Stalingrad – wojna szczurów

Stalingrad  – wojna szczurów

Najsłynniejszym snajperem po stronie radzieckiej był pasterz z Uralu, Zajcew. Miał na koncie 149 zabitych Niemców. Najlepsi strzelcy stawali się gwiazdami w jednostkach, dostawali osobne przydziały żywności i wódki

W bitwie stalingradzkiej, która trwała niemal pół roku (17 lipca 1942 r. – 2 lutego 1943 r.) wyróżnić można cztery zasadnicze fazy.
1. Ofensywa wojsk niemieckich, które docierają do Wołgi i 3 września zamykają półkole wokół broniących się na zachodnim brzegu rzeki oddziałów radzieckich. Od tej chwili pomoc dla oblężonych dostarczana może być tylko poprzez obłożoną nieprzyjacielskim ogniem szeroką rzekę.
2. 4 września – 19 listopada. Zaciekłe zmagania o lewobrzeżny przyczółek radziecki, mające przeważnie charakter walk ulicznych (toczonych w zwartej zabudowie miejskiej).
3. Kontrofensywa wojsk radzieckich na północ i południe od Stalingradu (tzw. operacja Uran) rozpoczęta 19 listopada i uwieńczona spotkaniem się 30 listopada atakujących armii w okolicach Kałacza, co równało się okrążeniu Niemców. Od tej chwili sytuacja przedstawiała się podobnie jak pod Alezją w 52 roku p.n.e., gdzie oblegające wzgórze wojska Juliusza Cezara zostały z kolei otoczone masami wezwanej przez Wercyngetoryksa odsieczy.
4. 1 grudnia 1942 r. – 2 lutego 1943 r. Stopniowe zaciskanie się radzieckiego pierścienia wokół armii niemieckiej, aż do połączenia się z obrońcami miasta i kapitulacji nieprzyjaciela.
Mamy tu do czynienia z klasycznym scenariuszem: napaść – bohaterska i już beznadziejna zdawałoby się obrona – odsiecz, czyli happy end, znany nam z tysięcznych westernów i książek wojenno-przygodowych. Każda z faz ma przy tym swoją odrębną poetykę i ćwierćpointę, która włączy się do pointy finalnej.
1. Faza pierwsza to triumfalny pochód wojsk niemieckich. Na wschód. Jest tu i buta, i duma, i przede wszystkim niczym niezmącony optymizm. „Nigdy w historii – pisze Goebbels w sierpniu 1942 r. na łamach „Das Reich” – żadna wojująca potęga nie zgromadziła w tak krótkim czasie

tylu przesłanek zwycięstwa.

Czy są powody, żeby widzieć sytuację w świetle lepszym niż prawdziwe? Sytuacja i bez tego daje nam wszelkie szanse zwycięstwa”. Osiągnięcie Wołgi uczczono odśpiewaniem ułożonej już wcześniej pieśni „Stoi żołnierz nad Wołgą”.
Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na broniących się jeszcze w lewobrzeżnych ruinach miasta. Jak pisze Antony Beevor: „W pierwszym tygodniu września Niemcy byli bardzo pewni siebie. Walki były trudne, napisał jeden żołnierz do domu, »ale Stalingrad upadnie w najbliższych kilku dniach«. »Według tego, co mówią nam nasi oficerowie – napisał ogniomistrz z 305. Dywizji Piechoty – Stalingrad na pewno upadnie«. I w dowództwie 6. Armii nikt nie ukrywał uczucia triumfu, kiedy 3 września sztabowi oficerowie zameldowali o połączeniu się południowego skrzydła LI Korpusu Armii z lewym skrzydłem 4. Armii Pancernej. »Pierścień wokół Stalingradu na zachodnim brzegu się zamknął!«”. Od przekroczenia Donu 23 sierpnia do 8 września 6. Armia wzięła do niewoli
26 500 jeńców i zniszczyła 350 dział oraz 830 czołgów. Paulus otrzymał list od pułkownika Wilhelma Adama, jednego ze swoich oficerów sztabowych, który przebywał na zwolnieniu chorobowym w Niemczech i gorzko żałował, że jest nieobecny w tak historycznym momencie. 4 i 5 września w ramach zaopatrzenia, „by uczcić tak podniosły moment, dostarczono do sztabu 6. armii nadprogramowo szereg skrzynek francuskiego wina i belgijskie czekoladki”.
2. Walki w ruinach. Następuje faza bitwy niemająca właściwie precedensu w dotychczasowej historii wojen. Ruiny domów i fabryk stają się twierdzami obrońców. Bomby lotnicze zdruzgotały mury, poskręcały elewacje, wybiły głębokie leje w ulicach. Te dziury, te gruzowiska stają się teraz punktami ogniowymi. Kto nie zna przedziwnych przejść rurami, kanałami, połamanymi dachami, staje się bezradny. Niepotrzebne są nawet barykady, aby pojazdy pancerne w zasłanych gruzem i zaminowanych arteriach stały się niemal bezużyteczne.
O wszystkim decyduje przedzierająca się przez księżycowy krajobraz piechota. W resztkach fabrycznych hal dochodzi do walk wręcz. Nie należały do wyjątków sytuacje, by na różnych piętrach koszmarnego kikuta domu znajdowali się Niemcy, na innych zaś czerwonoarmiści. Całe pole bitwy pokrywał nieustanny, potężny ogień artylerii. „Na swój sposób – pisze Antony Beevor – to, co się działo w Stalingradzie, było jeszcze bardziej przerażające niż bezosobowa rzeź pod Verdun. Walki w bezpośredniej bliskości z wrogiem w zrujnowanych budynkach, bunkrach, piwnicach i kanałach niemieccy żołnierze wkrótce nazwali RATTENKRIEG, czyli

wojną szczurów.

Miały one tę zdziczałą intymność, która przerażała generałów, świadomych, że szybko tracą kontrolę nad wydarzeniami”. Nie inaczej, niż jako apokalipsę odbierali to i Rosjanie. „Walki przybrały potworne natężenie, przekraczające wszelkie możliwe rozmiary – napisał jeden z oficerów Czujkowa. – Od wstrząsów żołnierze w okopach potykali się i upadali, jakby byli na pokładzie statku podczas burzy”. Dobronin zaś zwierza się Szczerbakowowi: „Ci z nas, którzy oglądali w tych dniach czarne niebo nad Stalingradem, nigdy tego nie zapomną. Było ono groźne i ponure, i lizały je czerwone płomienie”. W „wojnie szczurów” szczególną rolę odgrywali snajperzy, polujący na wrogów z najbardziej nieprawdopodobnych kryjówek. Najsłynniejszym z nich był po stronie radzieckiej pasterz z Uralu Zajcew, inicjator akcji kształcenia strzelców wyborowych. Miał na koncie 149 zabitych Niemców. Uczniowie przewyższyli go jeszcze – niejaki „Zikan” miał udokumentowane 224 śmiertelne trafienia. Najlepsi strzelcy stawali się prawdziwymi gwiazdami w swoich jednostkach. Dostawali też osobne, obfitsze przydziały żywności i wódki, co było nie bez znaczenia wobec narastającego głodu. I oni jednak nie mogli na wiele liczyć w przypadku odniesienia rany. Transport na wschodni brzeg był niesłychanie niebezpieczny. W piwnicznych punktach opatrunkowych brakowało zaś praktycznie wszystkiego. Środki odkażające były już najwyższym luksusem. Podobne sytuacje odnajdziemy później w objętej powstaniem Warszawie czy broniącym się przed Armią Czerwoną Wrocławiu. Stalingrad był jednak pierwszy, a masa i różnorodność zaangażowanych sił największa.
3. Operacja „Uran” była pierwszym tak precyzyjnie, strategicznie i taktycznie, skalkulowanym uderzeniem radzieckim.
Niedoświadczeni dowódcy, którzy zastąpili oficerów wymordowanych podczas wielkiej czystki lat 1937-1938, uczyli się szybko. Niemcy byli zdumieni. Beevor cytuje zeznania jednego z oficerów 6. Armii: „Paulus i Schmidt spodziewali się ataku, ale nie takiego ataku. Rosjanie po raz pierwszy wykorzystali czołgi, tak jak czyniliśmy to my”. Nawet zgryźliwy i niechętny generał Wolfgang von Richthofen odnotował:

„zaskakująco udane uderzenie”.

Było to jakby odwrócenie fazy pierwszej. Teraz wojska radzieckie parły naprzód. Po ich stronie były buta, duma i optymizm. Zwieńczenie operacji, kiedy armie atakujące z południa i północy spotkały się ze sobą na otwartym stepie w pobliżu Kałacza, dało okazję do spontanicznego święta. Lała się wódka, żołnierze całowali się, wymieniali żywnością i wygrzebywali spod śniegu kamienie z „tego miejsca” na pamiątkę.
4. Faza czwarta to z kolei podwojenie fazy drugiej. Lewobrzeżny przyczółek radziecki broni się dalej w niewiele poprawionych warunkach, ale tak samo bronią się również otoczeni Niemcy. Im bardziej zaciska się pierścień oblężenia, tym ich metody obrony stają się bliższe podpatrzonym uprzednio u nieprzyjaciela. Kiedy Armia Czerwona zniszczy lotniska, uniemożliwiając ewakuację, a zrzuty właściwie ustaną, można będzie praktycznie postawić znak równości między sytuacją Niemców pod koniec fazy czwartej i żołnierzy radzieckich w drugiej. Z tą różnicą, że Rosjanie byli zawsze u siebie, a Niemcy teraz zdają sobie sprawę, że są na obcej ziemi, tysiące kilometrów od swoich, których już przypuszczalnie nigdy nie zobaczą.
Ponieważ Hitler upierał się, że na wszystkich ziemiach pod jego panowaniem, bez względu na dawne strefy czasowe, ma być ta sama godzina, Nowy Rok nadszedł dla Rosjan dwie godziny wcześniej niż dla Niemców. Na prawym brzegu saperzy radzieccy wystrzelili w niebo barwne fajerwerki. Dwie godziny później Niemcy starali się odpowiedzieć wiwatową palbą z karabinów. Ich huk przypominał jednak tylko o wojnie i przygnębił ich jeszcze bardziej. Oto jeden z kilkuset epizodów bitwy, który aż prosi się o nowelkę. Wreszcie kapitulacja. Hitler chcąc skłonić Paulusa do oporu aż po śmierć ostatniego żołnierza, mianował go w ostatniej chwili feldmarszałkiem. Tym bardziej okazały jest teraz łup radziecki. „W Rosji – oddajmy jeszcze raz głos Beevorovi – szalona euforia z powodu zwycięstwa była spontaniczna, ale również kierowano nią odgórnie. Na wieść o poddaniu się Paulusa uderzono w kremlowskie dzwony. Przez radio nadawano rytmiczną muzykę wojskową, a komunikaty wydrukowano na całych pierwszych stronach wszystkich gazet”. W Niemczech Goebbels przekazał dziennikarzom wytyczne (podaję za Januszem Piekałkiewiczem): „W publicystycznym ujęciu tematu nie może być mowy o żałobie, sentymentalizmie, a już najbardziej buńczucznej chełpliwości. Trzy dni pamięci muszą natomiast służyć wewnętrznemu skupieniu, refleksji i koncentracji przed walką. W tych ogólnych ramach nie będzie np. oflagowywania, a gazety mają zakaz ukazywania się z żałobną obwódką. Cała niemiecka propaganda musi zamienić bohaterstwo spod Stalingradu w mit, który stanowić będzie cenny element niemieckiej historii”.

I mit rzeczywiście powstał,

tyle że nie niemiecki. Wielu autorów twierdziło i twierdzi do dzisiaj, że propaganda radziecka eksponowała bitwę stalingradzką, wywyższając ponad inne zwycięstwa radzieckie, zapewniając jej jeszcze w trakcie zmagań szczególną obsługę medialną, ze względu na nazwę miasta.
Tak jak Hitler, co potwierdza między innymi Nicolaus von Below, właśnie ze względu na nazwę widział w Stalingradzie symbol i utożsamiał niejako miasto z osobą, tak miałby i Stalin przywiązywać do „swojego” miasta mityczno-personalne znaczenie. Nie wydaje się, by zachowały się jakiekolwiek świadectwa potwierdzające tę tezę. Skojarzenie Stalin – Stalingrad wyszło spod pióra pisarzy-korespondentów wojennych (między innymi Erenburga i Simonowa), ale też dopiero wtedy, kiedy zwycięstwo było już pewne. Można powiedzieć, że Stalin w pierwszej chwili nie doceniał wręcz możliwości propagandowego wykorzystania bitwy. W styczniu 1943 r. Anglicy wysłali do ZSRR ekipę radiową z pełnym wyposażeniem, żeby transmitowała ostatnie dni zwycięskich walk. W pośpiechu nie zatroszczyli się o oficjalną zgodę Kremla, która zresztą wydawała się im oczywista. Władze radzieckie przyjęły to ze zgryźliwą niechęcią. Mikojan pisał do Biura Politycznego na temat angielskiego sprzętu: „Albo powinniśmy ich poprosić, aby zabrali go z powrotem, albo oddali nam. Proszę o instrukcje”. Mołotow odpowiedział krótko, choć niejasno: „Zgoda”. Rozstrzygnął Stalin: „Proponuję skonfiskować sprzęt jako kontrabandę”. I tak też rzecz jasna się stało. Niewiele, jak widać, obchodziło Stalina, że Brytyjczycy mniej usłyszą o bohaterstwie ludzi radzieckich przelewających krew za miasto jego imienia. Pozbawiony też nut patetyczno-reklamowych jest rozkaz Naczelnego Dowódcy kwitujący zwycięstwo: „Do przedstawiciela sztabu naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych, marszałka artylerii Woronowa. Do dowódcy Frontu Dońskiego generała-pułkownika Rokossowskiego. Winszuję wam i wojskom Frontu Dońskiego pomyślnego zakończenia walk, które doprowadziły do zniszczenia okrążonych pod Stalingradem nieprzyjacielskich wojsk. Wszystkim żołnierzom, oficerom i pracownikom politycznym Frontu Dońskiego przekazuję słowa podziękowania za ich wspaniałe operacje wojenne.
Moskwa, Kreml, 2 lutego 1943 Naczelny Dowódca Stalin”.
Powściągliwość niebywała w porównaniu z wydawanymi po wygranych bitwach rozkazami Napoleona, czy bliżej, z bolszewickiego grona, chociażby Tuchaczewskiego. Tak więc wydaje się, że nie ze względu na nazwę stał się Stalingrad przyjętym na całym świecie symbolem. Zadecydowała o tym

jego dramaturgia.

Wspomniałem już o schemacie: napaść – obrona – odsiecz. Dochodzi do niego szereg innych elementów.
1. Nowoczesna, precyzyjnie wykonana operacja wojenna, jednocześnie czytelna nawet dla niewprowadzonego w tajniki wojskowości.
2. Przebieg zdarzeń mający z natury wyraziście wypointowane rozdziały: atak niemiecki i walki w gruzach, spotkanie w Kałaczu, kapitulacja, czyli właśnie owo oficjalne, spektakularne zwieńczenie zwycięstwa.
3. Patetyczny i bezpośredni udział piechoty, obejmujący i walki wręcz, sytuacje tragiczne, ale niekiedy i parakomiczne.
4. Pojawienie się, rzecz jakże rzadko znajdująca miejsce w bolszewickim schemacie, jednostek, indywidualności. Od strzelca wyborowego Zajcewa po niezłomnego dowódcę przyczółku generała Wasilija Czujkowa, którego pozwolono przedstawiać jako brata łatę żołnierzy. Cenzura nie skreśliła nawet anegdoty, jak pijany wpadł do dziury między krami na Wołdze i trzeba go było stamtąd z niemałym trudem wyciągać.
Zgromadzone zostały wszelkie elementy na oddziałujący na wyobraźnię scenariusz ogólny i dowolną liczbę scenariuszy szczegółowych. Nic dziwnego, że wkrótce zostały one napisane. Żadna inna bitwa II wojny światowej nie może poszczycić się taką bibliografią i filmografią. To ku czci Stalingradu, jedynego na wschodnim froncie takiego miasta, nazywano ulice, place i stacje metra w kilkudziesięciu krajach. Stalingrad wszedł do świadomości zbiorowej i de facto wyparł z niej konkurentów.
Działania zbrojne podczas II wojny światowej zredukowane są w europejskiej pamięci do Stalingradu i ewentualnie jeszcze lądowania aliantów w Normandii. Z biegiem czasu przypisano Stalingradowi i przełomowe znaczenie Moskwy, i strategiczne Kurska. Chociaż Stalingrad był brzemiennym wydarzeniem wojny, nie odpowiada to nijak prawdzie historycznej. Jakież ma ona jednak znaczenie wobec mitu, o stworzenie którego okoliczności jakby same się prosiły. Konstanty Simonow powiedział, że miną pokolenia i ludzie w końcu zapomną o wojnie, gdyż sama pamięć eliminuje traumatyczne wspomnienia. Stalingrad zostanie, gdyż jest legendą. Dodajmy, że legendą podsumowującą całość. Zwycięstwo nad faszyzmem to Stalingrad.
Historia jest dla historyków. Ludziom potrzebne są podsumowujące ją symbole, a nie skomplikowane realia. Według wojskowych i historyków (z wyjątkiem tych, którzy uważają, że wszystko od początku było przesądzone, dla których więc taka czy inna bitwa nie miały realnego znaczenia), po Stalingradzie wszystko jeszcze mogło się zdarzyć. W pamięci społecznej nie ma takiego relatywizmu. Stalingrad zaważył. Kropka.


Fragment rozdziału „Stalingrad” z najnowszej książki Ludwika Stommy Historie przecenione, która ukaże się nakładem wydawnictwa Iskry 7 kwietnia. Tytuł i skrót pochodzi od redakcji.

Wydanie: 14/2011

Kategorie: Książki

Komentarze

  1. Kot Jarka
    Kot Jarka 4 kwietnia, 2011, 23:10

    pan Stomma, klasa sama w sobie jak Bronisław Łagowski czy nieżyjący KTT.
    Dlaczego III RP stać tylko na baby z magla ?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy