc mnóstwo narzędzi, żeby wyprawa się udała. Jeśli robimy to po raz pierwszy, opieramy się na doświadczeniach innych ludzi. Popełnione przez kogoś błędy są dla nas nauką i przestrogą. Ktoś musiał kiedyś jako pierwszy upiec chleb. Ale ile razy mu się nie udało, zanim z pieca wyszedł chrupiący bochenek? Jeśli gotujemy po raz pierwszy zupę, pytamy kogoś, jak to zrobić. Po to, aby uniknąć błędów, które popełnili nasi poprzednicy. Ale ktoś te porażki musiał przed nami ponieść, zanim doszedł do sukcesu.
A ja postąpiłam kiedyś inaczej, piekąc po raz pierwszy ciasteczka. Mama dała mi sprawdzony przepis oraz instrukcję, czego unikać. Ale ja wzięłam się do tego po swojemu. Bazą były herbatniki, a potem dodałam różne produkty, które znalazłam w lodówce: szprotki, żółty ser, twaróg i bardzo słodkie konfitury. I wszystko wymieszałam z bratkami z ogródka. Dodałam przyprawy do grilla i na koniec posypałam ciasteczka cynamonem. Wszyscy byli zachwyceni!
– Potrawa była jednak przygotowana z wypróbowanych produktów jadalnych. Samą kompozycję zrobiłaś po swojemu i tutaj wykazałaś się odważną twórczością. Brawo! Natomiast cała historia nauki to dzieje różnych eksperymentów, najpierw nieudanych. Jeśli popatrzymy na jakikolwiek wynalazek, to poprzedza go seria porażek. Dopiero potem są sukcesy.
To znaczy, że warto eksperymentować…
– W historii sukcesów cywilizacji (samolot, telewizor, telefon komórkowy) było mnóstwo porażek. Dzięki nim wynaleziono różne rzeczy. Jeśli ktoś szybko reaguje na porażkę, wyciąga wnioski, to może sobie skrócić drogę do celu. Gorzej, gdy nic nie widzimy – tylko niepowodzenie – i fiksujemy się na nim.
Ludzie są różni.
– Właśnie, jedni mają silny lęk przed porażką i trzymają się sprawdzonych procedur, o ile w ogóle odważą się coś samodzielnie robić. Drudzy, ci odważniejsi, zakładają popełnienie błędu jako naturalny element procesu i działają dalej. Myślą sobie tak: „Najwyżej wyciągniemy potem wnioski z naszego niepowodzenia… a może przy okazji odkryjemy coś innego? Przecież tyle rzeczy powstało przez przypadek!”.
Sukces jako produkt uboczny porażki… Ciekawe.
– Tak, trzeba tylko inaczej na nią spojrzeć, szerzej. W cudzej porażce możemy znaleźć inspirację do osiągnięcia sukcesu. Bo ktoś szedł do swojego celu, szedł i szedł, trochę z klapkami na oczach, nie zobaczył, że jest inne wykorzystanie punktu, do którego dotarł, a który dla niego był błędem, niepowodzeniem. Na przykład mam kwiaty w ogrodzie, które nie są piękne, i mogę się zadręczać, że tak jest, ale ktoś inny zauważy, że są… smaczne. Jak spostrzegłaś to ty. Popatrz na koperek – przecież nie jest cudny, ale okazało się, że sprawdził się jako dodatek do potraw.
A jak ludzie wpadli na wino?
– Powstało z zepsutych owoców. A sery pleśniowe – z czego są? A wiesz, że Islandczycy jedzą zepsute rekiny, a Szwedzi zepsute śledzie?
Wiem. Chińczycy natomiast – zepsute jaja… Dlaczego boimy się porażek?
– Boimy się nie samych niepowodzeń, ale ich konsekwencji. Uświadamiamy sobie, że miało być inaczej, a tutaj proszę – mamy nieadekwatne rezultaty, niezgodne z oczekiwaniami.
Nie rozumiem.
– Chodzi o trudne emocje, które się pojawiają. Złość, smutek, wstyd, wyrzuty sumienia… Obniża się samoocena. Czujemy się po prostu fatalnie.
Czy jeszcze czegoś się boimy?
– Osamotnienia. Bo jak nie osiągnę sukcesu, to mnie nie awansują, a skoro tak, to ludzie się ode mnie odsuną. To wszystko razem jest poważną motywacją do wystrzegania się niepowodzeń, strachu przed nimi.

Iluzja bezbłędności

A jakie konsekwencje grożą nam z powodu omijania porażek?
– Tworzenie iluzji bezbłędności. Będzie nam się wydawało, że porażki nas nie dotyczą, są dla innych.
Skutki?
– Ktoś deklaruje, że zmierza do celu, ale odsuwa wszystko na ostatnią chwilę. Potem tłumaczy się, że miał dużo innych spraw do załatwienia, więc po prostu nie zdążył. Inni deprecjonują swój cel. Mówią: „Dla mnie to naprawdę nie jest takie ważne”. I gdy im coś nie wyjdzie, nie obawiają się, że ktoś ich skrytykuje. Powiedzą np.: „Wiesz, gdybym był piosenkarzem, tobym się przejął, że źle zaśpiewałem, ale ja w ogóle nie jestem piosenkarzem”. Takich strategii jest dużo.
Piszesz w „Pozytywnej psychologii porażki” o tzw. stanie zawieszenia.
– To tak jak wtedy, gdy siedzimy w samochodzie, silnik hałasuje, ale nie włączamy biegu, aby jechać. Mówimy np.: „Ja to bym chciał mieć dużą firmę, zatrudniać 200 osób”. Długo o tym opowiadamy, chwalimy się swoim celem, ale jesteśmy cały czas bezrobotni. I mamy wytłumaczenie, że nie ruszamy z miejsca, bo zamierzamy przecież robić wielkie rzeczy. Inna strategia to przeskakiwanie z jednego celu na drugi. „A tam, firma… Kiepska sprawa. Pomyślałem, żeby stworzyć fundację”. Obiektywnie ktoś nie jest w stanie tego zrobić, ale podziw u ludzi ma. Czyli nie jest człowiekiem porażki, ale osobą sukcesu in spe.
Co możemy z tym zrobić? Jak wyjść z impasu?
– Przede wszystkim poprzez obniżenie lęku przed porażką. (A lęk karmi się tym, że wystąpi obniżona samoocena, trudne emocje, osamotnienie).
Jak to zrobić?
– Czasem wystarczy rozluźnić warkoczyk i obniżyć aspiracje. Warto sprawdzić, czy nasz cel nie jest przypadkiem wizerunkowy, czyli nie nasz, tylko obrany pod wpływem innych ludzi, mody, presji otoczenia. Przeważnie na takie „świetliste” cele decydują się ludzie, którzy nie akceptują siebie – tego, kim są. Natomiast osoba, w której jest zgoda na siebie, nie musi robić żadnego wizerunkowego photoshopa. Otoczenie lubi ją także za to, jaka jest.
I wtedy najlepiej wymyślić coś na swoją miarę.
– To jednak nie oznacza, że będziemy robili coś bez znaczenia. Przy okazji warto zauważyć, że osiągnięcie tego, co jest w naszym zasięgu, też może być niezwykłe.
Bo daje kolejne możliwości? Otwiera następne drzwi?
– To też. Ale bardziej chodzi mi o to, aby przestać się karmić iluzją, że trzeba być kimś i tylko wtedy będziemy szczęśliwi. Bo to nieprawda! Widzę, jakie filmy cieszą się powodzeniem w internecie. Są to dokumenty o przeciętnych ludziach, którzy ze zwyczajnych spraw robią niezwykłe rzeczy. Pamiętam taki niemiecki filmik, który oglądaliśmy razem z kolegą, na którym ktoś wziął ze strychu stare organy i zagrał na nich wspaniałe standardy knajpiane. Siedział w piżamie, jak to w domu, ale emanował tak niezwykłą radością i prostotą, że obaj z kolegą się tym zachwyciliśmy. Mój przyjaciel powiedział wtedy do mnie: „Popatrz, Paweł, co on robi z życia”. Myślę, że warto lansować taką postawę, że każdy jest kimś.
Bo tak jest.
– Nie szukajmy siebie tam, gdzie nas nie ma. Pokażmy innym, jacy naprawdę jesteśmy. Bo ludzie polubią nas właśnie za to, za naszą prawdziwość, a nie za to, kim mielibyśmy być.

Zobaczyć drugi brzeg

Psychologia pozytywna mówi nawet o tym, by robić użytek z własnych niedoskonałości… A może nie mamy wad, jak nas nauczono, tylko cechy, których używanie w jednej sytuacji będzie wadą, a w drugiej – zaletą?
– Wada to zaleta, której użyteczności jeszcze nie znaleziono.
Podoba mi się!
– Na przykład ja jestem osobą atechniczną. Nie wiem, jak funkcjonują różne urządzenia, i daję sobie spokój z ich naprawianiem.
Czyli jeśli się znajdziesz na środku pustyni w USA, zepsuje ci się samochód, to nawet nie spróbujesz go naprawić… A tam, wiadomo, długo można czekać na pomoc.
– Głupotą by było, gdybym tam pojechał sam. Ale myślę o czymś innym. Godząc się na to, że nie mam smykałki do spraw technicznych, jednocześnie musiałem rozwinąć inne umiejętności, aby radzić sobie w życiu.
Wiem, o czym mówisz. Jesteś osobą kontaktową i zawsze znajdziesz kogoś, kto ci pomoże.
– Tak, mam łatwość podchodzenia do ludzi, informowania, jaki jest problem, i proszenia o wsparcie.
To jest umiejętność na wagę złota.
– Na przykład bardzo słabo jeżdżę samochodem, unikam więc prowadzenia. Za to jestem bardzo chętnie przez kogoś podwożony. A ludzie przecież lubią być pomocni, często słyszę: „Podjadę po ciebie, pod sam dom”. Rewelacja!
Nawet nie trzeba chodzić do garażu. A w drodze możemy pooglądać sobie krajobrazy…
– Chcę tylko powiedzieć, że problem byłby wtedy, gdybym próbował być serwisantem wózków widłowych.
Wróćmy do sedna sprawy. Komu jest najtrudniej przekroczyć lęk przed porażką, czyli – jak już wiemy – przed jej konsekwencjami?
– Perfekcjonistom. Oni tak się boją negatywnej opinii innych, że są tym po prostu sparaliżowani.
Boją się też negatywnej opinii wyrażonej przez samego siebie. Boją się, że stracą swój idealny obraz.
– Tak. Ja jestem odważny! Gdybym taki nie był, tobym tej książki nie napisał. A nie wiedziałem, jaka będzie.
?
– Wszedłem do jeziora i pomyślałem: „Zobaczymy, gdzie jest drugi brzeg”. I popłynąłem…
Książka jest.
– Oczywiście czasami zbytnia odwaga prowadzi do ryzyka, trzeba też widzieć zagrożenia. Ale ilu ludzi nie zaczęło realizować swoich marzeń?
Bo chcieli być idealni.
– I zastanawiali się nad tym, co inni powiedzą. Albo myśleli: „Jestem za stary, za mało inteligentny, za biedny” itd.
Zgoda.
– Te lęki to są takie duchy w naszej głowie, które szepczą: „Lepiej nie…”.

Plajta i co dalej

Porażka może nas rozwinąć, ale chyba i zdołować…
– Wpływa negatywnie, gdy myślimy: „To moja wina. Zawaliłem”. Oglądałem kiedyś film o kobiecie, która bodajże w katastrofie kolejowej wypuściła z rąk swoje dziecko. Maleństwo zginęło. Ta osoba chodziła potem na terapię, ponieważ była przekonana, że spowodowała śmierć dziecka. Bo nie trzymała go odpowiednio. Dopiero po eksperymencie, w którym dano jej do ręki lalkę i sprowokowano podobny wypadek, a lalka wypadła jej z ręki, kobieta zrozumiała, że nie wszystko od niej zależało. Ogromnym ciężarem, ja mówię: „złym duchem”, jest dla ludzi właśnie to, że uważają się za winnych wszystkiego. Odmienną postawą jest ignorowanie porażek, wiara, że się nie wydarzą. Przecież nie można iść w góry, lekceważąc warunki atmosferyczne.
To beztroska, głupota.
– Niektórzy alpiniści myślą tak: „W podobnej sytuacji wszyscy zginęli, ale mnie na pewno się uda”. Przykład Wandy Rutkiewicz i wielu jej przyjaciół powinien być pouczający. Te dwie skrajne postawy, przypisywanie winy tylko sobie i tkwienie w tej postawie oraz ignorowanie niebezpieczeństw, to sytuacje, z których niczego się nie nauczymy. Porażkę trzeba zawsze przepracować, aby się z niej czegoś nauczyć. Najlepiej podejść do niej jak do studium przypadku.
Czyli?
– Odpowiadamy na pytania: Co konkretnie się wydarzyło? Jak można było postępować? Jaka nauka z tego wynika? I kiedy mogę przetestować nowe pomysły? Bo nieraz mamy mnóstwo wiedzy, co i kiedy należy robić, ale jeśli to nie jest sprawdzone, porażka się powtórzy. Nie będzie więc postępu.
Mamy kryzys, niektóre firmy plajtują. Jak przeżyć bankructwo? I co dalej robić?
– Zapytajmy samych siebie, czy w ogóle chcemy prowadzić taki biznes, czy nas to interesuje. Bo może to dobrze, że nasza firma splajtowała?
A jeśli to było jedyne źródło utrzymania?
– Źródeł utrzymania jest mnóstwo. Spokojnie. Trzeba tylko zobaczyć wielowymiarowość tego świata. Jeśli ktoś pochodzi z rodziny cukierników, to na początku nie wyobraża sobie, że można prowadzić np. zakład fryzjerski. Albo że ktoś wpadnie na pomysł, żeby sprowadzać z Chin skarpetki. Chodzi o to, żeby się rozejrzeć po świecie. I zobaczyć, że nasz sposób funkcjonowania to tylko jedna z wielu możliwości, jakie oferuje życie. Ja np. jestem zwolennikiem myślenia alternatywnego, myślenia wariantami. Ale wiele osób jest tak zafiksowanych na swoim sposobie życia, że gdy coś im nie wyjdzie, to świat im się zawala. I wtedy nagle zauważają, że odpłynęli od kontynentu, na którym są ludzie. Zostali sami. I to na własne życzenie.
Widocznie mieli fałszywych przyjaciół.
– Dla przyjaciół trzeba mieć czas. Rozmawiam z biznesmenami, menedżerami, zadaję im często pytanie o hobby. Ma je mniej niż połowa. A to jest drugie życie, w którym możemy odpocząć, nabrać sił. Wielu z nich nie ma też przyjaciół.
A czy przypadkiem nie przyczyniły się do tego poradniki z dziedziny motywacji, które radziły: „Chcesz osiągnąć cel, wszystko poświęć, każdą chwilę, bo w przeciwnym razie do niczego nie dojdziesz”? Wielu ludzi poświęcało przyjaciół, rodzinę, nie mówiąc o hobby.
– Ja mam firmę szkoleniową, piszę książki, zainwestowałem teraz w studio nagrań, komponuję muzykę, prowadzę wykłady na dwóch wyższych uczelniach, mam fundację, współpracuję ze schroniskiem dla zwierząt, współdziałam z różnymi artystami – robimy performance… A tutaj sobie siedzimy i gawędzimy.
Właśnie. Jak ty to robisz?
– To wymaga dyscypliny. Czas na spotkania ze znajomymi sam się nie znajdzie. Trzeba go zaplanować.
Z ołówkiem w ręku?
– Ja mam szkicownik w głowie. Ale jeśli komuś pomaga ołówek, to jest OK. Natomiast wszystko się zaczyna od tego, aby wiedzieć, co jest ważne. Ja mógłbym oczywiście prowadzić ten samochód. Ale wolę jechać pociągiem, bo w drodze mogę rozpocząć jakąś pracę albo jeszcze się wyśpię. Wielowariantowość w działaniu ma inne zalety. Jeśli danego dnia spotka mnie jakieś niepowodzenie w jednej sprawie, to w innym obszarze zawsze czeka mnie sukces, mam więc pocieszenie. Summa summarum jest bilans pozytywny.
I o to przecież chodzi!

Dr Paweł Fortuna – psycholog biznesu, autor książek, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie

Wydanie: 30/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy