Seks przegrywa z Netflixem

Seks przegrywa z Netflixem

Ludzie są dziś tak zabiegani, że seks stał się dobrem luksusowym, dostępnym jedynie dla tych, którzy mają więcej czasu

Andrzej Gryżewski – seksuolog, psychoterapeuta i certyfikowany edukator seksualny, założyciel Gabinetu Psychoterapii Seksualnej CBTseksuolog. Autor bestsellerowej „Sztuki obsługi penisa”, napisanej z Przemysławem Pilarskim książki „Jak facet z facetem, rozmowy o seksualności i związkach gejowskich”, z Arturem Górskim – „Macho, instrukcja obsługi” oraz nowej, z Katarzyną Miller – „Być parą i nie zwariować”.

Jaka jest teraz polska norma, jeśli chodzi o częstotliwość uprawiania seksu wśród osób w średnim wieku?
– Normą kulturową jest myślenie, że inne pary uprawiają seks co najmniej trzy razy w tygodniu. Jednak moje doświadczenia z gabinetu seksuologa mówią, że może raz w tygodniu pojawiają się w sypialni pocałunki, pieszczoty czy seks oralny. Seks z penetracją zdarza się Polakom raz na dwa tygodnie. Ludzie są dziś tak zabiegani i obciążeni obowiązkami, że seks stał się dobrem luksusowym, dostępnym jedynie dla tych, którzy mają więcej czasu. Największy problem ma kadra zarządzająca, ludzie w korporacjach, ogólnie ci, którzy nie wyrabiają się z obowiązkami, a których głowa pracuje non stop. Na seksualność nie mają już czasu. Na początku relacji, gdy mózg zalewa nam fenyloetyloamina – hormon podobny do amfetaminy, odpowiedzialny za zauroczenie i zafascynowanie – seks udaje się często. Potem jednak musimy dbać o związek jak o ogród. Ważne są więc uwodzenie, staranie się, sprawianie sobie prezentów, komplementy, gesty docenienia czy podziwu. Co więcej, po kilku czy kilkunastu latach związku, by doszło do udanego seksu, potrzeba znacznie więcej czasu – już nie kilka minut, ale raczej godzin. Dzieje się tak dlatego, że aby w ogóle cokolwiek zainicjować, musimy odłączyć mózg od pracy, przełączyć go na seksualność. To niezwykle trudne i hormony już tego za nas nie załatwią.

Wszyscy znamy te rady o budowaniu nastroju, seksownej bieliźnie czy gadżetach. Co jeszcze można by dorzucić, by ratować życie seksualne?
– Po pierwsze, trzeba sobie uświadomić, że to nie tylko kwestia ciała, by było ono zresetowane i wypoczęte. Wbrew temu, co się powszechnie uważa, nie jest to też raczej sprawa hormonów. Owszem, zdarza się, że mężczyźni mają za mało testosteronu, co obniża libido i powoduje problemy ze wzwodem. Jednak najczęstszym problemem okazuje się brak świadomości, że najważniejszym organem seksualnym jest mózg. To nim trzeba się zająć. Aby udało się stworzyć niezbędną do udanego seksu bliskość, musimy iść na randkę czy do kina, co będzie taką klamrą odłączającą nas intelektualnie i emocjonalnie od pracy. Widzę, że ludzie chcą się kochać, ale nie mogą – mężczyźni wciąż przerabiają w głowie jakieś nierozwiązane problemy w firmie, a kobiety mielą relacje rodzinne albo to, co powiedziała im szefowa. Wciąż doświadczają wywołanego wcześniej smutku, żalu czy gniewu i nie są w stanie się podniecić.

Mówił pan, że najgorzej jest w kadrze zarządzającej czy w ogóle u ludzi pracujących w korporacjach. Czy to znaczy, że pracownicy fizyczni, którzy po prostu kończą zmianę i wychodzą, mają mniejsze problemy?
– Tak, ale to dotyczy raczej mężczyzn, i to pod warunkiem, że nie są przepracowani. Jeśli mężczyzna jest w pracy dziesięć godzin lub więcej, często nie ma już sił, by uprawiać seks. Jednak ten, który pracuje jakieś osiem godzin dziennie – już tak, zwłaszcza że dodatkowo jest zadbany fizycznie. Dobrze działa jego układ krwionośny, hormonalny również, bo podczas ruchu wydziela się testosteron. Z kobietami jest inaczej – te o niskich kwalifikacjach często doświadczają stresu i pędu związanego z domowymi obowiązkami, przez co są wyeksploatowane nie tylko fizycznie, ale także emocjonalnie. U nich ta seksualność może być osłabiona. Widzę też jednak inny problem. Bez względu na wiek czy zawód mężczyźni oglądają bardzo dużo pornografii i w ten sposób zaspokajają potrzeby seksualne. Bardzo często odmawiają kobietom seksu, bo czują się nasyceni. Mam klientów z tak zaawansowanym problemem, że oglądanie pornografii zajmuje im trzy-cztery godziny dziennie. Płynąca z niej masa bodźców i ich intensywność – bo to, co tam widzą, to są różne formy seksu – powoduje, że nudny seks z żoną po prostu przestaje być dla nich atrakcyjny. Szczególnie że aby go uprawiać, trzeba najpierw iść na randkę, powiedzieć żonie coś miłego, zrobić jakiś prezent – a i tak nie wiadomo, czy te wysiłki skończą się seksem. Pornografia nigdy zaś nie odmawia.

Jest jakiś bezpieczny limit pornografii?
– My, seksuolodzy, osobom dorosłym polecamy oglądanie pornografii wspólnie z partnerem czy partnerką, jeśli brakuje im inspiracji albo po prostu nie chce im się uprawiać seksu. Początki uzależnienia od pornografii zwykle są jednak takie, że mężczyźni zaczynają ją oglądać z ciekawości, z chęci zabicia czasu lub dlatego, że partnerka już ich za bardzo nie podnieca. Najpierw więc oglądają film przez pół godziny, a potem pędzą do sypialni, by współżyć z żoną, bo jeszcze są nakręceni. Niestety, po pewnym czasie zaczynają oglądać coraz dłużej – godzinę, potem dwie. Masturbują się przy tym, mają orgazmy i już tracą ochotę na seks z żoną.

Dlaczego to ma charakter postępujący? Czy dlatego, że żona odmawia seksu, więc mężom przestaje się opłacać biec do sypialni?
– Nie. Najczęściej to nie jest decyzja mężczyzny, tylko skutek uzależnienia. Na początku karmimy ośrodek nagrody w mózgu czymś małym i osiągamy maksimum przyjemności. Z czasem jednak potrzebujemy coraz mocniejszych bodźców. To taki sam mechanizm jak w przypadku wszystkich innych nałogów. Po krótkim czasie można się uzależnić, bo potrzebujemy coraz większych dawek, by czuć się podobnie dobrze. Jeśli ktoś już koniecznie chce oglądać pornografię, na początku musi rozładować popęd seksualny z partnerem czy partnerką – i uprawiać tyle seksu, ile ta druga osoba potrzebuje. Dopiero nadwyżki popędu można realizować poprzez oglądanie pornografii. Niestety, na ogół jest odwrotnie. Mężczyźni zaczynają od pornografii, a jeśli wystarczy im sił, sprawdzają, czy jeszcze chce im się współżyć z żoną. Najczęściej dość szybko okazuje się, że nie.

Załóżmy, że mamy parę, która wraca z pracy. Są zmęczeni i nie mają ochoty podejmować wysiłku. Skarży się na to pewnie z połowa naszego pokolenia, szczególnie osoby mające dzieci. Po całodziennej orce wolimy leżeć z chipsami na kanapie przed telewizorem. Z seksem jest za dużo zachodu.
– O to chodzi. Serial nie wymaga od nas przygotowania się, a do wzbudzenia popędu seksualnego trzeba zaprząc intelekt, obudzić kreatywność. Naszym seksuologicznym pomysłem, jak ten problem rozwiązać, jest „dzień dla partnerstwa”, na który para powinna przeznaczyć jeden dzień w tygodniu. Najlepiej, żeby to nie był weekend, bo w sobotę i niedzielę często wypadają nam różne rodzinne czy towarzyskie spotkania, więc z seksu nici. W taki dzień – czy raczej popołudnie, bo przecież wcześniej zwykle jesteśmy w pracy – wyłączamy Netflixa, HBO GO, a dzieci odstawiamy do teściów. Dbamy wtedy o to, by sobie poflirtować, pouwodzić drugą osobę, pójść na randkę, na spacer, porozmawiać bardziej intymnie. Występujemy wtedy nie w roli męża, żony, matki czy ojca, ale wyłącznie w roli kochanków. W ten sposób budujemy bliskość, którą zmieniamy potem w seksualność. Inaczej to się nie uda. Dwie spracowane osoby, których głowy wciąż są gdzie indziej, nie będą miały ochoty na seks. Warunkiem powodzenia tego projektu jest to, żeby taki dzień rzeczywiście organizować raz w tygodniu, a nie raz na dwa albo trzy tygodnie. Pacjenci, którzy wyznaczają go sobie zbyt rzadko, skarżą się, że tracą wprawę, że taki dzień niewiele pomaga, a tylko budzi niepotrzebną nadzieję i rozdrażnienie.

Czy jednak wyznaczenie sobie takiego dnia nie sprawia, że ludzie zaczynają traktować seks jak kolejny obowiązek, coś do odhaczenia w grafiku?
– Warto myśleć o tym nie w kategoriach obowiązku czy pańszczyzny, ale jako o fajnym elemencie budowania relacji czy bliskości. To nie może być też „małżeńska prostytucja”, gdzie jedna osoba dba o zaspokajanie potrzeb drugiej, np. w zamian za inne korzyści. To ma być przyjemność dla obojga, a nie poświęcenie. Jeśli mężczyzna ma do wyboru seks ze swoją atrakcyjną kobietą, która mówi, że poświęci się dla niego – albo seks z przypadkową, nawet nieatrakcyjną, ale chętną panią, znalezioną na Tinderze, to wybierze tę drugą, bo takie zachowania jak poświęcenie się są dla mężczyzn zupełnie aseksualne.

Czy może nam w tym wszystkim jakoś pomóc farmakologia? Może ostatnio wynaleziono jakieś środki, które zwiększają libido?
– Niestety nie. Gdy ktoś takie środki wynajdzie, z pewnością dostanie Nobla. Jedynym znanym sposobem na libido jest dbanie o styl życia – tak by znalazło się w nim miejsce na bliskość, intymność czy erotyzm. Ich brak to zabójca seksualności. Zabieganie o drugą osobę, uwodzenie jej, flirtowanie, pokazywanie, że jest dla nas ważna – to właśnie aktywizuje libido.

Jeśli ktoś nie umie tego robić, może to nadrobić na jakimś kursie czy terapii?
– Tak. Są kursy online, książki i oczywiście seksuolodzy, których można zapytać, jak się tego nauczyć. Niestety, gdy coś w seksie nie działa, wiele osób zaczyna zdradzać, mając poczucie bezsilności i beznadziei.

Jeśli jednak żadnemu z partnerów już się nie chce, muszą w to wszystko się bawić? Większość z nas czytała zapewne, że seks jest nam potrzebny dla zdrowia, fizycznego i psychicznego. Ale czy naprawdę tak jest? Może powinniśmy dać sobie spokój i relaksować się na inne sposoby?
– Warto uprawiać seks. Jeśli tego nie robimy, gorzej funkcjonuje nasz układ krwionośny, hormonalny czy oddechowy. Obniża się też nastrój. 15 lat temu badałem grupę 300 osób, które nie uprawiają seksu. Okazało się, że te osoby w porównaniu z grupą kontrolną, reprezentującą ogół populacji, są dużo bardziej sfrustrowane, napięte, zezłoszczone, mają gorszą pamięć, gorzej się wysypiają. Jest masa plusów z uprawiania seksu – osoby, które dbają o tę sferę, są bardziej zrelaksowane i dużo łatwiej im żyć. Nawet jeśli jest jesień czy zima, dominuje w nas wtedy pozytywny nastrój.

Czy kontrolowana zdrada albo trójkąt mogą być skutecznym sposobem na urozmaicenie życia seksualnego?
– Niektórzy potrzebują czuć oddech konkurencji na plecach. Znam wielu mężczyzn, którzy nie pożądają już partnerki, ale jeśli ona zaczyna z kimś się umawiać na mieście – i on wie z kim, na jak długo i jeszcze ona opowiada mu potem, co robili – to nagle w nim budzi się pożądanie i namiętność. Znów chce z nią uprawiać seks, bo ona została seksualnie nobilitowana, ktoś „na mieście” potwierdził jej seksualną wartość. Dla niektórych to odświeżające. Obraz kobiety jako wiernej Madonny, która będzie z nami na zawsze i nie trzeba jej uwodzić, to coś, co wygasza pożądanie u mężczyzn. Jeśli jednak dowiadujemy się, że ona miała romans – nawet wirtualny czy esemesowy – to znów zaczyna nam się jej chcieć, znów zaczynamy z nią flirtować. Dociera do nas, że nie ma nic na zawsze i jeśli nie zaspokoimy jej potrzeb seksualnych, zrobi to za nas ktoś inny.

Co z trójkątami?
– Mam klientów, którzy umawiają się na seks w trójkącie z osobami znalezionymi przez internet, ale podchodzą do tego bardzo przedmiotowo. Ta osoba wychodzi rano po seksie i znika z ich życia, zostają tylko miłe erotyczne wspomnienia. Najczęściej pary heteroseksualne do trójkątów zapraszają kobiety, ale bywa i tak, że jeśli mężczyzna w związku od dawna nie pożądał swojej partnerki, umawiają się z facetem. Młody kochanek, który uprawia seks z cudzą żoną, potrafi nakręcić jej męża.

Może to mieć pozytywne skutki?
– Tak, co nie znaczy, że my, seksuolodzy, polecamy trójkąty.

Funkcjonował taki stereotyp, że zwykle żona odmawia seksu, wykręca się bólem głowy. Dziś to już chyba nieaktualne.
– Kiedyś mężczyzna, który nie chciał uprawiać seksu, był kuriozum. Obecnie 36% mężczyzn w stałych związkach odmawia seksu. Partnerki nie wzbudzają już u nich emocji, więc panowie często wybierają pornografię, romans albo kompletnie wyłączają się z erotyki. Takiej plagi mężczyzn nieuprawiających seksu jeszcze nie mieliśmy. Mamy więc też bardzo dużo zrozpaczonych pacjentek, które pytają, co robić, „żeby jemu się chciało”. Kupują erotyczną bieliznę, gadżety, puszczają pornografię – a on nadal nie jest zainteresowany seksem w związku.

Co się stało, że tyle się zmieniło w tej kwestii u mężczyzn?
– Dawniej mężczyzna pracował poza domem i przynosił pieniądze. Teraz musi również występować w innych rolach – przede wszystkim taty, który np. wychodzi z dziećmi na dodatkowe zajęcia. Często nie wystarcza mu już czasu ani ochoty na sport czy relaks. Seksualność jest więc przesuwana na kolejne dni.

Inne plagi, które pan zauważa?
– Na drugim miejscu – po mężczyznach odmawiających seksu – jest lęk zadaniowy. Mężczyźni boją się, że nie zaspokoją partnerki, że mają za krótki członek, że zbyt krótki jest czas stosunku, że nie doprowadzą partnerek do 50 orgazmów z rzędu. Trzecie miejsce – zaburzenia erekcji i impotencja. Czwarte miejsce – kobiece problemy, czyli głównie trudności z osiągnięciem orgazmu. Wiele kobiet tak kontroluje swoje życie, próbując pogodzić wszystko – pracę zawodową, dbanie o rodzinę czy pasję – że cały czas są w napięciu. Działają jak komandos, nie potrafią się rozluźnić, a do osiągnięcia orgazmu potrzebny jest luz. Ogólnie – coraz mniej osób uprawia seks. W Japonii odsetek nieuprawiających seksu sięga 49%. Coraz więcej mężczyzn ma problemy z erekcją, a kobiet z orgazmem. Wiele kobiet skarży się, że partner nie dba o erotyzm w związku, nie uwodzi ich, nie zabiega o nie, nie komplementuje.

Te problemy dotyczą też osób homoseksualnych czy ta grupa ma jakieś specyficzne?
– Zacznijmy od tego, że jeśli chodzi o libido, inaczej jest u gejów, inaczej u lesbijek. U tych drugich często bywa tak, że gdy pojawia się związek, seks szybko się w nim wycisza. Lesbijki tworzą tak dużą bliskość, że ich relacje szybko zaczynają być jakby siostrzane. Więcej tam czułości niż pożądania. Dzieje się to już po kilkunastu miesiącach, a więc znacznie szybciej niż u heteryków. U gejów jest odwrotnie – seks jest częsty nawet przez kilka czy kilkanaście lat. Z kolei geje znacznie częściej niż pary heteroseksualne otwierają związki. Łatwiej wchodzą w trójkąty, nie wiążąc się w ogóle z tą trzecią osobą. Oczywiście nie wszyscy to robią. Ogólnie jednak można powiedzieć, że u osób homoseksualnych występują podobne problemy z ochotą na seks. Są tak samo przepracowane, dla nich również seks stał się luksusem, tak jak u reszty rodaków. Żeby daleko nie szukać – nasz wywiad musieliśmy przeprowadzić na raty, bo zarówno pani, jak i ja musieliśmy poodbierać dzieci ze szkół i przedszkoli. Z kolei inni w trakcie seksu przerywają akcję, bo muszą odebrać służbowy telefon, odpisać na pilny mejl.

Ta plaga obejmuje więc całe społeczeństwo.
– Tak. Co więcej, trzeba wziąć pod uwagę, że zwiększył się nam zakres atrakcyjnych rozrywek. Za niewielkie pieniądze można sobie kupić karnet do kina i chodzić tam bez limitu. Mam klientów, którzy bywają na trzech-czterech seansach w tygodniu. Nie mają czasu na seks, bo muszą być na każdym nowym filmie. Do tego za ok. 30 zł możemy wykupić dostęp do Netflixa, HBO GO, gdzie dostajemy wszystko – seriale, filmy, koncerty. W dodatku jest to rozrywka dobrej jakości. Skończyły się czasy kablówki, w której trudno było znaleźć cokolwiek ciekawego. Rozwinął się rynek gier online. Widzę po klientach, że sporo osób siedzi w internecie i jeździ tam czołgiem lub rozwija farmy czy miasta. Ludzie kupują też konsole – zawalają noce, bo chcą przejść na kolejny level. Konkurencja dla seksu jest więc ogromna.

Czy zanim pojawił się internet, częściej uprawialiśmy seks?
– Oczywiście. Z założenia siadamy do Facebooka na pięć minut, a spędzamy tam całe godziny. A potem robi się północ i trzeba iść spać, by jakoś funkcjonować następnego dnia.

Mamy w społeczeństwie coraz więcej ludzi otyłych. Takie osoby mogą mieć specyficzne problemy z seksem?
– Tak. Szczególnie widać to u mężczyzn. Otyłość brzuszna to fabryka hormonów kobiecych. Męski testosteron jest wtedy zamieniany na estrogeny, co powoduje, że otyli mężczyźni rzadziej współżyją. Po prostu brakuje im testosteronu.

Odwiedzają gabinety seksuologów czy raczej wstydzą się i rezygnują z tej sfery życia?
– Często przychodzą, bo zależy im na seksie, natomiast przyznam, że u nich niewiele da się zrobić, póki nie schudną – to kwestia bezlitosnej biochemii. Co gorsza, otyli ludzie zwykle nie mają wysokiej samooceny, w dodatku podczas seksu męczą się szybciej. Nie mogę jednak powiedzieć, że tych osób u seksuologa zjawia się więcej niż szczupłych. W gabinecie lądują bowiem wszyscy. Problemy z seksem są bardzo demokratyczne, dotyczą wszystkich grup wiekowych, zawodów, płci i orientacji.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 2/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy