Śmierć niemieckiego krezusa

Śmierć niemieckiego krezusa

Pognębieni kryzysem przedsiębiorcy i inwestorzy popełniają samobójstwa

Był jednym z najbogatszych ludzi świata. Magazyn „Forbes” ocenił jego osobisty majątek na ponad 9 mld dol. Na liście największych krezusów Niemiec zajmował piąte miejsce. Nawet gdyby jego holding VEM został podzielony, czego domagały się banki, miliarder ze Szwabii i tak mógłby żyć w luksusie do końca swoich dni.
A jednak 74-letni Adolf Merckle, ojciec czworga dorosłych dzieci, nie chciał już żyć. 5 stycznia około godziny 17 powiedział najbliższym, że wybiera się jeszcze do biura i wyszedł ze swej skromnej willi w Blaubeuren (Badenia-Wirtembergia). Kiedy nie wracał, rodzina przeszukała jego gabinet. Znaleziono list pożegnalny, w którym przedsiębiorca przepraszał tylko, że zdecydował się umrzeć, przyczyny nie wyjaśnił. Zaalarmowana policja i służba kolejowa rozpoczęły akcję poszukiwawczą. Około godziny 19.30 przy torach, w odległości kilkuset metrów od willi, znaleziono zmasakrowane ciało. Adolf Merckle w 15-stopniowym mrozie położył się na torach i czekał na nadjeżdżający pociąg. Ta śmierć wstrząsnęła Niemcami. Dyrektor holdingu VEM stał się najsłynniejszą ofiarą kryzysu nie tylko w Republice Federalnej.
Merckle w 1967 r. odziedziczył małą rodzinną firmę Drogen und Chemikalien en gros, zatrudniającą 80 pracowników. Dzięki pracowitości, talentowi do interesów, a także, jak mówią niektórzy, bezpardonowym metodom działania

zbudował imperium

gospodarcze, składające się ze 120 firm, które zatrudniają 100 tys. ludzi i osiągają roczne obroty w wysokości 30 mld euro. Klejnotem holdingu stał się koncern Ratiopharm, jeden z największych światowych producentów lekarstw generycznych, oraz firma Phoenix, zajmująca się dystrybucją leków. Do grupy gospodarczej należało też przedsiębiorstwo HeidelbergCement, jeden z czołowych producentów cementu w skali globalnej, kolejka górska w Kleinwalsertal oraz wiele innych firm.
Merckle pozował na skromnego przedsiębiorcę starej daty. Hojnie sponsorował badania nad białaczką. Nie lubił jachtów ani luksusowych aut, często przyjeżdżał do pracy rowerem. Pociągiem podróżował zawsze drugą klasą i tego samego wymagał od swych pracowników. Jedyną jego rozrywką były wędrówki po górach.
Niektórzy uważali jednak, że Merckle, mimo wszelkich pozorów skromności, rządził holdingiem jak tyran, bez skrupułów zwalniał członków zarządu swych firm, którzy mu się sprzeciwiali. Były dyrektor Ratiopharmu Heinrich Zinken na łamach magazynu „Manager” określił dawnego szefa jako człowieka „chciwego, zazdrosnego i pielęgnującego urazy”.
Dopóki jednak Merckle osiągał sukcesy, media chwaliły go jako tego, który tworzy miejsca pracy. Bankierzy

oferowali korzystne kredyty.

Politycy zapewniali o swej przyjaźni. Z rąk premiera Badenii-Wirtembergii, Günthera Oettingera, Adolf Merckle otrzymał w 2005 r. Federalny Krzyż Zasługi.
Nadszedł jednak kryzys, który wstrząsnął imperium miliardera z Blaubeuren. Na domiar złego Merckle sam spowodował swój upadek, usiłował bowiem pomnożyć swój majątek, spekulując na giełdzie. W listopadzie ub.r. stawiał na spadek akcji koncernu Volkswagen. Firmę tę usiłował przejąć inny samochodowy gigant – Porsche. Szef grupy VEM sprzedawał pożyczone akcje Volkswagena, licząc, że odkupi je później po niższej cenie, a różnica będzie jego zyskiem. Spekulował też na wzrost niemieckiego indeksu giełdowego Dax. Niestety, kiedy okazało się, że Porsche zdobył większy pakiet akcji VW, niż zakładano, kursy akcji Volkswagena wystrzeliły w górę, za to Dax załamał się. W imperium gospodarczym Mercklego pojawiła się luka finansowa, oceniana na 600 mln euro.
Ogarnięci paniką szefowie 30 banków kredytujących VEM zakręcili kurek z pieniędzmi, domagając się natychmiastowej spłaty, zażądali też podziału holdingu, a zwłaszcza sprzedaży Ratiopharmu. Upadający krezus usiłował wyjednać gwarancję finansową od rządu Badenii-Wirtembergii, jednak premier Oettinger nie tylko odmówił, ale także publicznie napiętnował Mercklego jako giełdowego spekulanta, który bezwstydnie usiłuje wyłudzić państwowe wsparcie. Magazyn „Manager” nazwał go „Ojcem chrzestnym z Blaubeuren”. Tonącego miliardera zaczęli też opuszczać najbliżsi. Syn przedsiębiorcy, Daniel Philipp, oświadczył, że jego majątek należy uważać za „całkowicie oddzielony” od majątku ojca. Sędziwy magnat gospodarczy czuł się zdruzgotany. Zamiast walczyć,

wybrał śmierć na torach.

Po tragicznym końcu Adolfa Mercklego powiadomiono, że jego holding wprawdzie przetrwa, ale bez flagowego okrętu Ratiopharm, który zostanie sprzedany.
Miliarder ze Szwabii nie jest jedynym, który na skutek kryzysu gospodarczego targnął się na swe życie. Wśród przedsiębiorców, maklerów i inwestorów nastąpiła seria samobójstw. We wrześniu 2008 r. pod pociąg w Londynie rzucił się 47-letni Kirk Stephenson, dyrektor prywatnej firmy Olivant, która poniosła znaczne straty finansowe. W listopadzie brazylijski makler, Paulo Silva, strzelił do siebie w gmachu giełdy.
Tego samego dnia co Merckle zginął z własnej ręki 52-letni Steven L. Good, dyrektor Sheldon Good & Co., jednej z najpoważniejszych w USA firm wystawiających nieruchomości na aukcję. W dobrych czasach Good napisał wspomnieniową książkę „Kościoły, więzienia i kopalnie złota. Megatransakcje ryzykanta w handlu nieruchomościami”. Strona internetowa firmy przedstawiała dyrektora jako tego, który sprzedał w swej karierze ponad 45 tys. nieruchomości, a wartość tych transakcji opiewała na ponad 10 mld dol. W grudniu 2008 r. Good przyznał wszakże w firmowym komunikacie, że warunki na rynku stanowią coraz większe wyzwanie. 5 stycznia pojechał do rezerwatu leśnego pod Chicago i zastrzelił się w swoim luksusowym jaguarze.
W grudniu ub.r. tragiczną śmiercią zginął potomek świetnej francuskiej arystokracji, 65-letni René-Thierry Magon de la Villehuchet z firmy inwestycyjnej Access International Advisors, jeden z najbardziej znanych Francuzów w świecie nowojorskiej finansjery. Czuł się winny, ponieważ ulokował 1,4 mld dol. swych klientów w funduszu superoszusta z Wall Street, Bernarda Madoffa. Pieniądze te przepadły bezpowrotnie. De la Villehuchet zamknął się w biurze, zażył silną dawkę środków nasennych i nożem do przecinania papieru otworzył sobie żyły.
Specjaliści obawiają się, że takich tragicznych zgonów będzie więcej. „Ludzie popełniają samobójstwa, jeśli bogactwo i władza są kluczowym elementem ich osobowości i mają niewiele innych psychologicznych punktów oparcia”, wyjaśnia Vatsal Thakkar, psychiatra z New York University.

Wydanie: 2/2009

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy