Nie stańmy się szurakami

Nie stańmy się szurakami

Jesteśmy niedobrym narodem  – bardzo łatwo oceniamy ludzi

Maria Pakulnis  – aktorka

Właśnie skończyła 60 lat. Uchodzi za jedną z najpiękniejszych, najseksowniejszych polskich aktorek. Życie jej nie oszczędzało, doświadczenia i zawód traktuje jako nieustanne źródło nauki, doskonalenia się jako człowieka. Żałuje, że „jesteśmy niedobrym narodem w takim sensie, że bardzo łatwo oceniamy ludzi”.

Czy sześćdziesiątka coś dla pani jako kobiety, aktorki oznacza?

– Nie mam z tym problemu. Nie trzeba myśleć o wieku, bo to nic nie da. Wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku. Wszyscy się zestarzejemy. Jakie to cudowne patrzeć na leciwych ludzi, którym oczy się nie starzeją. A to, że wokół oczu są zmarszczki od śmiechu oraz od wieku, nie ma znaczenia. Kocham takie twarze. One są piękne. Nie trzeba sobie „dmuchać” ust, bo i tak będą coraz mniejsze, a nadmuchane i do tego źle zrobione to coś obrzydliwego. Ja w ogóle nad czymś takim jak wiek się nie zastanawiam. Myślę o tym, ile kilometrów na scenie w danym przedstawieniu mam zrobić i z jaką pasją to robię, jak bardzo lubię być umęczona. Umęczona, zziajana, złachana, ale szczęśliwa, że jest co robić i że ludzie, publiczność dają wyraz temu, że chcą się ze mną spotkać.

Wiele kobiet ma kłopot z akceptacją wieku. Niektóre udają, że wciąż są własnymi młodszymi siostrami, inne skazują się już tylko na rolę służebną w rodzinie.

– No, nie daj Bóg, żebyśmy myślały o sobie „stare” albo o jakimś poświęcaniu się dla dzieci, dla wnuków. Moim zdaniem, to największy błąd, jaki kobieta może popełnić. Oczywiście, że dzieci są ogromnie ważne, sama mam kompletnego świra na punkcie syna, prawdopodobnie gdybym już miała wnuka, najchętniej malusieńką wnusię, oszalałabym też na jej punkcie, ale wydaje mi się, że nigdy nie można rezygnować ze swoich pasji na rzecz dzieci, okopać się i być tylko od gotowania, od służenia. Dzieci wcale tego nie potrzebują. I wcale tego nie lubią. One lubią widzieć rodziców zadbanych, pełnych życia, pasji. Widzę, jak mój syn na mnie patrzy. Ma 26 lat i z podziwem pyta: „Matka, jak ty nadążasz, jak ty to wszystko ogarniasz?”. A ja się tego nauczyłam i nie chcę zwalniać, jestem cały czas w ruchu, uwielbiam być wśród ludzi, zwłaszcza młodych. Ale zaczynam też robić selekcję, staram się unikać ludzi, którzy działają na mnie destrukcyjnie, zarzucają mnie swoimi problemami. Do niedawna było tak, że ktoś ciężar zrzucił z siebie na mnie, poszedł, a ja leżałam i myślałam, co by tu zrobić. Nauczyłam się izolować od takich ludzi. To korzyści z doświadczenia i wieku.

Wymienia się panią jako jeden z kilku symboli seksu w polskim kinie, obok Szapołowskiej czy Figury.

– Ach, to takie bzdury, śmieszy mnie to trochę. Powiem z głębi serca, że nie ma dla mnie żadnego znaczenia, co o mnie piszą czy pisali. I nie chodzę jako symbol seksu ani się nie przebieram. Chodzę na luzie, nie maluję się. Z drugiej strony – kiedy oglądam jakiś swój stary film, gdzie mnie rozbierano, wiem, że to czemuś służyło, że to nie była nagość dla nagości, która jest wszechobecna. Bo zazwyczaj były to filmy związane z bardzo dobrą literaturą, więc to wszystko jest tam uzasadnione. Oczywiście to zabawne i miłe, jak np. młodzi mężczyźni mówią: „Kiedy miałem 17, 18 lat, byłem w pani zakochany”. Odpowiadam: „Szkoda, że wtedy o tym nie wiedziałam”.

Ważną częścią pani pracy jest Teatr Polskiego Radia. Za dokonania w tym teatrze wyobraźni otrzymała pani w 2013 r. Wielki Splendor, najważniejszą radiową nagrodę artystyczną.

– To często wygląda tak: dzwoni telefon z radia i słyszę: „Marysieńka, możesz tego i tego dnia o tej godzinie wpaść?”. Sprawdzam kalendarz, mogę. „Dobra, no to jesteś, wyślę ci SMS-em, co i jak”. Ja nie pytam, co to za rola, każdy z nas dostaje role różnego rozmiaru. Zdarzyło mi się nieraz, że wpadałam na jedno czy cztery zdania, ale to jest cudowne, bo radio to bardzo specyficzne miejsce na mapie instytucji kultury w Warszawie. Miejsce magiczne i jedyne w swoim rodzaju, gdzie nikt nie pyta, za ile będzie pracować. Tam zarabia się grosze i nikt nie wie, czy zarobi 30, 50 czy 100 zł, w zależności od liczby godzin i roli. Wchodzę tam do innego świata, gdzie jest miło, normalnie, spokojnie, gdzie jest życzliwość. Tam od razu zwalnia się tempo. Uwielbiam tam bywać, dla mnie jest to też rodzaj terapii, bo wszyscy żyjemy bardzo szybko. Sami oczywiście do tego się przykładamy, poddajemy się rytmowi pogoni, wierząc, że trzeba tu, tam się przemieszczać, szybko, szybko, szybko. Właśnie dlatego bardzo lubię wpaść do radia i tam w sekretariacie ze wszystkimi się przywitać, uściskać. Nie ma nerwowości, za to jest rzetelność i każdemu „się chce”. I niezwykłe jest, jacy fajni ludzie tam się spotykają; często tylko tam możemy z kolegami aktorami zobaczyć się po paru latach czy paru miesiącach od jakiejś wspólnej pracy. To jest także takie miejsce, gdzie pracuje się nad warsztatem, bo czasami dostaje się bardzo trudne zadania, na które próżno czekać w teatrze. Trzeba użyć wszystkich swoich zmysłów, wyobraźni. Poza tym uwielbiam obserwować, jak koledzy przy mikrofonie zamieniają się w graną postać. Dla człowieka, który patrzyłby z boku, przez szybę, pewnie byłoby to śmieszne: ktoś siedzi przy mikrofonie, gestykuluje, przeżywa i gra całym sobą. To są cudowne spotkania i niech to wyjątkowe miejsce trwa jak najdłużej, bo nie ma większego teatru na świecie niż Teatr Polskiego Radia.

Strony: 1 2

Wydanie: 29/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy