Na śmieciach też można coś zbudować

Na śmieciach też można coś zbudować

Plastik uznawany za truciznę naszej planety dla wielu jest jedyną szansą na przeżycie

Kto produkuje najwięcej plastikowych odpadów? Ubiegłoroczne badania składu Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci, przeprowadzone przez naukowców z amerykańskiego Uniwersytetu Cedarville we współpracy z fundacją Ocean Cleanup, wskazały sześć państw, którym przypisano najwięcej pływających śmieci możliwych do zidentyfikowania pod względem pochodzenia. Wszystkie sześć to kraje azjatyckie. Od giganta przemysłowego, czyli Chiny, przez dużo mniejsze Sri Lankę i Wietnam, po tradycyjne raje turystyczne: Tajlandię, Filipiny i Indonezję. Inne badanie, zlecone przez fundację Ocean Conservancy zrzeszającą ekologów i filantropów, pokazuje azjatycką przewagę w śmieceniu w sposób jeszcze bardziej działający na wyobraźnię. Mianowicie do mórz i oceanów na całej planecie codziennie trafia 8 mln ton plastikowych śmieci. Połowa pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej.

W tej części świata plastik jest wszechobecny. Nie tylko najwięcej się go produkuje, ale też zużywa. A co prawdopodobnie dla środowiska naturalnego najgorsze, importuje najwięcej śmieci do przetworzenia. Długo liderem w tym niechlubnym rankingu były Chiny, które przez 25 lat z rzędu utrzymywały pozycję światowego króla plastikowych śmieci. Odpady importowane stanowiły odpowiednik 12% rocznej krajowej produkcji śmieci w Państwie Środka. W liczbach bezwzględnych przekładało się to na ok. 10 mln dodatkowych ton plastiku, z którymi coś trzeba było zrobić. Jak donosi ONZ, aż trzy czwarte wszystkich plastikowych odpadów w Azji jest wtórnie przetwarzanych niezgodnie z przeznaczeniem albo wcale. Trafiają do rzek lub prosto do oceanów bądź są nielegalnie spalane. Albo wchodzą do codziennego obiegu. I to w tym miejscu stają się dla milionów ludzi podstawowym źródłem utrzymania i szansą na przeżycie.

Jednym z miejsc, w których najwięcej ludzi zarabia na życie, zbierając plastikowe odpady, jest Sri Lanka. Na tej niewielkiej wyspie na Oceanie Indyjskim funkcjonują setki, może tysiące małych, często rodzinnych firm zajmujących się utylizacją odpadów. Co bogatsi przedsiębiorcy dorobili się już floty miniśmieciarek i zatrudniają wielu zręcznych zbieraczy. Ci, których na własną firmę nie stać, najczęściej znajdują pracę w tej drugiej roli. Godzinami chodzą wzdłuż głównych dróg, po popularnych plażach, w okolicach ekskluzywnych ośrodków wypoczynkowych i największych atrakcji turystycznych, zbierając pozostawione przez przybyszów z Zachodu butelki, opakowania czy plastikowe słomki do napojów. Za kilogram takich odpadów mogą dostać ok. 20 rupii lankijskich, czyli
40 gr w przeliczeniu na naszą walutę. Jeszcze kilka lat temu ich wynagrodzenie było nawet dwa razy wyższe, ale rosnące ceny paliwa potrzebnego do zasilania samochodów i coraz większe trudności z przemysłową utylizacją odpadów sprawiły, że opłacalność ich zajęcia spadła.

Nie znaczy to jednak, że nie mają czego zbierać. Na początku stycznia ub.r. wszedł bowiem w życie wprowadzony przez chińskie władze zakaz importu odpadów składających się z czystego plastiku w mniej niż 99%. Spowodowało to zaburzenie układu sił w światowej gospodarce recyklingowej. Śmieci, które do tej pory trafiały do Chin, zaczęły zalewać inne kraje regionu. Masa samych odpadów eksportowanych przez Stany Zjednoczone do Tajlandii wzrosła w 2018 r. o 2000% w porównaniu z rokiem poprzednim. Podobnie wyglądają statystyki dotyczące pozostałych państw Azji Południowo-Wschodniej, przyjmujących plastikowe śmieci z całego świata na skalę wręcz masową. Do odpadów pozostawianych przez turystów doszły teraz te, których nikt inny na świecie już nie chce.

Naukowcy Sadira Sittampalam i Ian Lockwood prowadzący badania wśród zbieraczy plastiku na Sri Lance nie mają wątpliwości, że nadmiar odpadów doprowadzi do katastrofy nie tylko ekologicznej, ale i społeczno-ekonomicznej w całej Azji Południowo-Wschodniej. Opisali oni działalność firmy Viridis zarabiającej na zbieraniu i sortowaniu plastiku. Co prawda, jej historia należy do bardziej udanych – rodzina prowadząca Viridis ma do dyspozycji dziewięć samochodów i zatrudnia kilkudziesięciu zbieraczy – jednak przyszłość tej firmy może być zagrożona. Coraz więcej odpadów na wyspie z jednej strony gwarantuje stały napływ surowca, z drugiej wymusza zmianę modelu funkcjonowania. Importowane śmieci zawierają bowiem najczęściej plastik dużo gorszej jakości, zanieczyszczony, nawet w jakimś stopniu już przetworzony. Na takich odpadach najtrudniej zarobić, bo do ich recyklingu potrzeba bardziej zaawansowanej technologii i większego parku maszyn. A tego na Sri Lance brakuje. W konsekwencji coraz więcej właścicieli punktów skupu plastiku czy firm recyklingowych zaczyna różnicować ceny surowca. To z kolei wprowadza konkurencję między samymi zbieraczami, rywalizującymi o „czystsze” śmieci.

Choć brakuje ścisłych danych na temat zbieractwa plastiku, Bank Światowy szacuje, że w ten sposób może się utrzymywać od 100 mln do nawet ćwierć miliarda osób na całym świecie. Statystyka ta obejmuje nie tylko indywidualnych zbieraczy, ale i osoby zatrudniane przez takie spółki jak Viridis lub ręcznie sortujące odpady na ogromnych, przemysłowych wysypiskach. To niemal zawsze ludzie skrajnie ubodzy, często dzieci. Zbieranie śmieci jest też w wielu przypadkach zajęciem rodzinnym – plastik do skupów noszą całe pokolenia.

W wielu miejscach Azji, przede wszystkim na subkontynencie indyjskim, coraz więcej osób szuka zarobku przy zbieraniu i utylizacji odpadów, bo zmiany klimatyczne uniemożliwiają im pracę w rolnictwie czy hodowli. Pogarszająca się jakość gleb, nieregularne i dużo dotkliwsze niż dawniej pory suche i deszczowe oraz cofanie się wybrzeży powodują, że o zysk z upraw coraz trudniej. Śmieci natomiast przybywa z każdym dniem.

Przerzucenie odpowiedzialności za utylizację odpadów na kraje biedniejsze i coraz większa liczba osób utrzymujących się ze zbieractwa oraz półlegalnego przetwarzania śmieci to oczywiście nie tylko problem Azji. Zanim plastik trafi na Wschód w ramach eksportu, musi zostać pozbierany i posortowany w kraju eksportującym. Wbrew pozorom nawet w Europie proces ten nie wszędzie przebiega w profesjonalnych sortowniach. Czarnym punktem na mapie jest Kosowo. Według danych Bałkańskiej Sieci Dziennikarstwa Śledczego właśnie przesortowane odpady, wysyłane najczęściej na Wschód, są największym dobrem eksportowym małego bałkańskiego kraju. Handel śmieciami przynosi zysk rzędu 40 mln euro rocznie.

Większość pracujących w tym przemyśle robi to jednak na czarno, samodzielnie lub z rodzinami przeczesując największe wysypiska i składowiska. Wśród nich jest 12-letnia Resmije, której historię opisał portal Balkan Insight. Dziewczynka z dumą opowiedziała reporterom, że w dobrym dniu jest w stanie zarobić nawet 6-7 euro. Najważniejszy jest dla niej czysty plastik, ale również papier lub nylonowe rajstopy. Za te odpady dostanie najwięcej w punktach skupu, które w Kosowie znajdują się niemal na każdym osiedlu. Stamtąd odpady trafiają albo do kolejnego pośrednika, albo do większych firm czy międzynarodowych korporacji, odpowiedzialnych za przesłanie ich do Azji. Tu też jednak daje się odczuć skutki chińskiego zakazu importu. Przerzucenie się na inne kraje oznaczało wyrobienie nowych kontaktów i znalezienie nowych odbiorców. Zanim tutejsze firmy zbudowały nową sieć partnerów, minęło trochę czasu, a Resmije i podobni jej zbieracze musieli na chwilę zapomnieć o kilku euro codziennej wypłaty.

Z drugiej strony są miejsca, gdzie zbieranie plastiku staje się zalążkiem pozytywnej rewolucji. Tak dzieje się chociażby na Haiti. Ten zdecydowanie najuboższy kraj na półkuli zachodniej ma ogromne problemy nie tylko z odpadami, ale także z dostępem do wody pitnej (ma go zaledwie 25% populacji). Zmianę w podejściu miejscowych do śmieci próbuje wprowadzić firma Plastic Bank, oferująca za odpady nie gotówkę, lecz usługi. Przynieś nam odpowiednio dużo butelek i opakowań, a ogrzejemy ci dom. Wyślemy dziecko do szkoły lub wydamy ci olej do gotowania i podstawowe produkty spożywcze. Tak w skrócie wygląda społecznie odpowiedzialny model wymiany, który na Haiti zdaje się działać coraz lepiej. Przy wsparciu międzynarodowych koncernów, m.in. technologicznego Della, Plastic Bankowi udało się zorganizować już 30 punktów przetwarzania odpadów, w których zatrudnienie znalazło 350 osób. Jak widać, na śmieciach też można coś zbudować.

Fot. Sipa/East News

Wydanie: 12/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy