Sprawy bieżące

Niedawno Ludwik Stomma napisał w „Polityce” felieton, w którym pokazał, jak nasze obyczaje polityczne podobne są do tych z czasów II Rzeczypospolitej, na które sarkał Piłsudski. Ale żarty z II Rzecząpospolitą, nawet te najzabawniejsze, są zawsze smutne, ponieważ wiadomo, jak to się skończyło.
Nie wiemy, czym i jak skończą się nasze obecne gry i zabawy polityczne, trudno to sobie nawet wyobrazić. Ale niektóre są na tyle niepokojące, że warto się przy nich zatrzymać.
Pierwszą z takich zabaw jest uroczysta uchwała Sejmu RP w kwestii niemieckiej. Przegłosowana jednomyślnie ma być naszą odpowiedzią na pomysły pani Steinbach i gromadki jej zwolenników dotyczące odszkodowań lub wręcz odzyskiwania majątków niemieckich na naszych ziemiach zachodnich. Uchwała ta nosi wszelkie znamiona reakcji histerycznej, tak też została przyjęta przez polityków niemieckich, którzy o istnieniu pani Steinbach i Pruskiego Powiernictwa dowiedzieli się zresztą głównie z polskich gazet, ponieważ w Niemczech nikt o tym nie rozmawia.
Strzelamy z armaty do muchy, ale jest to strzelanie nie tyle śmieszne, ile niebezpieczne. Niebezpieczne dla nas samych. Podnieca ono w Polsce nastroje antyniemieckie, a w Niemczech powoduje wzruszenie ramion. Pokrzykiwanie, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” dzisiaj, gdy Niemcy są naszym głównym łącznikiem z Zachodem i Unią, jest narzędziem nacjonalistycznej i antyeuropejskiej polskiej prawicy, która dzięki takim klimatom prezentuje się jako „prawdziwi patrioci” godni zaufania w nadchodzących wyborach. A że zaszantażowana patriotycznie lewica spieszy jej w tym z pomocą, jest już tylko przyczynkiem do jej obecnej kondycji umysłowej.
Mówiąc zaś bardziej serio, zarówno w Niemczech, jak i w Europie nikt nie ma wątpliwości, że sprawa polskiego posiadania na zachodzie i północy została definitywnie rozstrzygnięta w Poczdamie i nikt też nie ma zamiaru do tego wracać. W Poczdamie mocarstwa światowe nie tylko zgodziły się bowiem na oddanie tych ziem Polsce, ale także expressis verbis wyraziły zgodę na wysiedlenie z nich ludności niemieckiej. Co zaś oznacza wysiedlenie, jeśli nie pozbawienie także nieruchomości? Co oznacza artykuł z konstytucji niemieckiej, że Niemcy powojenne wyrzekają się wszelkich roszczeń terytorialnych, jeśli nie dotyczy to także znajdujących się na tych terytoriach dóbr materialnych?
Oczywiście, że Poczdam – dokładniej zaś Jałta i Poczdam, ponieważ Poczdam był przedłużeniem decyzji jałtańskich – jest obecnie przedmiotem polskiej politycznej schizofrenii. Z jednej bowiem strony, przeklinamy decyzje jałtańskie jako symbol naszej niewoli, z drugiej jednak, nie myślimy – i słusznie – rezygnować ze zdobyczy terytorialnych na zachodzie i północy, uzyskanych dzięki tym układom. Tej schizofrenii jednak nie podzielają na szczęście ani kraje Unii, ani nawet sami Niemcy. Dla nich Poczdam jest faktem prawnym, a Jałta skończyła się niejako sama, wraz z upadkiem ZSRR.
Myślę więc, że zamiast sejmowej demonstracji pożyteczniejsze byłoby – jeśli w ogóle mamy mówić o tej sprawie – po prostu zwrócenie na nią uwagi przez naszych posłów w Parlamencie Europejskim, których po to przecież wysłaliśmy tam aż 54. Inni posłowie, z innych krajów, przytaknęliby im zapewne ruchem głowy i przeszli do innych, ważniejszych problemów. Bez uroczystego odśpiewania „Roty”.
Drugą sprawą bieżącą, która budzi mój niepokój, jest szlachetna skądinąd inicjatywa czyszczenia Sejmu RP z kompromitujących go posłów poprzez zmianę prawa wyborczego. Chodzi o to, aby o miejsce w parlamencie nie mógł ubiegać się nikt, na kim ciąży prawomocny wyrok sądowy.
Brzmi to na pozór powabnie, ale od razu pociąga za sobą mrowie pytań, na które nie ma dobrej odpowiedzi.
Po pierwsze więc, na co już nieraz zwracano uwagę, prawdziwe kariery polityczne i parlamentarne robili i robią, nie tylko w Polsce, ludzie wcześniej skazywani przez sądy i osadzani w więzieniu. Są na to setki przykładów, od Nelsona Mandeli po Kuronia, Bartoszewskiego czy Michnika. Przedstawiający w Sejmie ten wniosek poseł Borowski twierdzi jednak, że wyroki zasądzane wobec działaczy opozycji z czasów PRL zostały „zatarte”, nie wiadomo jednak, czy owo „zatarcie” musi się dokonywać indywidualnie, wobec każdego skazanego osobno, w drodze przewodu sądowego, czy też dokonało się już automatycznie wraz ze zmianą ustroju. Rodzi to jednak dalszy, delikatny problem ciągłości prawnej między PRL a III Rzecząpospolitą, która to ciągłość, rzecz jasna, istnieje nie tylko w sprawach cywilnych, a więc ożeniony w PRL jest nadal ożeniony w III RP, lecz także karnych i skazany w PRL na dożywocie siedzi nadal, mimo że zmienił się ustrój.
Ale zostawmy tę kazuistykę, są bowiem przykłady bardziej zastanawiające. Wyobraźmy więc sobie na przykład, że formalny inicjator i przewodniczący obrad Okrągłego Stołu, skąd bierze początek nasza transformacja ustrojowa, gen. Czesław Kiszczak, odczuwa nagle gwałtowny przypływ sił i pragnie wrócić do życia politycznego, kandydując do Sejmu. Otóż nie może, bo ciąży na nim wydany już po roku 1989 wyrok dwóch lat w zawieszeniu. Jest to przy tym niewątpliwie wyrok polityczny, którego by nie było, gdyby nie zmienił się ustrój.
Wyobraźmy też sobie, że instynkt polityczny odkrywa nagle w sobie artystka Nieznalska, która wystawiła obraz powodujący zgorszenie Młodzieży Wszechpolskiej, za co została skazana prawomocnym wyrokiem sądu III Rzeczypospolitej. Jej czyn artystyczny był wyrazem pewnej postawy światopoglądowej, której kto wie, czy nie zechciałaby bronić w Sejmie, wyrok sądu zaś wyznaczył granicę swobody twórczej, którą być może Sejm właśnie powinien poszerzyć.
Sądząc po zapale Radia Maryja i posła Giertycha z jednej strony, a – delikatnie mówiąc – pewnej elastyczności poglądów naszego sądownictwa z drugiej, możemy być pewni, że takich wyroków jak w sprawie Nieznalskiej będzie obecnie przybywać w szybkim tempie.
Czy skazanie w podobnych sprawach ma zatem pozbawiać biernego prawa wyborczego ludzi zaangażowanych w dysputę obyczajową? Czy skazanie Lecha Kaczyńskiego w procesie o zniesławienie wytoczonym mu przez panów Wałęsę i Wachowskiego, czego nie można wykluczyć, ma złamać na wieki jego błyskotliwą karierę polityczną? Czy skazanie Andrzeja Leppera w procesie o zniesławienie Donalda Tuska i innych, czego również nie można wykluczyć, ma go pozbawić mandatu poselskiego?
Któż by nie chciał mieć czystego Sejmu, złożonego ze szlachetnych i nieposzlakowanych mężów! Ale czytelny na milę instrumentalny charakter zgłaszanych w tej sprawie propozycji prawnych, które wymagają w dodatku zmiany konstytucji, budzi obawy, czy nie bawimy się jednak zbyt wesoło, zamiast regulować morale posłów precyzyjnym sejmowym regulaminem. A wyborcom pozostawić prawo wybierania także osób skazanych, jeśli mają na to ochotę.

Wydanie: 39/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy