Skąd pożyczyć na życie

Skąd pożyczyć na życie

Joe Biden obiecał amnestię na kredyty studenckie. W USA podniósł się wrzask

Dzisiaj wydaje się to trudne do wyobrażenia, ale kilkadziesiąt lat temu edukacja wyższa w Stanach Zjednoczonych była dobrem nie wolnorynkowym, tylko jak najbardziej publicznym. Przedstawiciele najważniejszych uniwersytetów Ligi Bluszczowej, na czele z Harvardem i Princeton, regularnie pielgrzymowali do Kongresu jeszcze w latach 30. minionego wieku, apelując do zasiadających tam przedstawicieli białych elit o wsparcie finansowe. I, co ciekawe, owe elity nie szczędziły grosza na wsparcie uczelni, czyniąc z dotacji punkt honoru, a nawet element rywalizacji pomiędzy najważniejszymi rodzinami Wschodniego Wybrzeża. Co bardziej złośliwi Europejczycy mogliby nawet powiedzieć, że pompowanie pieniędzy w uniwersytety było sposobem na nadrobienie kompleksów wobec Starego Kontynentu. Wszak Amerykanie nie załapali się na budowanie wielkich katedr na chwałę Boga, okres odkrywania dla cywilizacji chrześcijańskiej reszty świata i nadawania nazw tropikalnym wyspom – na wszystkie te procesy byli za młodzi jako nacja i jako byt polityczny. Zostało im więc budowanie świątyń współczesności i trzeba przyznać, że w końcowym rozrachunku źle na tym nie wyszli.

Nie ma darmowych studiów

Jednak od tego czasu postrzeganie edukacji jako obszaru polityki drastycznie się zmieniło, wykształcenie przestało być uważane za dobro społeczne. Już w latach 20. ogólnonarodową kampanię na rzecz podniesienia opłat za czesne na uczelniach zaczął nie kto inny jak sam John D. Rockefeller, do dziś uważany za najbogatszego Amerykanina w historii kraju (biorąc pod uwagę inflację i wartość pieniądza za jego życia). Argumentował, że państwa będącego wciąż na dorobku nie stać na utrzymywanie studentów, którzy jeszcze nie są na tyle wykwalifikowani, żeby dokładać się do wspólnego garnuszka amerykańskiej gospodarki. To ciekawy argument wobec faktu, że według archiwalnych danych amerykańskiego Departamentu Edukacji w 1927 r., kiedy Rockefeller rozpoczął swoją krucjatę, Stany Zjednoczone miały 119 mln obywateli, a liczba studiujących na uczelniach pierwszy raz przekroczyła milion. Nawet płacenie za wikt i opierunek 0,8% całego społeczeństwa nie byłoby więc specjalnym obciążeniem dla tamtejszej ekonomii, ale już wtedy, jak widać, istniały za oceanem silne tendencje, by edukację urynkowić.

W tym miejscu trzeba jednak podkreślić, że studia w USA nigdy nie były w pełni darmowe – przynajmniej nie w europejskim znaczeniu. Prywatne uczelnie, począwszy od ufundowanego w 1636 r. Uniwersytetu Harvarda, zawsze brały od studentów pieniądze za samo kształcenie. Wolni od tych opłat byli tylko ci, którzy uczyli się w szkołach stanowych, czyli po naszemu publicznych – choć wciąż musieli sami pokryć koszty zakwaterowania i materiałów naukowych. Było to możliwe dzięki przyjętej w 1862 r. tzw. ustawie Morrilla, która przyznawała uniwersytetom tytuł własności ziemi, na której zostały zbudowane – jeśli ziemia ta wcześniej należała do rządu federalnego. Uważano, że skoro placówka edukacyjna nie musi płacić za dzierżawę działki, nie powinna zmuszać adeptów nauki do płacenia za usługę, którą oferuje. Przy czym słowo usługa jest w tym kontekście kluczowe, bo jeszcze wtedy mało kto w USA rozpatrywał edukację właśnie w takich kategoriach.

Relatywna stabilizacja pod tym względem trwała mniej więcej do końca II wojny światowej i bumu demograficznego, który po niej nastąpił. Oba zjawiska gwałtownie zwiększyły nie tylko liczbę kandydatów zainteresowanych studiami, ale i zapotrzebowanie na nich w gospodarce. Najpierw wsparcie dostali weterani wojskowi, potem, już za prezydentury Lyndona Johnsona, po raz pierwszy w architekturze amerykańskiego systemu kształcenia pojawił się element rynkowy.

W 1965 r. rząd federalny, oprócz zapewniania kredytów we własnym zakresie, wziął na siebie także rolę gwaranta pożyczek na czesne udzielanych przez organizacje trzeciego sektora, ale też, co kluczowe, przez banki i inne instytucje finansowe. Johnson miał pewnie dobre intencje, chciał umożliwić naukę na najlepszych uczelniach tysiącom Amerykanów, którzy w większości mogli stać się pierwszym wykształconym pokoleniem w swoich rodzinach. Ale zapewne nie zdawał sobie sprawy, że otworzył finansową puszkę Pandory, co w kolejnych latach wykorzystają inni politycy. Na szkodę zarówno samej edukacji, jak i całego amerykańskiego społeczeństwa.

Johnson zaczął, lecz kto inny przyśpieszył. Podobnie jak w przypadku chyba wszystkich najważniejszych i najbardziej problematycznych kwestii społecznych za oceanem praprzyczyną katastrofy był konserwatywny zwrot pod rządami republikanów i Richarda Nixona. Skompromitowany w aferze Watergate prezydent stworzył w 1972 r. nową instytucję, której nazwę na język polski można przetłumaczyć w wiele mówiący sposób jako Stowarzyszenie Reklamy Pożyczek Studenckich (SLMA). Chodziło o to, by młodych Amerykanów zachęcać do brania kredytów, choć Waszyngton nie kontrolował już wtedy w pełni ani skali, ani zasad, na których to się odbywało.

Banki szybko się zorientowały, że na edukację jest olbrzymi popyt, więc kredyty rozdawały chętnie, ale z coraz wyższym oprocentowaniem. Podobnie myślały uniwersytety, wietrząc szansę na stanie się finansowymi imperiami. W efekcie mniej więcej w połowie lat 70. darmowych studiów w USA nie było już wcale.

Po Nixonie przyszedł Ronald Reagan i choć wydawało się, że rząd federalny już bardziej nie da rady wycofywać się z życia społeczeństwa, nowy prezydent odsłonił cały wachlarz możliwości w tym zakresie. Od lat 80. nawet publiczne college’e podnosiły opłaty za studia raz na dwa-trzy lata, czasami co roku. Dzieła zniszczenia dopełniła administracja Billa Clintona, która w 1997 r. rozpoczęła prywatyzację SLMA, aż do momentu, kiedy w 2004 r., a więc pod rządami George’a W. Busha, instytucja ta stała się całkowicie urynkowiona. Krótko mówiąc, w ciągu jednego stulecia Amerykanie przeszli drogę od pojmowania wyższego wykształcenia jako dobra społecznego do całkowitego oddania go w ręce rynków finansowych.

Tykające kredyty

Tyle rysu historycznego, niezbędnego, by wyjaśnić, dlaczego – jak podaje dziś Biały Dom – średnie czesne za studia w USA, licząc cały sektor edukacji wyższej, jest trzy razy wyższe niż w 1980 r. Prawdziwy obraz tykającej bomby, jaką są kredyty studenckie, daje jednak dopiero zestawienie ich z innymi elementami akcji kredytowej w amerykańskiej gospodarce.

Jak wylicza Council on Foreign Relations (CFR, Rada ds. Stosunków Międzynarodowych), jedna z najbardziej renomowanych instytucji badawczych w USA, dług za czesne podwoił się tam w ciągu ostatnich dwóch dekad. Łącznie Amerykanie powinni za swoją naukę oddać 1,7 bln dol. (1 700 000 000 000), w większości rządowi federalnemu. Dla porównania – tylko zadłużenie w kredytach nieruchomościowych jest za oceanem większe. Dług za studia przebił ten za samochody w 2009 r., rok później był większy niż zsumowane zadłużenie na kartach kredytowych i w kredytach konsumpcyjnych.

Na wspomniane 1,7 bln składają się pożyczki zaciągnięte przez 43,5 mln Amerykanów. Niemal co piąty dorosły obywatel USA ma niespłacone należności za swoje studia. Średnio 37 tys. dol., choć aż 7% dłużników musi teoretycznie spłacić aż 100 tys. Pożyczki od rządu federalnego (lub przez niego gwarantowane) bierze 30% wszystkich studentów pierwszego stopnia i aż dwie trzecie magistrantów oraz doktorantów. Nadreprezentowani w gronie dłużników, co łatwe do przewidzenia, są Afroamerykanie i Latynosi oraz kobiety. 14% tych, którzy mają dług za studia, ma też do spłacenia inne zobowiązania kredytowe, co w wielu przypadkach oznacza, że wpadli w spiralę, z której bardzo trudno wyjść.

Mimo to studia za cenę gigantycznego długu nadal się opłacają. Jak wylicza CFR, pracownik z dyplomem college’u, nawet czteroletniego i publicznego (co w Polsce można porównać z licencjatem z przeciętnej uczelni), zarabia średnio 1,8 razy więcej niż osoba bez takich kwalifikacji. Co ciekawe jednak, pomimo kolejnych cykli dekoniunktury w gospodarce Amerykanie swoje długi studenckie spłacają dość sumiennie. W ogóle nie robi tego 3 mln osób, czyli niecałe 7%. Kolejne 270 tys. ma od trzech do dziewięciu miesięcy opóźnienia w uiszczaniu rat, ale nie ogłosiło jeszcze niewypłacalności. Reszta płaci. Ile? To zależy, najczęściej od wysokości ich przychodów.

Niektórzy badacze sugerują jednak, że powyższe statystyki przedstawiają nieproporcjonalnie optymistyczny obraz sytuacji, bo nie wiadomo, ilu absolwentów spłaca pożyczki za studia z innych pożyczek, również tych pozabankowych (czyli z instytucji nieobjętych regulacjami federalnymi). Dlatego realny średni dług, sugeruje think tank Education Data Initiative, może być wyższy nawet o 3 tys. dol. na osobę, jeśli wliczać w to właśnie dług zaciągany na pokrycie długu.

Zamach na wolny rynek

Dlatego kiedy w październiku ub.r. Joe Biden ogłosił plan częściowego umorzenia długów studenckich, był to dla amerykańskiej opinii publicznej, zwłaszcza jej intelektualnie zaangażowanej części, spory wstrząs. I nie chodziło nawet o same finanse, tylko, jak to często w USA bywa, o poziom zaangażowania rządu federalnego w życie Amerykanów i nienaruszalny wolny rynek. Sama propozycja nie brzmiała ani rewolucyjnie pod względem ideologicznym, ani kontrowersyjnie finansowo. 10 tys. dol. amnestii dla tych, którzy zarabiają poniżej 125 tys. rocznie na głowę (lub małżeństw o przychodach w wysokości 250 tys. dol.). 20 tys. dla tych, którzy otrzymują tzw. grant Pella, czyli wsparcie z publicznych pieniędzy dla najuboższych studentów jeszcze przed zakończeniem przez nich nauki.

Na tle ogólnej debaty o amnestiach pożyczkowych to i tak małe liczby, bo bardziej postępowe skrzydła Partii Demokratycznej, reprezentowane przez takich gigantów polityki jak Chuck Schumer czy Elizabeth Warren, chciały ten limit podnieść do 50 tys. dol. Z kolei Alexandria Ocasio-Cortez, czołowa młoda wojowniczka amerykańskiej lewicy, poparła w pewnym momencie żądania aktywistów, by cały dług studencki anulować za jednym zamachem.

Mimo to niektórzy republikańscy komentatorzy podnieśli alarm, że Biden wprowadza socjalizm i uczy nieodpowiedzialności finansowej. Inni wyliczali, jak wysoki dług mają poszczególni politycy demokratów i ile sami zarobią na reformie. Ocasio-Cortez wciąż nie spłaciła 17 tys. dol., co dla prawicy stanowiło ostateczny dowód, że jest po prostu skorumpowana. Zanim jednak do czegokolwiek w tej materii doszło, do akcji wkroczył Sąd Najwyższy, blokując prezydencką inicjatywę już w listopadzie 2022 r. Ostateczną decyzję wyda mniej więcej za miesiąc, do tego czasu 40 mln Amerykanów, którzy mogliby zapisać się do programu, wstrzymuje oddech. I dalej wstrzymuje spłacanie rat, zawieszone już trzy lata temu decyzją Waszyngtonu z powodu pandemii. Bez względu na werdykt Sądu Najwyższego pieniądze będą musieli przelać, najpóźniej 60 dni po wyroku lub 60 dni po 30 lipca, cokolwiek wydarzy się najpierw.

Bez przeszkód funkcjonują jednak inne elementy polityki amnestyjnej, jak chociażby wprowadzony w 2021 r. program umarzania długów dla pracowników administracji publicznej. Jego początki sięgają 2007 r., ale nigdy tak naprawdę nie został uruchomiony w pełnej skali aż do przejęcia władzy przez Bidena. Do tej pory, jak poinformowała stacja CNN, z ulg skorzystało 610 tys. osób, co spowodowało umorzenie 42 mld dol. z puli długu – 2,5% całości.

W przypadku triumfu administracji Bidena w Sądzie Najwyższym cały plan przyniósłby anulowanie 373 mld dol. długu, a więc mniej niż jednej czwartej całkowitego zadłużenia studenckiego, jak wyliczył think tank Brookings Institution. Po raz kolejny, jeśli popatrzy się na to z szerszej perspektywy, nie jest to liczba rewolucyjna. Ani nie wstrząśnie amerykańską gospodarką, ani tym bardziej tamtejszym systemem bankowym czy uczelnianym, biorąc pod uwagę fakt, że najbogatsze uczelnie mają majątki liczone w dziesiątkach miliardów. I może to właśnie jest najsłabsza strona tego planu – w życiu poszczególnych ludzi zmieni wiele, ale rzeczywistości jako całości nie naruszy. A szkoda, bo akurat w kwestii szkolnictwa wyższego Stanom Zjednoczonym takie naruszenie bardzo by się przydało. Może wtedy, podobnie jak 100 lat temu, pielgrzymki do Kongresu miałyby uzasadnienie z punktu widzenia ogólnego dobra społecznego.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. AP/East News

 

Wydanie: 2023, 21/2023

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy