Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

To jest w ogóle dziwna i podejrzana historia. Parę tygodni temu do Algieru przyjechał kurier z pocztą dyplomatyczną. A także z pieniędzmi, około 100 tys. dol. Kurier przyleciał wieczorem, więc liczenie pieniędzy przełożono na dzień następny. Paczka z gotówką trafiła do sejfu, gdzie miała czekać do poranka.
Następnego dnia rano ambasador, kurier oraz szef ochrony ambasady otworzyli sejf, otworzyli paczkę z dolarami i okazało się, że jest pusta. Nie było w niej żadnych pieniędzy.
Panowie zaczęli nerwowo się zastanawiać, gdzie zniknęły. A mogły zniknąć w trzech miejscach – w momencie pakowania w Warszawie, w podróży albo w samej ambasadzie.
To trzecie rozwiązanie zdecydowanie wykluczył ambasador Janusz Mrowiec. Przesyłka z Warszawy była przez całą noc w sejfie, do którego nikt nie zaglądał – deklarował. Poparł go szef ochrony.
Winą obarczono zatem kurierów, to wobec nich postanowiono wyciągnąć konsekwencje służbowe.
I na tym sprawa pewnie by się skończyła, gdyby nie korytarzowe spekulacje. Otóż poszły one w dwóch kierunkach. Po pierwsze, niektórzy zaczęli twierdzić, że podobne wydarzenie w historii Mrowca miało już miejsce, kiedy kierował on placówką w Senegalu. Wówczas także zginęły pieniądze, a Mrowca bronił ten sam szef ochrony, który bronił go w Algierze. Po prostu jadąc na placówkę w Algierii, ambasador wziął ze sobą człowieka, z którym pracował w Dakarze. Tym łatwiej mu to przyszło, że u jego żony zdawał egzamin z francuskiego.
Natychmiast też przypomniano, że z tym francuskim to Mrowiec miał olbrzymie kłopoty. Mimo że prawie siedem lat był w Senegalu, w zasadzie nie nauczył się języka i do kanonu MSZ-etowskich anegdot przeszła opowieść, jak podczas jednej z ważnych imprez, na których obowiązywał język Moliera, przemawiał bezokolicznikami. A inni oficjele naszej dyplomacji chowali się pod stoły… Coś w tym musiało być, bo Mrowiec oblał pierwszy egzamin w MSZ dla wyjeżdżających na placówkę, właśnie z francuskiego, i potem musiał ratować się poprawką.
Taki więc był pierwszy kierunek spekulacji – nieprzychylny ambasadorowi.
Inni próbowali go bronić. Mrowiec w zasadzie nigdy nie był pracownikiem MSZ. Najpierw, wprost z kancelarii prezydenta Jaruzelskiego (gdzie był protegowanym Józefa Czyrka), wyjechał do Dakaru, tam przeżył zapomniany. A potem, przed wyborami 2001 r., pojawił się w SLD-owskich sztabach jako fachowiec od dyplomacji i autor reformy MSZ. Potem był dyrektorem sekretariatu ministra Cimoszewicza. Przez kilka miesięcy, bo ten szybko podziękował mu za współpracę, zastępując zawodowym dyplomatą. Żeby wszystko dobrze wyglądało, wysłano Mrowca do Algierii, gdzie, stosownie do skromnych możliwości placówki, swoje robił. I teraz – przypominali jego obrońcy – niektórzy chcą się na nim odegrać, rozpowszechniając złe plotki.
To jest zagadka dla MSZ-etowskiego ludu: jak było naprawdę? No i kto, przy tej okazji, w co gra i dlaczego. Ludzie siedzą i główkują. Bo dyplomacja to miejsce dla ludzi inteligentnych.

Wydanie: 20/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy