Spóźniony budżet

Spóźniony budżet

LEWY DO PRAWEGO 

Rząd Jerzego Buzka o cały miesiąc opóźnił się z przekazaniem budżetu, motywując to kilkoma powodami, między innymi zmieniającą się sytuacją w gospodarce i finansach publicznych. Miałki to, oczywiście, powód i sam rząd w niego nie wierzył. Świadczy o tym przesłanie – właśnie z powodu zmieniającej się sytuacji w gospodarce i finansach publicznych – w trakcie debaty budżetowej w Sejmie pierwszej autopoprawki, a także drugiej, przy której rząd wyręczył się posłami. Opóźnienie spowodowało, że Sejm nie uchwalił budżetu na Gwiazdkę, a miesiąc później. Może to i lepiej – jest to budżet zły i uchowaj nas Boże od takich prezentów pod choinkę. Choć już projekt budżetu komentowałem na łamach “Przeglądu”, to ja również się spóźniam, bo chciałem wcześniej podzielić się z Państwem uwagami na temat prac Sejmu nad budżetem. Ponieważ technika tej pracy powtarza się co roku i ma ona znaczenie dla ostatecznego kształtu budżetu, lepiej jednak zrobić to później niż wcale.
Po pierwszym czytaniu projekt budżetu trafia do Komisji Finansów Publicznych, która zwraca się do poszczególnych komisji sejmowych o zaopiniowanie odpowiednich części budżetu. Komisja Finansów pracuje w tym czasie nad budżetami tych organów państwa, których projektów nie przygotowuje rząd, lecz one same, m.in. Kancelaria Prezydenta, Sejmu, Senatu, NIK. Następnie przystępuje się do prac nad poszczególnymi częściami budżetu, opierając się na nadesłanych przez odpowiednie komisje opiniach.
Sejm, ze względu na odpowiedni zapis w konstytucji, nie może zmienić deficytu budżetowego, może natomiast zwiększać dochody i wydatki lub dokonywać przesunięć w ramach odpowiednich działów budżetu, jak i między nimi. Komisja Finansów najczęściej zmniejsza w wielu pozycjach wydatki, by następnie pod koniec swojej pracy zaoszczędzoną kwotę przeznaczyć na cele, które uznaje za niedofinansowane. Naczelną zasadą jest również, by wnioskodawca – komisja lub poseł – proponując zwiększenie wydatków na jakiś cel, wskazał źródło ich pokrycia; mówiąc językiem prostym, jeśli chce komuś coś dać, musi określić, komu odebrać.
Skąd komisje lub posłowie proponują najczęściej brać pieniądze, by zwiększyć wydatki na jakiś cel lub sfinansować nowe? Praktyka wykazuje, że od wielu lat mamy do czynienia z zachowaniem trącającym o populizm, a mówiąc najbardziej delikatnie – z zachowaniem nieodpowiedzialnym. Zdecydowana większość wniosków i poprawek składanych przez posłów sprowadza się do zwiększenia wydatków w swoim regionie lub na cele społeczne. Samemu zamiarowi należy tylko przyklasnąć. Nikt nie ma jednak odwagi proponować odebrania środków nauczycielom, a dać ich więcej pielęgniarkom. Niebezpiecznie jest uszczęśliwiać jednych, narażając się drugim. Posłowie więc wskazują zmniejszenie wydatków w takich miejscach, które same nie protestują i nie mogą się o swoje upomnieć.
Jest kilka takich pozycji w budżecie, gdzie zapisane kwoty są duże i jest po co sięgać. Pierwszym źródłem, do którego sięgają właśnie posłowie, są koszty obsługi długu krajowego i zagranicznego. Są one rzeczywiście bardzo trudne do precyzyjnego oszacowania. Zależą bowiem od kursów walut i stóp procentowych, a te w ciągu roku są przecież zmienne. Rzeczywiście rząd dla bezpieczeństwa nieco przeszacowuje koszty obsługi długu publicznego, ale są przecież jakieś granice. Posłowie o tym w ogóle starają się nie myśleć. Gdyby Sejm w swoim głosowaniu końcowym poparł przy uchwalaniu tegorocznego budżetu wszystkie wnioski posłów o zmniejszenie kosztów obsługi długu publicznego, to ta pozycja miałaby saldo ujemne. Polska nie mogłaby wówczas spłacać swego zadłużenia zagranicznego, a minister finansów nie miałby z czego sfinansować wykupu od obywateli i banków obligacji i bonów skarbowych.
Dla posłów tradycyjnym źródłem pokrywania proponowanych wydatków jest również rezerwa ogólna Rady Ministrów, wydatki Kancelarii Prezydenta oraz wszelkie rezerwy celowe. W tym roku posłowie upatrzyli sobie kilka nowych źródeł, a mianowicie koszty integracji z UE, rezerwę na usuwanie skutków powodzi oraz rezerwę na pokrycie kosztów wyborów do Sejmu i Senatu. Podobnie jak przy środkach zapisanych na koszty obsługi długu publicznego i w tych przypadkach propozycje posłów sprowadzały się do całkowitego zlikwidowania ww. rezerw.
Nazywając to po imieniu – zupełna głupota. Na szczęście, Sejm jako zbiorowość był mądry i odpowiedzialny, i zdecydowaną większość tych propozycji odrzucił. Jeśli zdarzy się Państwu spotkać posła, który będzie chwalił się, jak walczył o pieniądze dla swego okręgu, to przy ocenie jego starań miejcie na względzie budżet i państwo, i nie dajcie się nabrać na ten populizm.

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Opinie
Tagi: MAREK WAGNER

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy