Sonda wyżej nie poleci

Sonda wyżej nie poleci

Nie wiem, jak było. Czy Rożek sam przyszedł do telewizji, kiedy się dowiedział, że będzie zmiana, czy Kurski, już z teczki, w której wieziono go na Woronicza, wydał zarządzenie, żeby mu tam zaraz doprowadzić dr. Tomka. Najpewniej zaś było tak, że propozycja powierzenia autorstwa programu Tomaszowi Rożkowi już od dawna wylegiwała się w jakiejś dyrektorskiej szufladzie i może nawet nazywała się „Sonda 2”, ale jakoś nikt do tej pory nie poczuł do niej mięty.

Za taką wersją zdarzeń przemawiają liczne doświadczenia, jakie dr R. miał za sobą, zanim pokazał się widzom Dwójki. Był utytułowanym nauczycielem akademickim, nagradzanym za popularyzowanie nauki w prasie („Gość Niedzielny”), radiu (Radio eM, Trójka) i telewizji (TVN). Pomysł autorskiego programu w telewizji publicznej i zajęcia pustego miejsca po Zdzisławie Kamińskim i Andrzeju Kurku, wybitnych dziennikarzach i osobowościach telewizyjnych, autorach i prezenterach „Sondy” w latach 70., mógł i musiał się urodzić w mądrej głowie ambitnego człowieka.

Najpewniej Kurski po przeczytaniu dokumentu doznał olśnienia i postanowił działać na dwie strony: zwalniać ludzi, a dla równowagi przywracać stare tytuły. Zaraz po „Sondzie”, która odpaliła, miał odpalić „Wielką grę”, ale to przedsięwzięcie przerosło go intelektualnie i menedżersko. Za to z powodzeniem zakręcił unieruchomionym od lat „Kołem fortuny” i dla równowagi programowej między Jedynką a Dwójką zakupił „The Wall. Wygraj marzenia”, format – podobnie jak „Koło” – antycypujący poziom umysłowy nowej podstawy programowej mgr Zalewskiej.

Ruleta, a nie „Sonda” jest dzisiaj znakiem firmowym Woronicza, byłej telewizji publicznej.

To czysty przypadek, że ekipie Kurskiego wpadł w ręce Rożek. „Sonda 2” krąży, ale to, co się z nią dzieje, wystawia nadawcy publicznemu świadectwo ociężałego repetenta. Minął sezon, a program pozostał w tej samej klasie, co oznacza, że znalazł się na beznadziejnej orbicie. Wypchnięto redaktora Rożka na środek, przed kamerę, i powiedziano: bujaj się sam, doktorku. Prezenter i autor w jednej osobie, owszem, sam się uratował, wymyślił parę inteligentnych sztuczek, żeby nie upaść na glebę. Ale to jest czysty surviving, szkoła przetrwania telewizyjnego. Konserwa i rutyna. Oświatówka z drugiej połowy lat 60. z dodatkiem koloru i kilku wynalazków technologii zapisu cyfrowego, myślowo uwięziona w formie radiowej albo gazetowej rubryki „Czy wiecie, że…”.

Co umie Tomasz Rożek, to widać i słychać, chociaż w radiu słychać więcej. Rano w Trójce jest dowcipniejszy, swoboda uwalnia jego ekspresję, o wiele ciekawszą niż w telewizji. Wieczorem w „Klubie Trójki” też umie się lepiej nastroić, a przede wszystkim podnieść wyżej telewizyjny horyzont, co chciałbym, żeby zabrzmiało nie tyle dwuznacznie, ile dubeltowo, bo horyzont w studiu to jest taka przesuwana kotara od podłogi po sufit, więc chodzi mi o ten pierwszy, szmaciany horyzont, i ten drugi, który pozostaje poza granicą wzroku, ale znajduje się w zasięgu poszukującej myśli.

Słuchałem w ostatni wtorek trójkowej rozmowy Tomasza Rożka o epigenetyce z dwiema uczonymi paniami, prof. Ewą Bartnik i dr Lien Brzeźniak. I wyłączyłem… telewizor, w którym Borussia grała z Realem Madryt. W radiu zrobiło się ciekawiej. Taką radiową narrację można przełożyć na telewizyjną, tyle że wymaga to trochę zachodu.

„Sonda” nie poleci wyżej bez reżysera z wyobraźnią telewizyjną, bez kreatora widowiska telewizyjnego, bez fachowca od dramaturgii programu i bez opieki coacha, który nauczy prezentera różnych zachowań i technik interpretowania tekstu, bez zespołu, który gruntownie zreformuje format, pozwalając gwieździe prawdziwie zabłysnąć. Osamotniony Rożek nie ugra już nic więcej, tak jak sam Ronaldo nie wygra meczu.

Zamiast pomóc człowiekowi, Kurski ubrał go właśnie w reklamę Lotosu. Geszeft kwitnie, Rożek pikuje. Niżej leży już tylko Kammel na uroczej podłodze szwajcarskiej.

Wydanie: 40/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy