Skazani na ekran

Skazani na ekran

TVN w gruncie rzeczy wolałby zaatakować telewizję publiczną, ale zabiera widzów Polsatowi

Rozmowa z Bolesławem Sulikiem

– Jak pan, jako zawodowy oglądacz telewizji, ocenia: czy telewizja w Polsce poprawia się, czy też nie?
– Ludzie mediów są zgodni co do tego, że tak, jak wybór programów się zwiększa, to ich poziom raczej się obniża. Telewizja jest agresywna w poszukiwaniu masowej widowni. To paradoks – bo, z jednej strony, mówi się nam, że oto nastaje wspaniały świat, w którym będziemy mogli odbierać programy tematyczne, w którym nastąpi różnicowanie widowni. Ale, z drugiej strony, u nas tego nie widać.

– A telewizja publiczna? Czy wyłamuje się z tego schematu?
– Powinna. Jest jednak – dotyczy to zresztą nie tylko polskiej telewizji publicznej – poddana ogromnej presji komercjalizacji. Nawet czysto “biała”, bo finansowana wyłącznie z abonamentu, telewizja BBC, także te naciski odczuwa i im ulega. Utrzymuję kontakty z kolegami z Wielkiej Brytanii. Oni mówią od kilku lat, że jest coraz trudniej robić programy, które nie przemawiają do masowego widza.

– Ale gdyby telewizja publiczna oddała się tylko misji, zapominając o komercji, to straciłaby widzów i pieniądze z reklam… które może przeznaczyć na programy ambitne…
– Można pogodzić jedno z drugim. Telewizja publiczna powinna walczyć na rynku i prezentować atrakcyjne programy misyjne. Ale do tego trzeba mieć znacznie więcej odwagi, niż TVP dotychczas wykazuje. Problemem telewizji publicznej jest poczucie stałego zagrożenia politycznego, które na ogół skutkuje brakiem odwagi, żeby przekazywać radykalną wizję rzeczywistości społecznej. Takie stacje jak TVN, cokolwiek myśleć o jej programie, mogą sobie pozwolić na odważne programy. Telewizja publiczna ich unika.

– A “Tygodnik Polityczny Jedynki” nie jest takim odważnym programem?
– “Tygodnik Polityczny Jedynki” powinien być odbierany jako program autorski pana Andrzeja Kwiatkowskiego. I jako taki jest w porządku. Nie chcę wystawiać recenzji – Andrzej Kwiatkowski jest kompetentnym dziennikarzem, kontroluje dyskusję, a to, jakich gości sobie dobiera, jest kompromisem między tym, co możliwe, a tym, czego on by chciał. Ale tak jest zawsze, w każdej telewizji. Tylko że chciałbym, żeby obok tego programu powstawały inne, niekoniecznie o takiej formie. Ten format debaty telewizyjnej uprawia się w Polsce od wielu lat. Najwyższy czas na coś innego.

– Na przykład na coś w stylu programów Elżbiety Jaworowicz “Sprawa dla reportera”?
– Rozumiem ich popularność, ale osobiście nie lubię tego rodzaju telewizji. TVP powinna mieć przynajmniej jeden dobry, cykliczny program interwencyjny. Takie programy powinny być bardzo dobrze udokumentowane, by ich wiarygodność nie budziła wątpliwości. Natomiast “Sprawa dla reportera” polega na daniu forum dla wypowiedzi najbardziej populistycznych. Tu właściwie niczego nie trzeba dokumentować. Krzyk zastępuje wszystko. Oczywiście, “Sprawy dla reportera” można bronić, mówić, że pełni on autentyczną, społeczną rolę. Natomiast nie jest to prawdziwy program interwencyjny.

– Narzekał pan na telewizję publiczną, ale przecież wprowadza ona programy, które są masowo oglądane, a jednocześnie ambitne. Przykładem są chociażby dokonania Andrzeja Fidyka, cykl filmów dokumentalnych.
– Wielkim sukcesem telewizji publicznej jest nie tylko Andrzej Fidyk, ale i wyniki, które osiąga. Oczywiście, dokument dziś też się komercjalizuje. Rodzi takie formy jak docu-soap, “Big Brother”, więc konkurencja wchodzi także na ten obszar. Ale dziś laury za sukces należą się i Andrzejowi Fidykowi, i Jedynce, która postawiła na dokument. Wbrew wielu oponentom. Przecież zanim w poniedziałki w Jedynce pojawił się cykl “Oczy szeroko otwarte”, wcześniej przymierzano w to miejsce “Pierwszy krzyk”. Wiem, że budziło to niepokój Biura Reklamy TVP. Uważało ono, że nie wolno poniedziałkowemu “megahitowi” Polsatu przeciwstawiać dokumentu, że będzie to klęska, więc “Pierwszy krzyk” przesunięto na niedzielę. A teraz Biuro Reklamy jest zwolennikiem takich rozwiązań, zwolennikiem dokumentu.

– Czyli można połączyć komercjalizację programu z misją…
– Tak. Widzę tu miejsce na prawdziwe programy interwencyjne, znakomicie udokumentowane, o własnej estetyce. Takie programy, dzień po emisji, byłyby na pierwszych stronach gazet. W Polsce, w naszej rzeczywistości społecznej, tematów dla nich na pewno by nie zabrakło, tyle że takie programy oparte być muszą o zawód, który w polskiej telewizji praktycznie nie istnieje – zawód researchera. Tak naprawdę siłą telewizji zagranicznych, nie tylko publicznych, jest research. Właściwie nie sposób jest zrobić poważnego programu bez zespołu takich dziennikarzy.

– Jak widać – zmieniają się gusta publiczności. I coraz więcej telewidzów chce oglądać coś innego niż teleturnieje, czy amerykańskie seriale…
– Nie tylko w Polsce. W całej Europie od pewnego czasu ludzie chcą oglądać programy produkcji krajowej, pod warunkiem że one będą na poziomie “amerykańskim”. Taka jest tendencja. I bardzo mnie niepokoi, że w Polsce, na przykład Polsat, zamiast inwestować w polskie pomysły, woli kupować amerykańskie licencje na programy i produkować imitacje.

– Efekt jest taki, że Polsat traci widownię. Głównie na rzecz TVN…
– Myślę, że czas formuły Polsatu już minął. Gdy stacja ta weszła na rynek, nie miała konkurenta. Nie starała się konkurować swoim programem z telewizją publiczną, lecz zająć wolne miejsce. To przyniosło sukcesy, ale i zaowocowało pewnymi nawykami. Jakimi? Niedawno w Polsacie oglądałem walkę bokserską Dariusza Michalczewskiego. Naprawdę, była ona fatalnie komentowana w studiu: niechlujnie, bez szacunku dla inteligencji widza.

– Jak to wytłumaczyć: parę lat temu niski poziom dziennikarski sprzyjał ekspansji, teraz ją hamuje…
– W tej chwili jest inny system odniesień. Mamy choćby TVN, która jest coraz bardziej agresywną telewizją komercyjną. Paradoks polega na tym, iż TVN w gruncie rzeczy wolałby zaatakować telewizję publiczną, ale zabiera widzów Polsatowi. TVN adresuje program do młodszej publiczności, lepiej zarabiającej, bardziej aktywnej. Oferuje towar czysto komercyjny. Na przykład “Fakty” – są bardzo dobrze robione, ale są coraz bardziej bulwarowe i sensacyjne. I z założenia mieszają komentarz z informacją. Telewizja komercyjna może na to sobie pozwolić. Natomiast nie powinna tego robić telewizja publiczna. A coraz częściej, co mnie niesłychanie irytuje, każdy reporter uważa, iż musi zakończyć informację własnym komentarzem. To jest błąd w sztuce.

– Jakie są szanse na to, że w miarę szybko przejdziemy od telewizji masowej do telewizji multi, z całą masą kanałów niszowych, gdzie każdy będzie mógł znaleźć to, co lubi? Ta ewolucja się zatrzymała…
– Zatrzymała się u nas ze względów formalnoprawnych. Taka jest polityka ministra Wąsacza, który odmawia telewizji publicznej możliwości tworzenia kanałów tematycznych. Uważam to za szkodliwe i za absurdalne. Właściwie wszędzie, gdzie jest silna telewizja publiczna, tworzy ona kanały tematyczne. Świat idzie w tym kierunku. U nas byłoby to olbrzymią ulgą dla TVP. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – kanał informacyjny. Jego utworzenie rozwiązałoby problemy z zatrudnieniem, napięcia w TAI. Obowiązek bezpośredniego relacjonowania obrad parlamentu, który ciąży na Dwójce, zostałby z niej zdjęty, bo wtedy relacja przeszłaby do kanału tematycznego. Podobnie z innymi dziedzinami życia – na platformie cyfrowej TVP byłoby miejsce dla kanałów prezentujących dobry teatr telewizji, wydarzenia kulturalne, programy dokumentalne, reportaże. Wszystkie te programy, przy odpowiedniej promocji, znalazłyby odzew.

– Dlaczego więc minister Wąsacz nie chce pomóc nadawcy publicznemu?
– Kiedyś zaproponowałem ministrowi Wąsaczowi, byśmy spotkali się w wąskim gronie, albo w cztery oczy, i porozmawiali na temat telewizji. Na co minister odpowiedział, że tego nie zrobi, gdyż byłyby wówczas nierówne szanse, bo ja wiem dużo o mediach, a on wie mało – i wobec tego nie może się spotkać. Cóż, ta mała wiedza, do której się przyznaje, wcale go nie hamuje przed agresywnymi wypowiedziami na temat telewizji publicznej i pouczeniami, jak ta telewizja ma się zachowywać… Trudno nie myśleć, że minister Wąsacz wypełnia instrukcje polityczne, że to nie jest jego własna polityka.

– Czy nie sądzi pan, że w Polsce telewizja publiczna jest synonimem telewizji państwowej?
– Gdy rozmawiam z politykami, to się spotykam z takim właśnie rozumieniem roli nadawcy publicznego. Politycy są absolutnie pewni, że znają się na telewizji. A jednocześnie nie oglądają programów, łatwo jest to sprawdzić, ograniczają się w zasadzie tylko do “Wiadomości”. To jest w ogóle nieszczęście.

– Czy telewizja publiczna obroni się przed wplątaniem w politykę?
– Chcę wierzyć, że się obroni. Mówi się, że obecnie w Zarządzie i Radzie Nadzorczej TVP większość mają zwolennicy Aleksandra Kwaśniewskiego. Zapewne w podobnych proporcjach, jak i w całym społeczeństwie. Czy znaczy to, że telewizja publiczna podczas kampanii wyborczej będzie prowadziła politykę faworyzującą obecnego prezydenta? Mam nadzieję, że nie. Nawiasem mówiąc, jeżeli tak by się stało, to tylko by mu zaszkodziła. Przy przyzwoitej, neutralnej telewizji, Kwaśniewski pozostanie faworytem. Ale obawiam się trochę, że będzie tutaj sporo ludzi, którzy zechcą się prezydentowi zasłużyć. Więc mogą zaszkodzić.

– Wiele mówimy o tym, żeby uchronić telewizję przed politykami. Tylko że w znacznym stopniu nie jest to kwestia zapisów, tylko pewnego zwyczaju.
– Ba!

– Opowiada pan często historię, jak Margaret Thatcher chciała złamać BBC i wprowadziła do rady nadzorczej stacji swoich ludzi. Ale szybko się okazało, że ludzie ci przestali przejmować się jej poleceniami, a zaczęli przejmować się losem BBC.
– Demokracja i kultura demokratyczna nie może istnieć bez ludzi, którzy wnoszą swój osobisty autorytet do sfery publicznej. Niezależnie od tego, kto wysyła ich do BBC, są to ludzie, którzy mają wystarczający szacunek do samych siebie, żeby nie spełniać instrukcji politycznych. Wiedzą, że jeżeli utożsamiają się z taką instytucją, jak telewizja publiczna, to muszą bronić jej niezależności, bez względu na swoje sympatie polityczne. W Polsce ten standard jest bardzo trudny do uzyskania. Raczej nie szuka się ludzi niezależnych, z autorytetem, tylko powołuje się żołnierzy, którzy wykonują polecenia. Nasze partie przez słowo “wpływy polityczne” rozumieją zwykłe, prymitywne partyjniactwo.

– Co pan sądzi o pomyśle “Telewizji Familijnej”? Czy będzie ona nadawała zgodnie z koncesją wydaną przez KRRiT, czy też jakoś obok?
– Sprawę znam z informacji prasowych, nie wiem więc, czy szefowie “Familijnej” prowadzą jakieś rozmowy w Krajowej Radzie. W każdym razie są precedensy, że można oddzielić właściciela koncesji od operatora. Ale nie można nadawać dwóch programów, mając koncesję na jeden.

– A jak pan widzi przyszłość “Telewizji Familijnej”?
– Nie wierzę w szanse tej telewizji. Wiem, że w tej chwili bez anarchizowania rynku, zabierania koncesji innym, nadającym już podmiotom, nie ma częstotliwości na stworzenie jeszcze jednej sieci dla ogólnokrajowej telewizji, ani nawet dla regionalnej. Poza tym “Telewizję Familijną” i jej założenia programowe przygotowują ci sami ludzie, którzy tworzyli Jedynkę w TVP za czasów Wiesława Walendziaka. Zresztą nie ukrywają, że “Familijna” będzie nawiązywała do tamtych wzorów. To była interesująca inicjatywa, tylko że od tego czasu minęło ładnych parę lat. I nie wiem, czy na tego rodzaju “prawicową”, polityczną telewizję jest miejsce na rynku. Bo co ona by robiła?

– Na pewno wyciągałaby pieniądze publiczne ze spółek skarbu państwa. I to niemałe… Ale, z drugiej strony, inne prawicowe medium – “Radio Maryja” odniosło sukces, znalazło swoje miejsce na rynku.
– To jest radio ludowe. Jego odbiorcami jest lud, ono powstało z potrzeby ludowej religii. Mam duży szacunek dla tego kultu, ale nie mam szacunku dla ludzi, którzy go wykorzystują dla swoich celów. “Radio Maryja”, myślę, jest zjawiskiem, które nie przetrwa następnego pokolenia, bo nie będzie miało już bazy. Natomiast patrząc w skali krótkookresowej – skoro Marian Krzaklewski kandyduje na prezydenta, to “Radio Maryja” zechce odegrać rolę w tej kampanii. Niestety.

– Przeciętna rodzina amerykańska spędza przed telewizorem 4-5 godzin dziennie. Czy my jesteśmy też na to skazani?
– Chyba jesteśmy skazani na ekran – jakikolwiek on będzie: telewizora, komputera. Przecież widać dziś jak na dłoni, jak ogromny wpływ na Hollywood mają gry komputerowe, cały wirtualny świat. Bez ekranu nie ma życia.

Wydanie: 24/2000

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy