Wróg się zmienia, strach zostaje

Wróg się zmienia, strach zostaje

Ludzie stracili wiarę w system polityczny i ekonomiczny. Doszli do przekonania, że system jest niesprawiedliwy, skorumpowany

Prof. Daniel Bar-Tal – psycholog społeczny, Uniwersytet Telawiwski

Panie profesorze, świat nam się chwieje! Władzę, demokratycznie, przejmują politycy skrajnie prawicowi. Dlaczego akurat im ludzie ufają?
– Psycholog zawsze powie, że trzeba zacząć od tego, że ludzie mają potrzeby. I bardzo ważną zasadą jest to, żeby te potrzeby zostały zaspokojone, żeby ludzie to czuli, byli o tym przekonani. Prawicowi politycy dzięki prostej retoryce dają poczucie, że te potrzeby mogą zaspokoić.

A znaleźliśmy się w czasach ludzi niezadowolonych.
– Tak jest. W ostatnich latach nastąpiły zmiany: ekonomiczne, polityczne i społeczne, które przyniosły konsekwencje psychologiczne. Te zmiany rozbiły ludziom dotychczasowy świat. Po pierwsze, zaczęło być groźnie. Pojawiły się wielkie fale imigracji do Europy i do USA. I nieważne nawet, czy to były fale prawdziwe, duże czy małe, czy w ogóle ich nie było. W Polsce np. nie ma ich, uchodźcy nie przyjechali. We Włoszech są, ich obecność i związane z tym problemy są realne. W Niemczech – również są. Problem imigrantów dotyczy także Stanów Zjednoczonych. Napłynęli ludzie obcy i pojawił się strach. Do tego trzeba dodać ataki terrorystyczne w Europie i w Stanach, które zabiły i raniły niewinne osoby. A strach jest jednym z najważniejszych społecznych odczuć, i osobistych, i kolektywnych. Ludzie zaczynają się bać… Że coś się stanie im, rodzinie i nawet narodowi. I nieważne, czy to realne, czy nie!

Wszystko rozgrywa się w głowie

Bo to się rozgrywa w głowie?
– To, o czym człowiek myśli, że jest realne, jest dla niego rzeczywistością! Dlatego nie ma znaczenia, czy przyczyna lęku jest realna, czy nie. Ważne, jakie człowiek buduje myśli i emocje. Podczas sylwestra 2015 r. w Kolonii były atakowane kobiety. Nieważne, czy zaatakowano sto, czy pięć. Ludzie na to tak nie patrzyli. Oni odbierali komunikat: kobiety są atakowane! Były zamachy w Paryżu i w Londynie – ludzie poczuli się zagrożeni, że jest terror!

I poczuli zagrożenie…
– Strach jest niesłychanie ważnym elementem wpływającym na ludzi. Na ich postrzeganie świata i zachowania. Jest podstawową emocją, bardzo prymitywną. To jedna z tych emocji, które miała – mówię to moim studentom – jeszcze Lucy, ta z Etiopii, sprzed 2,5 mln lat. Ona, gdy czuła zagrożenie, nie miała czasu zastanawiać się, co się dzieje, musiała od razu – albo walczyć, albo uciekać. Dziś wiemy, że strach to jedna z emocji, które mają podłoże fizjologiczne. I wpływa na nasze działania o wiele szybciej niż myśli. W wielu przypadkach, gdyby człowiek się zastanowił, doszedłby do wniosku, że strach jest bezpodstawny.

Ale reaguje szybciej, instynktownie.
– W dodatku kogo się bać, uczą nas od małego. Rodzice, nauczyciele, duchowni, liderzy polityczni… Widzę to w Izraelu, gdy przemawia premier Netanjahu. Analizuję jego przemówienia – to brylant! Warto posłuchać, jak mówi o bezpieczeństwie Izraela. Trafia w dziesiątkę, Żydzi mają przecież wielkie poczucie zagrożenia, wciąż żywą historię Holokaustu. On to przypomina. Że Holokaust może być każdego dnia. Że nie zrobią tego Niemcy, ale mogą inni: Iran, Palestyńczycy… Wróg się zmienia, ale strach zostaje. A ludzie słuchają i wierzą. I nieważne, że Izrael ma jedną z najsilniejszych armii świata. Ważniejsze, co Żydzi czują, co się dzieje w ich głowach.

Kolejnym impulsem rządzącym ludźmi jest poczucie tożsamości. To również bardzo ważna myśl – do kogo należę? Oczywiście należę do mojej grupy. Do rodziny, do plemienia… To zawsze było bardzo ważne, już w czasach prehistorycznych – moja grupa, my.

Ja to ja, ty to ty

A dziś?
– Dziś to może być mój naród, moja religia, moja rasa. To mogą być biali w USA, rodowici Niemcy w Niemczech, Włosi we Włoszech. Nagle w tych grupach pojawia się strach, że przyjdą obcy, osiedlą się i zanieczyszczą czy zmienią naród albo rasę. A oni chcą, żeby ich wspólnota była czysta, bez obcych.

Żeby była czystość rasowa?
– To mówił Hitler. I nie było przypadkiem, że trafiał tymi słowami do Niemców. Trafiał w ich kluczową potrzebę, w duszę. Bo dotykał spraw najbardziej podstawowych. No i dziś w podobny sposób mówią inni, tak jak Trump czy Le Pen. Pojawiają się wezwania do zachowania czystości francuskiej, czystości polskiej, włoskiej, żydowskiej. Tak, tak, mamy to samo w Izraelu.

To dziś brzmi tak: nie mam nic przeciwko tobie, ale zostań u siebie, nie przychodź do mnie.
– Właśnie. Ty nie jesteś z tego samego materiału co ja. Jesteś inny. Na taką postawę można spojrzeć na dwóch poziomach. Pierwszy – to rasizm prosty, w rodzaju Ku-Klux-Klanu. To rasizm na poziomie podstawowym. Widzimy, że znów się odradza. Ale istnieje jeszcze inny rodzaj rasizmu, nazywamy go rasizmem symbolicznym. On jest wypowiadany na różne inne sposoby. Weźmy starą rodzinę mieszczańską mieszkającą w Bostonie. Ci ludzie naprawdę uważają się za liberałów, szanują prawa obywatelskie i sprzeciwiają się zachowaniom rasistowskim z Południa. A jednak, patrząc na ich zachowanie, na to, co robią, można znaleźć pewne przejawy rasizmu. Mieszkają w dzielnicy, która jest biała, zamknięta dla innych. Posyłają dzieci do szkół dla białych. Ich grono znajomych jest zamknięte. Oczywiście będą mówić, że są liberałami. Ale nie praktykują tego w swoim zachowaniu.

Co teraz widzimy więc w USA?
– Ameryka wraca do pierwotnego strachu, do podziału my-obcy. Trump otworzył znów normy rasizmu prostego. Zaczął otwarcie mówić o Meksykanach, że gwałcą kobiety, to samo o czarnych. Tym sposobem przesunął granicę tego, co wolno mówić, a czego nie, która została zbudowana z wielkim wysiłkiem w latach 70. i 80.

Zmienił political correctness.
– Co można było powiedzieć tylko w domu, bo na pewno nie publicznie, teraz można mówić otwarcie w telewizji i radiu! To zmienia przyjęte normy.

Rozbita została warstwa średnia

Skąd ta rewolucja? Trump jej nie wywołał, on ją wykorzystał, jest jej objawem.
– Jeżeli wracamy do analizy procesów, które doprowadziły do rozwoju prawicy populistycznej, to trzeba wrócić do kryzysu ekonomicznego 2008 r., a nawet do czasów wcześniejszych.

Upadku Lehman Brothers i kryzysu, który nastąpił?
– Kiedy przez chciwość bankowców ludzie stracili majątki i pieniądze, pojawiło się wiele badań naukowych, które pokazały, jak głęboki jest brak sprawiedliwości ekonomicznej. Że rozbita została warstwa średnia. Że poziom dochodów tych ludzi nie rośnie, jest wciąż taki sam, a ich dzieci nie mają szans zarabiać lepiej od nich.

Kilkadziesiąt lat temu największym pracodawcą w USA był koncern General Motors. A średnia płaca przy linii produkcyjnej wynosiła 30 dol. Dziś największym pracodawcą jest sieć Walmart, która płaci średnio 8 dol. za godzinę. Z tego w USA nie można wyżyć.
– Rozbicie klasy średniej i upadek mitu, że ciężką pracą można osiągnąć sukces, zniszczyły jedną z ważnych podstaw kapitalizmu w USA. Te elementy przyczyniły się do tego, że ludzie stracili wiarę w system polityczny i ekonomiczny. Doszli do przekonania, że system jest niesprawiedliwy, skorumpowany. A system dawał im przykłady, że właśnie tak jest. Choćby takie, że ludzie, którzy byli odpowiedzialni za kryzys z 2008 r., w ogóle za niego nie zapłacili! Nie siedzieli w więzieniach, trafił tam, zdaje się, tylko jeden. Los pozostałych prawie w ogóle się nie zmienił. Są na różnych, dobrze płatnych posadach. A zwykli obywatele patrzą i są coraz mocniej przekonani, że to musi się zmienić.

I wybierają Trumpa…
– To niesłychana historia! On wyszedł z tego samego środowiska milionerów. Niby atakował ten stary świat Wall Street i pokazywał, że Hillary Clinton jest z nim związana. Sprawiał wrażenie, że jest inny. Odpowiadał na potrzeby tej zapomnianej Ameryki, szczególnie białych mężczyzn z klasy niższej i średniej, z małych miejscowości, pracujących w rolnictwie albo w przemyśle. Ale retoryka w czasie kampanii wyborczej to jedna rzecz, a prowadzenie państwa druga. Teraz widzimy, co zrobił – Wall Street ma jeszcze większe wpływy, a zmiana systemu podatkowego poprawiła szczególnie sytuację bogatych. Okazuje się, że ludzie z pewnych warstw nie rozumieją systemu politycznego, w którym żyją, tylko przylepiają się do tych, którzy operują trafiającą do nich retoryką. Taką, która zaspokaja ich potrzeby.

Jak to wygląda?
– Biały farmer czy robotnik stracił wiarę w system podczas kryzysu. Boi się także imigracji meksykańskiej, że jego biała rasa zostanie zdominowana. Wiemy, że w roku 2045 biali ludzie będą w USA mniejszością. On się tego boi, mając podejście rasistowskie, wszędzie widzi imigrantów. Taki człowiek czuje się również zagrożony przez rewolucję społeczną, bo jest religijny, nie wierzy w ewolucję, jest zwolennikiem tradycyjnego modelu rodziny, a świat się zmienia na jego oczach. Wie też, że w miasteczku zamknęli fabrykę i produkcję przenieśli do Bangladeszu.

Lider, który buduje potrzeby

Dlatego globalizację uważa za zło. A jak wygląda mechanizm władzy autorytarnej? Autokrata mówi narodowi i w ten sposób naród „edukuje”? Czy odwrotnie – słucha, o czym ludzie marzą, i to powtarza?
– Mam na to definicję. Dobry lider to lider, który rozumie potrzeby narodu i daje mu poczucie, że on je spełnia. Jeżeli rozumiesz, czego naród potrzebuje, i dajesz mu poczucie, że to dostaje, wtedy trzymasz władzę. Ale jeszcze lepszym liderem jest ten, który potrzeby buduje. I daje poczucie, że je spełnia. Tak jak Netanjahu. On buduje strach. Bez przerwy straszy, że jest zagrożenie dla Izraela, że Irańczycy mają bombę, i daje poczucie, że tylko on jeden może sobie z tym poradzić.

Wszystko jest jakby w jednym kotle.
– I sprawa modelu rodziny, i sprawa imigrantów, i ekonomia, na poziomie światowym i krajowym… Bezpieczeństwo i tożsamość. To są skomplikowane kwestie. A teraz sobie wyobraźmy, że przychodzi ktoś i prostym językiem tłumaczy, że wszystko jest jednym wielkim oszustwem.

I trafia?
– Jeżeli ktoś mówi prostymi słowami i potrafi od razu dotknąć spraw ludzkich potrzeb, tych podstawowych, to wygrywa! A one są proste: żebym miał swoją tożsamość, żeby nikt mi nie zagrażał, żebym był ekonomicznie bezpieczny, bez obaw, że trafię na bezrobocie, żeby moja rodzina nie mieszała się z innym rasami. Te rzeczy bardzo mocno w ludziach tkwią. I tak samo jest w Polsce.

Też jest zarządzanie strachem?
– A nie straszą Polaków? Że Rosja stanowi zagrożenie? Dlatego budowany jest mit smoleński: że był spisek, że był zamach. To są te same mechanizmy. Mówi się poza tym, że Niemcy są zagrożeniem! Wraca się do historii, do II wojny światowej. Mieszkałem w Polsce do 1957 r., pamiętam, jak Polska patrzyła na Niemcy zachodnie – jak na wielkie zagrożenie. To samo teraz się powtarza, bo to są rzeczy, które z ludzkich głów bardzo trudno wymazać.

To powszechny mechanizm. Putin mówi, że Rosja jest otoczona, Erdoğan, że Ameryka i Izrael czyhają na Turcję, Kaczyński, że Rosja i Niemcy…
– Oni wszyscy potrzebują wroga. Ludzie potrzebują poczucia bezpieczeństwa, tożsamości, wiedzy, kim są. Różne pomysły – kosmopolityczne, uniwersalne – mogą się rozwijać w pewnych warunkach, kiedy jest dobrze, jest optymizm. Ale kiedy zaczyna się zagrożenie, automatycznie wracamy do potrzeb pierwotnych. Myślenie podstawowe jest proste: ja to ja, on to on. Ja jestem Polakiem, katolikiem i to jest moja tożsamość. A on jest Syryjczykiem, kimś obcym. Trzeba naprawdę dużej otwartości, edukacji, postaw wyniesionych z domu, żeby to przemóc. Uznać, że inny kolor skóry, inna religia są sprawami drugorzędnymi, że to jest człowiek taki sam jak ja. To poważna zmiana myślenia. Ja zawsze mówię, że takie podejście i wartości są przeciwko prawu natury.

W demokracji wszyscy są równi…
– Demokracja liberalna jest bardzo skomplikowana. Wymaga, by patrzeć na innych jak na równych, wbrew zaszczepionej w nas od tysięcy lat dyspozycji. Demokracja żąda wiedzy, myślenia, zrozumienia jej mechanizmów, krytycznego podejścia, bronienia jej i stałego wzmacniania. Systemy autorytarne żądają jedynie konformizmu i posłuszeństwa. A to łatwo spełnić, jeżeli nie chce się wysilać.

Monopolizacja patriotyzmu

Jak z tego wyjść? Z tej spirali myślenia? Bo ona prowadzi wprost do wojny.
– To są długie cykle. Ludzie wyszli z I wojny światowej z pewnymi ideałami, marzeniami. Ale kiedy zaczął się kryzys ekonomiczny, to wszystko legło w gruzach. Ludzie poczuli się rozczarowani demokracją, elitami… Zaczął rosnąć faszyzm – w różnych krajach, nie tylko w Niemczech. I tak doszło do II wojny światowej.

A teraz? Po roku 2008?
– Nastąpiło wielkie rozczarowanie elitami, tymi, którzy rządzą, a także ideałami demokracji, która nie zatrzymała procesów destruktywnych. Do tego doszły fale emigracyjne, które zaczęły zmieniać strukturę społeczeństwa, globalizacja… I populiści zaczęli to wykorzystywać.

Czy można im się przeciwstawić?
– Musi wejść nowa siła polityczna, myśląca ekonomicznie, społecznie, która zbuduje nowe plany i ich narrację, która zostanie przyjęta przez ludzi. Ta narracja musi wejść w bardzo konkretne sprawy. Wtedy ludzie powiedzą: o, to jest lepsze niż to, co proponuje nam Trump, Kaczyński albo Netanjahu! Ale nie mamy teraz takiej strategii, planu, narracji ani lidera, któremu ludzie by ufali. Bo to, że ludzie demonstrują i krzyczą przeciwko temu czy tamtemu, nie pomoże. Władza na takie demonstracje patrzy ze spokojem. Nie ma problemu, psy szczekają, karawana idzie dalej. Ba! Im więcej szczekacie, tym dla nas lepiej. Bo to pokazuje, że jest demokracja. Że można demonstrować.

W Polsce władza ma jeszcze jeden argument – że na ulice wychodzą ci, którzy przegrali. Stracili stanowiska. Dawne elity, które utraciły wpływy.
– W Izraelu też władza tak mówi – że jej przeciwnicy nie mają legitymacji społecznej, nie rozumieją interesu państwa, ocierają się o zdradę, nie mają nic wspólnego z szeroką publicznością. Tak samo się dzieje w Polsce i w Stanach. Wszędzie tam władza buduje podobną narrację, że ci, którzy z nią się nie zgadzają, stają się wrogami narodu. Bo to my jesteśmy jego reprezentacją! Ja nazywam to monopolizacją patriotyzmu. Ludzie kochają swój naród, kochają państwo, są patriotami. Ale – to często się zdarza – nie zgadzają się z władzą na temat kierunku rządzenia, metod itd. Dla władzy nie są więc już patriotami, tylko wrogami. Patriotami są jedynie ci, którzy wierzą w ideologię grupy rządzącej, w jej liderów. A inni – to zdrajcy. Niestety, to jest droga do totalitaryzmu. A oni wszyscy nią idą.

Nazywam ich Mefistami

Prawica musi iść tą drogą?
– Bardzo ważne jest zrozumienie, że prawica autorytarna, która dochodzi do władzy, od razu chce zmienić system państwa i społeczeństwa. Tak, żeby nie tylko odpowiadał jej ideologii, ale także zapewnił jej władzę na długie lata. Dlatego nie liczy się z zasadami demokracji i zmienia prawa, próbuje kontrolować edukację młodego pokolenia, ogranicza wolność słowa, stara się kontrolować media i uniwersytety i buduje system wyłącznie z ludźmi, którzy popierają jej ideologię. To jest proces instytucjonalizacji prawicy. W Izraelu wygląda to tak, że władza buduje inteligencję alternatywną. Prawicową. Taką, która popiera rząd. I ma ją! Po pierwsze, tworzą ją ci, którzy do prawicowej władzy są przekonani. Po drugie, ludzie w tym wychowani. Po trzecie, ci, których nazywam Mefistami.

Bo przeszli na stronę zła?
– Opłaca się im. Nie wierzą w to, ale w takiej sytuacji? Co można robić? Takie są trzy drogi rekrutowania nowych elit. I im dłużej będzie trwał ten rząd, tym więcej ludzi, na uniwersytetach, w teatrze, będzie po jego stronie. I rządzący to wiedzą. W Izraelu wpadli na jeszcze jeden pomysł – zbudowali prawicowy uniwersytet. On daje doktoraty. Jego absolwenci znajdują dobrą pracę. W Izraelu zaczynają się też zmiany w Sądzie Najwyższym. Minister sprawiedliwości tłumaczy: żeby była sprawiedliwość, musimy zmienić sędziów Sądu Najwyższego. Bo musimy mieć reprezentację narodu. W Ameryce Trump zmienia sędziów federalnych. I już nie będzie można ich odwołać, bo oni są do końca życia.

Ta nowa władza, autorytarna, daje ludziom nadzieję: wyrzucimy stare elity, stworzymy nowe. Będziecie mogli awansować.
– Mówi, że stare elity są niepraktyczne, blokują miejsca nowym. Są poza tym zepsute. Film o kryzysie 2008 r. pokazuje, jak profesorowie pisali artykuły, w których wychwalali toksyczne instrumenty finansowe i masowe dawanie kredytów hipotecznych. To pokazano – jak przychodzi reporter do profesora Harvardu i go pyta: „Pisał pan takie opinie?”. „Tak, pisałem”. „Ale dostał pan za to 80 tys. dol.!”. Profesor nie wiedział, co powiedzieć… To pytanie go zabiło. Mnie też! To dla mnie było straszne. Bo ja też zobaczyłem, ile jest warta ta elita.

A my nie potrafimy ich na tej drodze zatrzymać.
– Ludzie są w szoku. Nie rozumieją. Ludzie się nie łączą. A trzeba się łączyć. Z opozycją polską, węgierską, żebyśmy się uczyli jedni od drugich. Żeby budować alternatywę. Nie przeciwko, ale zamiast. Jesteśmy na takim etapie, że musimy najważniejsze sprawy przemyśleć. Dlaczego ludzie odwracają się od demokracji liberalnej? Co w niej nie działa? Jaki model najbardziej by im odpowiadał? Rozmawiam z kolegami o tym, że musimy zrozumieć ludzkie potrzeby, te, które muszą być zaspokojone. Trzeba więc pomyśleć, jak my, którzy wierzymy w demokrację, w wolność, mamy sprawić, żeby nasza propozycja była lepsza i została przyjęta z wiarą. To są bardzo ważne rzeczy, to powinno zacząć się dziać.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 43/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy