Strategia wyborcza?

Strategia wyborcza?

BEZ UPRZEDZEŃ

Były ambasador amerykański, John Davis, w swoim raporcie z Warszawy informował przed wyborami czerwcowymi 1989 r., że (powtarzam za „Gazetą Wyborczą”) kandydaci „Solidarności” „prowadzili szaleńczą kampanię, pracując na najwyższych obrotach”. Tymczasem ich konkurenci starali się w miarę możliwości ukrywać, że reprezentują obóz partyjno-rządowy. PZPR nie przedstawiła listy swoich kandydatów, każdy z nich miał reprezentować siebie przeciw zjednoczonej „Solidarności”. Ambasador Davis nie bez zdziwienia zabarwionego ironią pisał: „Niektórzy analitycy nazywają tę niemal zakonspirowaną, chaotyczną kampanię partii jej “strategią wyborczą”. (…) Takiej próby z pewnością nie podejmował dotąd nikt w całych dziejach demokracji przedstawicielskiej”. Ambasador trafnie przewidział wynik tej strategii, podobnie jak przytłaczająca większość Polaków. Zaskoczeni byli tylko stratedzy.
W tamtych wyborach PZPR nie mogła mieć żadnych argumentów poza jednym, negatywnym: niebezpieczne jest dla narodu przekazanie władzy organizacji, która omal nie ściągnęła na Polskę radzieckiej inwazji, która wymusiła na państwie olbrzymią inflację i doprowadziła do ogołocenia sklepów. Partia mogła próbować ratunku, ostrzegając społeczeństwo przed rządami „awanturników”. Ten argument podziałałby na wielu ludzi, ale gen. Jaruzelski ze swoimi doradcami świadomie i z góry wyrzekli się go. Najpierw pokazali w telewizji Wałęsę jako statecznego przywódcę, wiedząc, że on takim nie jest. Później, podczas obrad przy Okrągłym Stole, nadali „Solidarności” to, czego ona im odmawiała, a mianowicie tak zwaną legitymizację. Społeczeństwo w większości jest nastawione legalistycznie: jeżeli władza tak chwali „Solidarność” (telewizja jeszcze uchodziła za narzędzie władzy), to znaczy, że ona już nie jest „awanturnicza”. I rzeczywiście, następne lata zdawały się potwierdzać, że jest to siła odpowiedzialna i że co do tego nikt się nie pomylił. Ale minęło dziesięć lat i pytanie, czy „Solidarność” (rozumiejąc pod tą nazwą całą konstelację partii tzw. prawicowych) jest awanturnicza, czy odpowiedzialna, pojawia się znowu. Około 40 procent w przybliżeniu polskiego przemysłu i 75 procent sektora bankowego znalazło się w rękach kapitału zagranicznego. Znalazło się – za jaką cenę? Za taką, jaką może uzyskać ktoś zmuszony do szybkiego sprzedania olbrzymiego majątku. Czyli za półdarmo lub jeszcze taniej. Przypomnijmy sobie z historii przykłady wywłaszczania. Czy gdyby wyborcy w roku 1989 przeczuli, co się święci – głosowaliby na listę „Solidarności”? Czy gdyby im ktoś taką możliwość przedstawił – nie uznaliby jej za awanturnictwo, zupełnie nielicujące ze statecznym Wałęsą i odpowiedzialną ówczesną opozycją?
Czy dziesięcioletnie rządy „Solidarności” były awanturnictwem, czy nie były – odpowiedź nie jest jeszcze gotowa. Ona może będzie dana dopiero za następne dziesięć lat (jak ten czas prędko leci!).
Awanturnictwo jest stopniowalne. Wyzbycie się banków na rzecz zagranicy jest awanturnictwem wyższego rzędu. A czym, jeśli nie awanturnictwem niższego rzędu, są reformy solidarnościowe? Czy po to podejmuje się reformy, żeby państwo było droższe? Żeby położenie chorych się pogorszyło? Żeby los wszystkich stał się bardziej nieprzewidywalny, niż byłby bez reformy (myślę o przyszłości emerytów)? Można o to zapytać także w związku z reformą szkolnictwa, która polega na tym, iż rząd popycha je w kierunku, w którym ono i bez reformy się toczyło, to znaczy w stronę słabszego wykształcenia i gorszego wychowania. Nie było czymś dalekim od awanturnictwa wysunięcie na czoło obozu prawicowego ludzi zupełnie pozbawionych zdolności pojmowania zjawisk politycznych, którzy, porwawszy społeczeństwo, wyczyniali z nim, co im się podobało jak małpa z Guliwerem. W PRL mieliśmy zły ustrój i dość porządnych ludzi u władzy, którzy łagodzili złe strony tego ustroju. Teraz mamy zasadniczo dobry ustrój, ale za to niemądrych i często złych ludzi u władzy, którzy psują wszystko, co im w ręce wpadnie. I jeszcze się dziwią, że społeczeństwo nie jest im wdzięczne. Niech raczej pomyślą, jak się społeczeństwo zachowa, gdy już dojrzeją skutki ich niedowarzonych poczynań. Nie mieliśmy polityki narodowej – mieliśmy wewnętrzną i „zagraniczną politykę solidarnościową”: pozerstwo patriotyczno-katolickie na fasadzie i zachłanność na pieniądze w głębi gabinetów.
Mam wrażenie, że przemawiam w tej chwili nie swoim głosem. Mówią przeze mnie ludzie, z którymi rozmawiam na wsi i w mieście, ludzie budżetowi i ludzie biznesowi. Mają oni poczucie, że jakiś etap w życiu Polski się kończy, pragną zmian nie tylko w dziedzinach objętych złymi reformami. Powitają z uczuciem ulgi nowych, bardziej odpowiedzialnych ludzi w Sejmie i w rządzie. Obecnie najliczniejsza grupa wyborców takich ludzi dostrzega w SLD. Świadczy to,
że w wypowiedzianej przez „Solidarność” symbolicznej i politycznej wojnie polsko-polskiej zwycięzcami są działacze reprezentujący – poza innymi zaletami – ideę ciągłości polskiego państwa. Reprezentować tę ideę, to nie znaczy ją deklamować na każdym kroku. Wystarczy w praktyce szanować przeszłość tego narodu – nie zaprzeszłą przeszłość narodu zmitologizowanego, lecz tego konkretnego narodu, który żyje tu i teraz, przeszłość ludzi obecnie zamieszkujących kraj między Odrą i Bugiem. Cokolwiek mówiliby działacze partii solidarnościowych, objąwszy władzę, zachowywali się, jakby zdobyli obcy kraj, podbili go. Nie polubimy po raz drugi tych, którym się zdaje, że zdobyli nas w heroicznej walce. Nas – to znaczy tę większość, która obecnie deklaruje głosować przeciw partiom solidarnościowym. Zwolennicy SLD są większością w tej większości. Mogą się z tej większości wypisać, jeśli zauważą, że ich preferowana partia nie odczuwa tej potrzeby głębszych zmian, jaką oni odczuwają; jeśli będzie poruszać się w kredowym kole pseudopewników, zakreślonym przez tych, co nas zdobyli. Zapowiedzi niektórych liderów SLD, że ci, co pragną istotnych, głęboko sięgających zmian, będą rozczarowani pod ich rozsądnymi rządami, nie motywują do udziału w wyborach. Czytam gazety, wiem, że 40 zespołów pracuje nad programem, ale gdyby mnie ambasador amerykański zapytał, czy SLD prowadzi kampanię wyborczą, nie mógłbym mu udzielić od razu jednoznacznej odpowiedzi. Jeżeli opozycja zapowiada, że po jej zwycięstwie mało się zmieni, to może to nie jest opozycja, a może to nie jest kampania, lecz „strategia wyborcza”?

Wydanie: 25/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy