Słowo gangstera (1)

Słowo gangstera (1)

Oskarżony prof. Widacki: – Byłem idealnym celem dla rządzących z PiS, szukających potwierdzenia ich obłędnej teorii układu Ci, którzy doprowadzili do tego procesu, pewnie na długo przed pierwszą rozprawą zacierali z uciechy ręce na samą myśl o spektakularnym widowisku na sali sądowej. Oto na ławie oskarżonych szacowny profesor prawa, znany adwokat, były ambasador, poseł. A obok niego towarzysz niedoli w czerwonym drelichu groźnego przestępcy, z wyrokiem dożywocia. I świadkowie z wieloletnimi wyrokami – skuci, przyprowadzani przez antyterrorystów, aby wydali profesorowi świadectwo etyki adwokackiej. Już dziesiąty miesiąc prof. Jan Widacki staje przed sądem (z wolnej stopy) jako oskarżony. Postawiono mu trzy zarzuty dotyczące trzech różnych zdarzeń, różnych miejsc i przy udziale różnych osób. Powoduje to wielkie zamieszanie w dokumentach prokuratorskich. I utrudnia przewód sądowy. Na brak logiki w akcie oskarżenia i liczne luki wskazała jeszcze przed rozpoczęciem procesu wytrawna sędzia Barbara Piwnik: akta powinny wrócić do prokuratury w Białymstoku jako, delikatnie to formułując, niedopracowane. Jednak Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że materiał dowodowy można uzupełnić w trakcie procesu. Jeden wątek oskarżenia dotyczy rzekomego nakłaniania w białostockim więzieniu Sławomira R., ksywa „Woźny” lub „Król” – dwukrotnego mordercy i bestialskiego gwałciciela dziecka – do składania za namową Jana Widackiego fałszywych zeznań w celu oczyszczenia z zarzutów lidera pruszkowskiej mafii. Zarzut ten mecenas dzieli z Adamem i Małgorzatą Danielakami, bliskimi krewnymi owego gangstera. Kolejny zarzut to rzekome przemycenie przez Jana Widackiego grypsu od Krzysztofa Filasa, pseudonim „Bandzior”, z aresztu w Krakowie i przekazania go jego żonie Teresie F. mieszkającej w Kasinie Wielkiej. Gryps miał zawierać instrukcje, jak przygotować fałszywego świadka. Ponadto Jan Widacki jest oskarżony o nakłanianie lobbysty Marka Dochnala do powstrzymania się przed sejmową komisją śledczą do spraw Orlenu od zeznań mogących mieć związek z działalnością biznesmena Jana Kulczyka, którego mecenas bronił w innych procesach. (Dochnal interesował się dostawami ropy do Polski. Uważał, że w interesach stanął mu na drodze Jan Kulczyk i przez to został we wrześniu 2004 r. aresztowany). Wpasowany w układ Zaraz po wystąpieniu prokuratora na pierwszej rozprawie Jan Widacki wygłosił swój „akt oskarżenia”. Jego wyjaśnień słuchało aż troje zawodowych sędziów, którym przewodniczyła sędzia Małgorzata Wasylczuk. – Nie przyznaję się. Zarzuty są absurdalne, dla mnie głęboko upokarzające. Oparto je na fałszywych zeznaniach osób znajdujących się w całkowitej dyspozycji organów ścigania. W ten sposób przestępcom daje się większą wiarę niż mnie. Mam podstawy sądzić, że do takich zeznań te osoby zostały nakłonione. Profesor dostrzegał związek oskarżenia z jego działalnością polityczną. W istocie, te skojarzenia nasuwają się same: W roku 2004 i później jako poseł lewicy (dziś Koła Demokratycznego) był w konflikcie ze Zbigniewem Ziobrą, ówczesnym ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Publicznie twierdził, że poczynania PiS-owskiego polityka są „obłędne, szkodliwe dla Polski i niebezpieczne dla obywateli”. Jan Widacki był też jednym z sygnatariuszy listu protestacyjnego znanych prawników przeciwko proponowanym przez ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, zmianom w kodeksie karnym. Dołączył do krakowskich intelektualistów oburzonych odwołaniem prof. Stanisława Waltosia z funkcji przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. Pozostawał w konflikcie ze Zbigniewem Wassermannem, ówczesnym koordynatorem służb specjalnych; pozwał go o naruszenie dóbr osobistych. (Wassermann pomówił Widackiego, że wraz z Jeremiaszem B., „Baraniną”, tworzył fundację, która miała sponsorować policję. Proces zakończył się ugodą, pozwany rakiem wycofał się z zarzutów). To właśnie Wassermann jako członek sejmowej komisji do spraw Orlenu rzekomo dostał w kwietniu 2005 r. list od więźnia Sławomira R., ps. „Woźny”, który doprowadził Widackiego na ławę oskarżonych. List, a właściwie gryps, nie był wysłany zwykłą drogą z zakładu karnego; nie wiadomo, w jaki sposób dotarł na Wiejską. I kto naprawdę był jego autorem. W trzecim miesiącu procesu Sławomir R. nagle zeznał, że list ten został mu podyktowany. Dziś znajduje się w aktach sądowych. Oto jego treść: „Szanowny Panie. Jestem nikim. Skazańcem, ale mam dowód, że mec. Widacki jest człowiekiem, który kiedy trzeba, robi za posłańca od pruszkowskiego bossa. Oglądałem w TVP przesłuchanie Dochnala przed komisją śledczą ds. Orlenu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2009, 39/2009

Kategorie: Kraj