Skutki polityki historycznej

Skutki polityki historycznej

U Snydera czy Daviesa nie ma prawie śladów walk 1. i 2. Armii WP

Pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się po przeczytaniu wywiadu z Andrzejem Celińskim „Nomenklatura głuptaków” (PRZEGLĄD nr 12), dotyczyła konieczności wydania tego wywiadu w formie broszurki i rozesłania jej do liceów i na wydziały historii. Potem jednak uświadomiłem sobie, że prawie żaden licealista o profilu humanistycznym, a nawet student historii, nie wie, kim był np. Kazimierz Moczarski. Powitałem koniec II wojny światowej jako 14-letni młodzieniec i widziałem na murach plakaty „AK zapluty karzeł reakcji”. Z innych straszyła karykatura Josipa Broza-Tito jako oprawcy z zakrwawionym toporem. Moczarski? Mogę sięgnąć do mojego księgozbioru i mam w ręku jego „Rozmowy z katem” starannie wydane przez PIW w 1977 r. Przejmujące były słowa mamy pana Celińskiego wypowiedziane po odzyskaniu przytomności: „Andrzejku, uważaj! To są oprawcy”.
Zabolał mnie natomiast następujący fragment: „Nowa, »ludowa« inteligencja wchodziła do wyróżnionych przez swoją pozycję grup społecznych w przeważającej mierze nie po to, by je budować z szacunkiem dla ich kultury, lecz by je zgwałcić! Zgwałcić ich wartości. Jako swoje mając jedynie partyjnie uwarunkowaną karierę i interes partii”. Należę do tej inteligencji, tyle że nie ludowej, ale robotniczej. Jestem synem murarza i tylko PRL zawdzięczam awans społeczny, wykształcenie i karierę zawodową. Szerokie grono moich kolegów z czasów studenckich zajmowało kierownicze stanowiska, kilku zrobiło doktoraty (a inżynierowi budownictwa lądowego trudniej było go zrobić niż humaniście) i większość z nich nie należała do żadnej partii. To my odbudowaliśmy kraj z ruin. Przytoczony urywek kojarzy mi się ze słusznie krytykowanym wrzuceniem do jednego worka z napisem „żołnierze wyklęci” gen. Fieldorfa i bandytów.
Muszę też wrócić do słów Sławomira Cenckiewicza przytoczonych w artykule z tego samego numeru PRZEGLĄDU. Ów „historyk IPN” stwierdził: „Żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego nie są Wojskiem Polskim”, a ich szlak bojowy „nie jest częścią historii oręża polskiego”. Szlag mnie trafił. Jestem Wołyniakiem, urodziłem się w Łucku. Już na początku lutego 1940 r. trzej moi wujkowie z rodzinami zostali wywiezieni na Sybir. Wrócili do Polski, przemierzając szlak bojowy od Lenino do Berlina. Po 1989 r. ich wysiłek zbrojny  skazano na przemilczenie, ale Cenckiewicz przekroczył wszelkie granice przyzwoitości. Szukałem też śladów informacji o walkach 1. i 2. Armii WP w książkach niezależnych historyków, takich jak Timothy Snyder czy Norman Davies. U Snydera nie ma prawie nic, Davies w tomie „Europa walczy” na str. 151 wspomina: „Polska 1. Armia gen. Berlinga odegrała godną uwagi rolę w budowie przyczółka magnuszewskiego. Próba udzielenia pomocy powstaniu warszawskiemu została udaremniona, a poniesione straty były przerażające”. A gdzie Kołobrzeg, Wał Pomorski, Berlin? Smutne to. Przy obecnej polityce historycznej danina krwi żołnierzy 1. i 2. Armii WP zniknie w pomroce dziejów.

Wydanie: 15/2016 2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy