Słowo gangstera (1)

Słowo gangstera (1)

Oskarżony prof. Widacki: – Byłem idealnym celem dla rządzących z PiS, szukających potwierdzenia ich obłędnej teorii układu

Ci, którzy doprowadzili do tego procesu, pewnie na długo przed pierwszą rozprawą zacierali z uciechy ręce na samą myśl o spektakularnym widowisku na sali sądowej. Oto na ławie oskarżonych szacowny profesor prawa, znany adwokat, były ambasador, poseł. A obok niego towarzysz niedoli w czerwonym drelichu groźnego przestępcy, z wyrokiem dożywocia. I świadkowie z wieloletnimi wyrokami – skuci, przyprowadzani przez antyterrorystów, aby wydali profesorowi świadectwo etyki adwokackiej.
Już dziesiąty miesiąc prof. Jan Widacki staje przed sądem (z wolnej stopy) jako oskarżony.
Postawiono mu trzy zarzuty dotyczące trzech różnych zdarzeń, różnych miejsc i przy udziale różnych osób. Powoduje to wielkie zamieszanie w dokumentach prokuratorskich. I utrudnia przewód sądowy. Na brak logiki w akcie oskarżenia i liczne luki wskazała jeszcze przed rozpoczęciem procesu wytrawna sędzia Barbara Piwnik: akta powinny wrócić do prokuratury w Białymstoku jako, delikatnie to formułując, niedopracowane. Jednak Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że materiał dowodowy można uzupełnić w trakcie procesu.
Jeden wątek oskarżenia dotyczy rzekomego nakłaniania w białostockim więzieniu Sławomira R., ksywa „Woźny” lub „Król” – dwukrotnego mordercy i bestialskiego gwałciciela dziecka – do składania za namową Jana Widackiego fałszywych zeznań w celu oczyszczenia z zarzutów lidera pruszkowskiej mafii. Zarzut ten mecenas dzieli z Adamem i Małgorzatą Danielakami, bliskimi krewnymi owego gangstera.
Kolejny zarzut to rzekome przemycenie przez Jana Widackiego grypsu od Krzysztofa Filasa, pseudonim „Bandzior”, z aresztu w Krakowie i przekazania go jego żonie Teresie F. mieszkającej w Kasinie Wielkiej. Gryps miał zawierać instrukcje, jak przygotować fałszywego świadka.
Ponadto Jan Widacki jest oskarżony o nakłanianie lobbysty Marka Dochnala do powstrzymania się przed sejmową komisją śledczą do spraw Orlenu od zeznań mogących mieć związek z działalnością biznesmena Jana Kulczyka, którego mecenas bronił w innych procesach. (Dochnal interesował się dostawami ropy do Polski. Uważał, że w interesach stanął mu na drodze Jan Kulczyk i przez to został we wrześniu 2004 r. aresztowany).

Wpasowany w układ

Zaraz po wystąpieniu prokuratora na pierwszej rozprawie Jan Widacki wygłosił swój „akt oskarżenia”. Jego wyjaśnień słuchało aż troje zawodowych sędziów, którym przewodniczyła sędzia Małgorzata Wasylczuk.
– Nie przyznaję się. Zarzuty są absurdalne, dla mnie głęboko upokarzające. Oparto je na fałszywych zeznaniach osób znajdujących się w całkowitej dyspozycji organów ścigania. W ten sposób przestępcom daje się większą wiarę niż mnie. Mam podstawy sądzić, że do takich zeznań te osoby zostały nakłonione.
Profesor dostrzegał związek oskarżenia z jego działalnością polityczną. W istocie, te skojarzenia nasuwają się same: W roku 2004 i później jako poseł lewicy (dziś Koła Demokratycznego) był w konflikcie ze Zbigniewem Ziobrą, ówczesnym ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Publicznie twierdził, że poczynania PiS-owskiego polityka są „obłędne, szkodliwe dla Polski i niebezpieczne dla obywateli”. Jan Widacki był też jednym z sygnatariuszy listu protestacyjnego znanych prawników przeciwko proponowanym przez ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, zmianom w kodeksie karnym. Dołączył do krakowskich intelektualistów oburzonych odwołaniem prof. Stanisława Waltosia z funkcji przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. Pozostawał w konflikcie ze Zbigniewem Wassermannem, ówczesnym koordynatorem służb specjalnych; pozwał go o naruszenie dóbr osobistych. (Wassermann pomówił Widackiego, że wraz z Jeremiaszem B., „Baraniną”, tworzył fundację, która miała sponsorować policję. Proces zakończył się ugodą, pozwany rakiem wycofał się z zarzutów).
To właśnie Wassermann jako członek sejmowej komisji do spraw Orlenu rzekomo dostał w kwietniu 2005 r. list od więźnia Sławomira R., ps. „Woźny”, który doprowadził Widackiego na ławę oskarżonych. List, a właściwie gryps, nie był wysłany zwykłą drogą z zakładu karnego; nie wiadomo, w jaki sposób dotarł na Wiejską. I kto naprawdę był jego autorem. W trzecim miesiącu procesu Sławomir R. nagle zeznał, że list ten został mu podyktowany.
Dziś znajduje się w aktach sądowych. Oto jego treść:
„Szanowny Panie.
Jestem nikim. Skazańcem, ale mam dowód, że mec. Widacki jest człowiekiem, który kiedy trzeba, robi za posłańca od pruszkowskiego bossa. Oglądałem w TVP przesłuchanie Dochnala przed komisją śledczą ds. Orlenu. Chcę rozmawiać z kimś od p. Dochnala. (…) Opowiem mu i uwiarygodnię, że jest to prawdopodobne, że mec. Widacki przekazywał Dochnalowi wiadomość od Kulczyka (…). Ja tu o nic nie walczę, ale chcę pomóc Dochnalowi, bo ja miałem podobne doświadczenie – propozycję nie do odrzucenia, lecz w sprawie cięższej gatunkowo. Nie będę się rozpisywać, bo tu nie ma żartów. Pozdrawiam”.
– I co robi poseł Wassermann? – Jan Widacki z ławy oskarżonych analizował intrygę swego politycznego przeciwnika. – Czy powiadamia prokuraturę? Nie. Ów funkcjonariusz publiczny odszukuje obrońcę Dochnala i wręcza mu ten list. Potem u więźnia R. w zakładzie karnym w Białymstoku zjawia się mec. Ołowska-Zalewska, wysłanniczka pełnomocnika aresztowanego lobbysty. Nawiązuje z R. kontakt, koresponduje z nim, wysyła mu paczki. Na koniec przysyła dziennikarkę „Życia Warszawy” Dorotę Kanię, która dostaje się do aresztu bez odnotowania tego faktu w ewidencji. Natomiast R. wychodzi z celi na to spotkanie jako na rozmowę z adwokatem. Tak zostało odnotowane w dokumentacji służb więziennych. Następnie Sławomir R. składa pierwsze obciążające mnie zeznanie.

Jak gangster z gangsterem

32-letni Sławomir R., ps. „Woźny” vel „Król”, ma na sumieniu zamordowanie ze szczególnym okrucieństwem – wspólnie z gangsterem K. – w 1999 r. w miejscowości Wiartel Mirosława K. Przestępcy długo znęcali się nad ofiarą, bijąc ją, przypalając ogniem, nacinając skórę tasakiem. W podobny sposób pozbawili życia Janusza B. z Olsztyna. I usiłowali zamordować Henryka B.
Sławomir R. jest też bestialskim gwałcicielem pięcioletniej siostrzenicy. Opis ran zadanych dziecku wymyka się beznamiętnej relacji.
Do niejako codziennych przestępstw tego mordercy należały kradzieże samochodów, rozboje, pobicia „metalową łapką” restauratorów za odmowę przyjęcia rzekomej ochrony, szantaż. Przed sądem w sierpniu 2008 r. będzie się chwalił: – Nie pamiętam wszystkich przestępstw, za które zostałem skazany. Od 1990 r. siedzę w więzieniach. Byłem już w 14 zakładach karnych. Ciąłem się, demolowałem cele.
Sławomir R. jest zdrowy psychicznie. Wychował się w Sokółce, w rodzinie pełnej, bez patologii. Ma wykształcenie zawodowe zasadnicze. Zdaniem sądowego psychologa, nie przejawia tendencji do konfabulacji.
Przesłuchiwany przez prokuratora w Białymstoku więzień R. ochoczo zeznał, że był u niego w celi Jan Widacki. W październiku 2004 r. Jeszcze przed wyłożeniem sprawy mecenas miał powiedzieć: „Rozmawia pan z człowiekiem, który dużo może”.
– Chciał, abym złożył zeznania na korzyść jednego z szefów „Pruszkowa”, niejakiego Mirosława D., ps. „Malizna”, którego był obrońcą. Początkowo miałem obawy w rozmowie z tym adwokatem. Ale później to już jak gangster z gangsterem, bez owijania w bawełnę.
R. twierdził w śledztwie, że sprawa, z którą przyjechał znany adwokat, miała związek z więźniem przez pewien czas zamkniętym w tej samej celi co R. Chodziło o świadka koronnego Piotra W., który zeznając w sprawie zabójstwa „Pershinga” z mafii pruszkowskiej, obciążył jednego z oskarżonych, właśnie Mirosława D. Ów świadek koronny cieszył się nadzwyczajnymi przywilejami w warunkach więziennych, np. miał ze sobą dwa telefony komórkowe. Korzystał z nich również R. (bez ograniczeń, bo ktoś z zewnątrz uzupełniał im konto limitu rozmów.
– Widacki chciał, abym powiedział, że Piotr W. przyznał mi się, iż kłamał w sądzie, bo D. nie zlecał tego zabójstwa. Moje oświadczenie było potrzebne przy złożeniu apelacji – zeznawał w śledztwie Sławomir R. – Uprzedził mnie, że reprezentuje interesy „Pruszkowa” i jeśli nie złożę oświadczenia, to on ma duże wpływy w ABW, a ci są w stanie zrobić wszystko. Ale jeśli sąd weźmie pod uwagę moje oświadczenie, to ktoś jeszcze się ze mną skontaktuje i wszystko podogrywa. Mecenas zostawił mi wizytówkę z adresem swej kancelarii prawnej.
Co w zamian za tę przysługę? R. twierdził, że uzyskał zapewnienie mu bezpieczeństwa w areszcie. Bo na skutek jego obciążających zeznań w innych procesach „pospadały wyroki 25 lat i w więzieniu zacznie się polowanie”.

Prokurator zawiadamia media

Jan Widacki zaprzeczył przed prokuratorem, że prowadził sprawy związane z mafią pruszkowską. Wyjątkiem było napisanie apelacji od wyroku dla Mirosława D., ps. „Malizna”. Prosiła go o to żona skazanego. Sugerowała nowe możliwości obrony (od warszawskiego bowiem adwokata, który w przeszłości prowadził sprawę jej męża, dowiedziała się, iż pewien więzień w białostockim areszcie wysłał mu SMS z informacją o dysponowaniu ważnymi dowodami potwierdzającymi niewinność „Malizny”. Tym więźniem był Sławomir R.
Widacki po upewnieniu się, że pani D. nie konfabuluje, pojechał do Białegostoku.
– Sławomir R. powiedział mi – zeznał mecenas przed sądem – że Piotr W. był nakłaniany do składania fałszywych zeznań obciążających Mirosława D. Ten świadek koronny podobno śmiał się, gdy usłyszał, że w sądzie okręgowym w sprawie „Malizny” zapadł duży wyrok. Uznałem, że to żaden dowód, nie może być przeciwwagą dla materiału prokuratorskiego. Zwłaszcza że zeznania W. w procesie sądowym o zabójstwo „Pershinga” nie dotyczyły wątku mojego klienta; nie odnosiłem się do nich w apelacji.
Profesor poczynił przed prokuratorem uwagę na temat nielogiczności stawianego mu zarzutu: gdyby chciał wesprzeć się zeznaniami podstawionego świadka (czego nigdy w swej praktyce adwokackiej nie robił), to zdrowy rozsądek kazałby mu szukać nie kogoś, kto zezna, że słyszał, że inny świadek coś tam mówił bardzo ogólnikowo, ale zadbałby o świadka, który by się odniósł bezpośrednio do zeznań obciążających jego klienta.
I to był jedyny – twierdził oskarżony adwokat na sali sądowej – jego kontakt ze Sławomirem R. Po powrocie do Krakowa napisał wniosek do sądu apelacyjnego o dopuszczenie dowodu z oświadczenia R. Bez przekonania, ale na życzenie żony jego klienta. Na rozprawie apelacyjnej sąd nie dopuścił zeznania R., uznając, że jest bez znaczenia. Również kasacja wyroku została oddalona.
Pół roku później, w kwietniu 2005 r., obradowała komisja orlenowska. Wynikła sprawa rzekomego namawiania Dochnala do złożenia fałszywych zeznań.
Widacki: – Nie śledziłem jej, z mediów dowiedziałem się, że jakiś kryminalista z Białegostoku nawiązał kontakt z komisją, że rzekomo ja też miałem nakłaniać do fałszywych zeznań. Oficjalnie nikt mnie o tym nie powiadamiał. Nie bardzo wiedziałem, co mam dementować.
Potem przyszło wezwanie do prokuratury w Białymstoku. Ale nim profesor je otrzymał, kilkakrotnie dzwonił do niego jakiś mężczyzna przedstawiający się jako dziennikarz „Życia Warszawy”.
– Jak się domyślałem – zeznał Widacki w sądzie – był to współpracownik red. Doroty Kani, istotnego świadka w mojej sprawie. Ten człowiek dopytywał się, czy postawiono mi już zarzut współudziału z mafią. A kiedy prokurator postanowił przesłuchać mnie w charakterze podejrzanego, na drugi dzień zadzwoniła do mnie red. Anna Marszałek, wówczas dziennikarka „Rzeczpospolitej”, upewniając się, czy prawdą jest, że – i tu podała dokładną datę, na którą miałem wezwanie – będzie mi postawiony zarzut.
To nie koniec dowodów na ścisłą symbiozę organów ścigania z niektórymi mediami. Gdy Jan Widacki wyjeżdżał z Krakowa do prokuratury w Białymstoku, pod domem czekali na niego dziennikarze wszystkich stacji telewizyjnych i centralnych gazet. Prokuratura zrobiła wiele, aby nagłośnić w mediach, że tak kategoryczny w krytykowaniu PiS-owskich rządów profesor zasiądzie na ławie oskarżonych. Dziennikarze od razu dostali zgodę na podawanie w pełnym brzmieniu nazwiska oskarżonego, fotografowanie go.
– Dla ówcześnie rządzących – wyjaśniał Jan Widacki z ławy oskarżonych – szukających egzemplifikacji dla swojej obłędnej, urojonej idei układu wydałem się celem idealnym. Miałem kontakty z Aleksandrem Kwaśniewskim, byłem członkiem rady programowej Fundacji Semper Polonia i z tej racji nieraz zapraszano mnie do Pałacu Prezydenckiego. Po podkoloryzowaniu tych kontaktów mogłem być uważany za człowieka Kwaśniewskiego.
Nadto – mec. Widacki był adwokatem Jana Kulczyka w sprawie o naruszenie dóbr osobistych przeciwko Wassermannowi. I pełnomocnikiem tego biznesmena w sprawie karnej o nakłanianie Kulczyka do fałszywych zeznań przez Giertycha. Wreszcie – był obrońcą, co prawda tylko w apelacji, gangstera Mirosława D., ps. „Malizna”, sądzonego w sprawie o zabójstwo „Pershinga”.
– Pasowałem idealnie do wykazania, że ten urojony układ polityczno-biznesowo-gangsterski i ja w nim faktycznie istnieje – podsumował przed sądem oskarżony adwokat.

Wiadomość spod celi

Wyniesieniem z więzienia grypsu (kolejny zarzut z akt) obciążył Widackiego oskarżony o zabójstwo Łukasz Zyzda, który w zamian za permanentną współpracę z prokuraturą dostał bardzo łagodny wyrok.
Miało być tak: oskarżony o podwójne morderstwo Krzysztof Filas, ps. „Bandzior”, dał w krakowskim areszcie Widackiemu jako swemu adwokatowi gryps do żony. Było w nim polecenie, aby skontaktowała się z Łukaszem Zyzdą, a ten, żeby „ustawił” niejakiego P. do zeznania, że rozszerzył menu zasięgu w telefonie komórkowym Filasa. Potwierdzenie tej przeróbki było dość istotne dla uwiarygodnienia wyjaśnień oskarżonego. (Jeśli korzystał ze zmodyfikowanego telefonu, nie mógł być w miejscu zbrodni).
Informację o grypsie przekazał śledczym więzień Krzysztof Ł. cieszący się statusem świadka koronnego, z którym Widacki od dawna toczył boje na salach sądowych, podważając wiarygodność jego zeznań. Oto opinia mecenasa o tym więźniu: „W Małopolsce jest to dyżurny świadek koronny, który w areszcie „dowiaduje się” różnych rzeczy o osadzonych i zawsze ma cenne informacje dla prokuratury oraz CBŚ”.
Z zeznania Krzysztofa Ł. złożonego przed prokuratorem w zakładzie karnym w Pińczowie w 2006 r.: – Jestem uczestnikiem grupy Al Capone (słynna, rozbita już banda gangsterów morderców na Podhalu – red.). W tej sprawie „Bandzior” był w 2003 r. oskarżony o podwójne zabójstwo dwóch chłopaków z konkurencyjnej grupy. Zarzut przedstawiono mu w oparciu o moje wyjaśnienia w śledztwie. Filas wziął na obrońcę Widackiego. Na rozprawie mecenas złożył wniosek o przesłuchanie Łukasza Zyzdy, zatrzymanego za handel narkotykami i rozbój. Zyzda zeznał, że znalazł dla Filasa specjalistę od poszerzania w telefonie komórkowym Idei pola zasięgu. Ta linia obrony była absurdalna. Ale P. – sprzedawca Idei – potwierdził w sądzie wykonanie usługi.
Świadek koronny Krzysztof Ł. opowiedział prokuratorowi, jak to jego zdaniem naprawdę było ze sprzedawcą:
– Łukasz Zyzda siedział w celi obok mojej. Interesowałem się, co u niego, bo zawsze dobrze zeznawał w naszych sprawach w sądzie i był pod skrzydłami grupy Al Capone. Kiedyś przez dziurę w ścianie rozgadał się, że instrukcję w sprawie tego sprzedawcy komórek dostał od żony Filasa, której gryps od aresztanta przywiózł Widacki. Sam widział w Kasinie Wielkiej przed domem Filasa samochód mecenasa. Gryps został potem spalony przez Widackiego. Ale Filasowi to nie pomogło. I tak dostał dożywocie.
Zyzda potwierdził słowa Krzysztofa Ł. przed organami ścigania. Przyznał się, że specjalistę od telefonii „trochę postraszył” użyciem przemocy fizycznej, gdyby chciał odmówić.
Mecenas zaprzeczył, aby przenosił jakikolwiek gryps. Zarzut uznał za absurdalny. Choćby z tego względu, że oskarżony ma prawo do osobistego kontaktu z obrońcą w cztery oczy i nie musiałby ważnej informacji w swojej obronie pisać potajemnie. Jest prawdą, że był w domu pani F. w Kasinie Wielkiej. Po rozprawie sądowej w Nowym Sączu jechał w tamtą stronę, a ponieważ była bez samochodu, skorzystała z okazji. Przy okazji zabrał antenę do owego przerobionego telefonu komórkowego, aby okazać na rozprawie.
– Ze sprzedawcą P. – zeznał adwokat – było zupełnie inaczej. To ja go znalazłem, zapytałem, czy pamięta taką przeróbkę w telefonie i czy zezna prawdę. On się zgodził.
Zdaniem prof. Widackiego, obciążający go w kwestii wyniesienia z więzienia grypsu Łukasz Zyzda kłamał, gdyż „był rozmiękczony przez prokuratora”. A na ławę oskarżonych trafił po śledztwie nieuczciwym, tendencyjnym.
Zyzda bowiem, składając zeznania w sprawie Widackiego, był w sytuacji dość szczególnej. Oskarżony o usiłowanie zabójstwa skorzystał z dobrodziejstwa art. 60 par. 3 (współpraca z organami ścigania), w związku z czym wymierzono mu bardzo niską karę. Po uprawomocnieniu się wyroku Zyzda odwołał wcześniejsze wyjaśnienia. Wtedy prokurator wystąpił do Sądu Najwyższego z wnioskiem o wznowienie zakończonego postępowania. Przed rozprawą w Sądzie Najwyższym Łukasz Zyzda był intensywnie przesłuchiwany w sprawie Widackiego – prokurator z Białegostoku dwa dni czekała, aż sobie przypomni, jak to było z grypsem od Krzysztofa Filasa. I przypomniał sobie, tak jak oczekiwała prokuratura.

Kto kogo nakłaniał?

Kolejny zarzut postawiony Janowi Widackiemu wiąże się z przesłuchaniami w komisji śledczej do zbadania zarzutów nieprawidłowości w nadzorze przedstawicieli skarbu państwa w spółce Orlen oraz wykorzystywania służb specjalnych w wywieraniu presji na członków zarządu Orlenu.
Konkretnie chodziło o nakłanianie w 2005 r. Marka Dochnala do powstrzymania się przed komisją śledczą od zeznań o Janie Kulczyku – kliencie profesora, jednym ze świadków w toczącym się na Wiejskiej postępowaniu. Zdaniem prokuratora, mec. Widacki sterował zeznaniami lobbysty za pośrednictwem jego adwokata Ryszarda Kucińskiego.
Jan Widacki bronił się w sądzie, że jest to zarzut nielogiczny. Marek Dochnal, gdy stanął przed komisją śledczą, miał status podejrzanego w sprawie karnej. Miał prawo z tego tytułu odmówić składania zeznań. Gdyby nawet ktoś go uprzedził, aby nie odpowiadał na pytania, nie byłoby to nakłanianie do fałszywych zeznań.
– Ale to jest rozumowanie ad abstractum – wyjaśniał profesor – bo ja nie udzielałem Dochnalowi żadnych rad, niczego nie sugerowałem jego obrońcy. Z mec. Kucińskim rozmawiałem przez chwilę 1 kwietnia 2005 r. przy okazji spotkania w sądzie w Katowicach, gdzie występowaliśmy w procesie spółki węglowej. Tego dnia w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł z bardzo szczegółowymi informacjami ze śledztwa w sprawie Dochnala. Wymienialiśmy opinie głównie o tej publikacji.
Mec. Kuciński pytany przez dziennikarzy, jak to było, zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Natomiast drugi pełnomocnik Marka Dochnala, Piotr Kruszyński, najpierw powiedział w TVN, że wie tylko o samym fakcie rozmowy w Katowicach, natomiast nie ma wiedzy, czego dotyczyła, a pół godziny później, gdy występował w „Wiadomościach” TVP, była już mu znana jej treść.
– Od Dochnala wiem – oświadczył – że Kuciński powtórzył mu swą rozmowę z Widackim. Zatem gdy pod koniec przesłuchania w komisji poseł Wassermann zapytał mojego klienta, czy ktoś próbował go namawiać do zmiany zeznań, on potwierdził, że jego adwokat przekazał mu sugestię Widackiego.
Prof. Widacki przed sądem: – Nie wiem, jaką rolę odgrywał w tym mec. Kuciński, skoro zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Ja początkowo rozumiałem to tak: on jest w niezręcznej sytuacji, bo Dochnal coś nakłamał przed komisją i teraz adwokat ujawniając prawdę, będzie szkodził swemu klientowi. Mimo to poprosiłem Ryszarda Kucińskiego o wysłanie do sejmowej komisji śledczej oświadczenia, oddającego prawdziwą treść naszej rozmowy w Katowicach. On rzeczywiście opisał, jak było, ale… świadomie nie wysłał na Wiejską.
Profesor przypuszcza, że ówczesny pełnomocnik Dochnala zupełnie inną wersję przedstawił rodzinie przetrzymywanego w areszcie lobbysty. Tak by wynikało z programu TVN „Teraz my”, w którym Marek Dochnal pytany o adwokata dał do zrozumienia, że rezygnuje z jego usług, bo według jego wiedzy Kuciński jest agentem ABW.
Jak wynika z akt sprawy, ówcześni obrońcy Dochnala próbowali go wyciągnąć z aresztu za pomocą komisji śledczej. Ceną miały być zeznania obciążające Widackiego. A więc adwokaci Kuciński i Kruszyński musieli mieć jakiś nieformalny kontakt z komisją do spraw Orlenu.

Będzie konfrontacja

Ten proces od początku jest naznaczony nieoczekiwanymi punktami zwrotnymi.
Zaczęło się od druzgocącej oceny aktu oskarżenia przez sędzię Barbarę Piwnik, która uznała, że prokuratura powinna uzupełnić istotne luki powstałe w czasie śledztwa. A mianowicie:
-Trzeba ustalić charakter kontaktów Sławomira R. z funkcjonariuszami zarządu CBŚ w Białymstoku oraz tamtejszymi prokuratorami. Funkcjonariuszy należy przesłuchać zwłaszcza na okoliczność, czy R. bezpośrednio po odwiedzeniu go w areszcie przez Jana Widackiego informował któregoś z policjantów o przebiegu tej wizyty. Wyłania się konieczność przesłuchania prokuratora Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, w celu wyjaśnienia jego kontaktów pozaprocesowych z R. Ma to istotne znaczenie dla właściwiej oceny zeznań R – ważnego świadka oskarżenia.
-Dla potrzeb sprawy trzeba ustalić, czy i jakim telewizorem dysponował R. w pierwszej połowie 2005 r. – czy mógł w tym czasie oglądać transmisję przesłuchań Dochnala przez komisję śledczą. R. mówił w śledztwie, że inspiracją do napisania listu do Wassermanna była ta transmisja – a wiadomo skądinąd, że była ona utajniona.
Jeżeli faktycznie R. napisał 25 kwietnia 2005 r. list do Zbigniewa Wassermanna (a dotychczasowe ustalenia śledztwa nie wykazały, jak list ten dotarł na Wiejską), należy ustalić, z kim i w jakim celu więzień kontaktował się telefonicznie nazajutrz. I w jakich okolicznościach jego list trafił do sekretariatu komisji śledczej.
-Konieczna jest analiza kontaktów telefonicznych świadka koronnego Piotra W. w czasie, gdy był w areszcie śledczym w Białymstoku.
-Należy wyjaśnić przyczyny kilkakrotnego kontaktu z osadzonym w areszcie R. Natalii Ołowskiej-Zalewskiej, która nie była pełnomocnikiem R. Nie sposób zasadnie twierdzić, że spotkania w celi to „element wypełniania funkcji obrońcy M. Dochnala”. Nie bez znaczenia w tej sprawie jest opinia Gołki – funkcjonariusza CBŚ, który przedstawia panią adwokat jako „powiązaną partyjnie z posłem Wassermannem”.
-Ze względu na sprzeczność zeznań Zbigniewa Wassermanna, Piotra Kruszyńskiego, Doroty Kani, Aleksandry Dochnal i jej matki Barbary Pietrzyk niezbędne jest dokonanie konfrontacji.
Sąd nie zdążył się zabrać do uzupełniania materiału dowodowego, gdy zaczęła się przerywać linia oskarżenia.
Już na pierwszej rozprawie odwołał swe wyjaśnienia ze śledztwa oskarżony Łukasz Zyzda. Po trzech miesiącach odwołał wszystkie swoje zeznania przed prokuratorem świadek Sławomir R. O tym w drugim odcinku.

Wydanie: 39/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy