”S”karlenie

”S”karlenie

W dniu trzecim solidarnościowego karnawału na Wybrzeżu aktualny przewodniczący NSZZ “S”, Marian Krzaklewski, ogłosił Program Społecznej Solidarności. Odpowiedź na utyskiwania sfrustrowanego Wałęsy, który nieraz nawoływał, aby sztandary “S” zwinąć do muzeum i budować nowe, nie pasożytujące na marce solidarnościowej, partie polityczne.
Krzaklewski zwykle przeciwstawiał się Wałęsie. “Jesteśmy innego zdania – mówił w wywiadzie dla “Tygodnika Solidarność” (nr 35) – Nasza główna zasada to pomoc skrzywdzonemu bliźniemu – i tę zasadę możemy, jako wiano, wnieść do Europy. Niech jedno państwo brzemię innego nosi, nigdy nie występuje przeciw drugiemu. Prosta i jakże humanistyczna recepta”.
Czym zatem zamierza zajmować się w trzecim tysiącleciu odrodzona pod nowym, krzaklewskim kierownictwem “Solidarność”?
Przede wszystkim dokończyć wprowadzenie programu powszechnego uwłaszczenia. Rozdania tego, co jeszcze zostało z resztówek PRL-u, czyli rozdysponowania majątku cudzego, zdobytego w wyniku wygranej politycznej. Następnie, cytuję za medialnymi przekazami, przewodniczący Krzaklewski poparł w imieniu “S” wspieranie przez państwo małych i średnich przedsiębiorstw. Ludziom biednym osłodził wizją “ulg prorodzinnych”, emerytom “waloryzacją emerytur rekompensującą tegoroczną inflację”, chłopom “rozwojem edukacji na wsi”, a nam wszystkim “wprowadzeniem wolnych sobót” i “bezpieczeństwa obywateli”.
Jeśli wierzyć sondażom opinii publicznej, w następnej parlamentarnej kadencji ludzie ze znaczkami “S” przejdą do opozycji. I przewodniczący Krzaklewski zapewne już przyjął to do wiadomości.
Zaprezentowany przez niego program pasuje w sam raz do średniej, drobnomieszczańskiej, prawicowej partii.
W 20 lat po powstaniu pierwszej “Solidarności” obywatele wolnej RP nie mają już problemów z celebrowaniem rocznic, zwłaszcza antykomunistycznych, wolnością słowa i wyznania. Codziennie za to w naszym kraju łamane są prawa pracownicze. Zwłaszcza w dużych zakładach pracy, często w renomowanych firmach zagranicznych. Gdyby aktywiści obecnej “Solidarności” zatrudnili się w którejś z dużych instytucji finansowych, to dopiero poznaliby totalitaryzm panujący w takim zakładzie pracy. Dla desperatów warto zarezerwować tymczasowe zatrudnienie się w którejś z sieci popularnych supermarketów albo zagranicznych hamburgerowni. Wtedy okazałoby się, że chociaż umowa normuje czas pracy na 8 godzin miesięcznie, to zwykle jest ona nieważna. Przy pracy w święta, zwłaszcza katolickie, czas pracy pęcznieje do 12 godzin. Ale pojęcie nadgodzin, znane z PRL-u, wtedy nie istnieje.
Gdyby przewodniczący Krzaklewski, albo któryś – jak to powiedział przewodniczący Wałęsa – z obecnych “oligarchów” związkowych zatrudnił się tam, to po miesiącu zasuwania mógłby odebrać w kasie 500 złotych netto. I spróbować wyżyć za to. Oczywiście, zaraz potem pobiegłby do “Solidarności” zajmującej się “pomocą skrzywdzonemu bliźniemu”, czyli nudną walką z postkomuną. Krzaklewski przyznał: “Tylko 19% obywateli RP należy do związków zawodowych”. Czyli nie wierzą oni w “możliwość obrony swych praw pracowniczych”. Nie wierzą już w związki zawodowe zajęte, jak “S”, wiecznym gonieniem zdechłego dawno bolszewika. Ani w zastygły OPZZ. Czekają na nowego Wałęsę.

Wydanie: 36/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy