Skok na samorządy

Skok na samorządy

Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy na polaryzacji sceny politycznej na dwa duże bloki

Nie pierwszy raz okazuje się, że liderzy Prawa i Sprawiedliwości mają w nosie prawo i sprawiedliwość. Majstrowanie przy ordynacji wyborczej na kilkanaście tygodni przed wyborami samorządowymi, bez konsultacji publicznych, przy bojkocie opozycji i w atmosferze skandalu nie ma nic wspólnego z normami demokratycznego państwa prawa. To zwykły zamach na ustrój państwa.
Dla rządzącej koalicji cel uświęca jednak środki. A celem jest skok na samorządy. Ma temu służyć nowelizacja ordynacji przygotowana przez PiS. Sejm rozpoczął pracę nad tym projektem nagle, podczas swojego ostatniego posiedzenia przed wakacjami.
Politycy opozycji grzmieli, że proponowane zmiany to zamach na uprawnienia wyborcze. Koalicja argumentowała, że nowe rozwiązania ustabilizują scenę polityczną na poziomie lokalnym. Ostatecznie Sejm odesłał projekt do prac w Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej mimo bojkotu głosowania przez PO, SLD i PSL.
To prawda, że inne ugrupowania, w tym lewica, w minionych latach także majstrowały przy ordynacji. Pierwszy raz zdarza się jednak, że nowelizacja prawa wyborczego forsowana jest przed samymi wyborami samorządowymi, które mają się odbyć 12 listopada. Prezydent Lech Kaczyński już zapowiedział, że podpisze ustawę wprowadzającą tzw. grupy wyborcze, mimo krytyki tego rozwiązania przez jego doradcę ds. samorządowych, Wojciecha Szczurka, prezydenta Gdyni.
Zgodnie z obowiązującym jeszcze prawem wyborczym partie, które chciały, by ich głosy były razem brane pod uwagę przy dzieleniu mandatów radnych, musiały tworzyć koalicje, a tym samym zgłaszać wspólne listy kandydatów. PiS zamierza wprowadzić do ordynacji zapis o tzw. grupach wyborczych. Grupa to taka koalicja, która pozwala na zgłoszenie osobnych list, ale wynik wyborczy będzie wspólny.
O co chodzi? Gdyby PiS, Samoobrona i LPR stworzyły koalicję i zgłosiły wspólną listę, wielu zwolenników PiS mogłoby na nią nie zagłosować z powodu obecności np. Ligi. Z kolei gdyby koalicjanci wystartowali osobno, w niektórych województwach, powiatach czy gminach LPR i Samoobrona mogłyby nie przekroczyć 5% progu wyborczego, więc oddane na nie głosy nie decydowałyby o podziale mandatów.
Proponowane przez PiS rozwiązanie ma na celu wprowadzenie Ligi i Samoobrony do samorządów, by utrwalić tam układ władzy, który mamy już w parlamencie. Wystarczy, że grupa list uzyska ponad 10%, a wtedy jako całość będzie brana pod uwagę przy dzieleniu mandatów.
Posłowie na tę okoliczność powtarzali w Sejmie stary wierszyk: „Oto cudowna jest szkatułka, wrzucasz Mikołajczyka, wychodzi Gomułka”. Chodzi bowiem o to, że wyborca często nie będzie sobie zdawał sprawy, że głosując na przedstawiciela PiS, zagłosuje w istocie na kogoś z Samoobrony lub LPR. Albo odwrotnie.
Wszystkie głosy w myśl projektu nowej ordynacji byłyby sumowane, a mandaty dzielono by według promującej duże ugrupowania metody d’Hondta. Dlatego Samoobrona domaga się proporcjonalnego podziału mandatów w grupie.
Manipulacją był już sam tryb, w jakim PiS złożyło swój projekt. Nie jako projekt rządowy, tylko poselski. Projekt rządowy musiałby najpierw pozyskać opinie prawne, przejść przez obrady komisji wspólnej rządu i samorządu, mieć pozytywną opinię strony samorządowej, natomiast poselski nie musi spełniać takich kryteriów.
17 sierpnia ordynacją PiS ma się zająć sejmowa Komisja Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej. Dopiero tam pojawią się eksperci i samorządowcy. Wiadomo, że prawnicy, którzy przygotowują opinie dla komisji, negatywnie oceniają projekt zmian w ordynacji samorządowej. Ich zdaniem, celem zmian jest wyłącznie zdobycie przez koalicję rządową większej liczby mandatów. Ekspertyzy zostały zamówione u prof. Jerzego Regulskiego i prof. Michała Kuleszy. Komisja ma też otrzymać dwie ekspertyzy konstytucyjne oraz opinie środowisk samorządowych.
Opozycja liczy jeszcze po cichu na to, że zmiany uda się zablokować. W skład komisji samorządowej wchodzi 15 posłów koalicji, 15 opozycji i jeden reprezentant mniejszości niemieckiej. Wiele będzie więc zależało od mobilizacji klubów. Witold Gintowt-Dziewałtowski z SLD zgłosił już wniosek w sprawie wysłuchania publicznego. Jeśli wniosek przejdzie, zmiany w ordynacji mogą się opóźnić. Ale nie na długo. Posiedzenie Sejmu po przerwie wakacyjnej zaplanowano na 22 sierpnia.
Tak czy inaczej również opozycja musi się przygotować do nowej sytuacji. Żeby móc skutecznie przeciwstawić się PiS, Samoobronie i LPR, musi stworzyć w wyborach własny blok. PO rozmawia już w tej sprawie z PSL. Ludowcy są też zainteresowani współpracą z SLD, ale w tej sprawie nosem kręci partia Tuska. Platforma boi się, że straci pozycję największej siły opozycyjnej. Wie, że Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy na doprowadzeniu do polaryzacji sceny politycznej na dwa duże bloki i, co za tym idzie, wpędzeniu PO w objęcia SLD. Wiele wskazuje na to, że Sojusz utworzy osobny blok razem z SdPl, UP i Partią Demokratyczną.
Grupy wyborcze to niejedyny kant wyborczy przygotowywany przez PiS. W ordynacji samorządowej przeszedł niezauważony zapis umożliwiający Andrzejowi Lepperowi rozprawę z uciekinierami z Samoobrony. Zgodnie z ustawą komitety startujące w wyborach samorządowych nie mogą bez zezwolenia używać nazw ani skrótów partii zasiadających w Sejmie. A wiadomo, że secesjoniści z partii Leppera założyli już kilka partii z Samoobroną w nazwie.
Po inne kombinacje partia Kaczyńskich sięgnęła już wcześniej. Termin wyborów samorządowych – 12 listopada – został ustalony tak, aby pomóc kandydatom PiS, a przeszkadzać opozycji. Cisza wyborcza wypadać będzie w święto narodowe. Opozycja będzie musiała siedzieć cicho, a czołowi politycy koalicji będą brylować w mediach na uroczystych obchodach Dnia Niepodległości.
Warszawskie PiS majstruje z kolei przy okręgach wyborczych. Samorządowcy tej partii chcą tak wykroić okręgi, aby maksymalnie skupić w jednym miejscu swoich zwolenników, a rozproszyć wyborców Platformy czy SLD.
Warto też przypomnieć, że już na początku tej kadencji Sejmu PiS, nie chcąc oddać władzy w stołecznym ratuszu po wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta RP, zmieniło ustawę samorządową. Tak by zamiast przedterminowych wyborów, które demokratycznie wyłoniłyby następcę Kaczyńskiego, Warszawą rządził komisarz z nadania PiS. Obecnie jest nim były premier, Kazimierz Marcinkiewicz. Oceniając z perspektywy czasu, widać, że partia Kaczyńskich wiedziała, co robi.

Wydanie: 31/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy