Superrośliny na talerzu

Od żywności zmutowanej genetycznie uciec się nie da

Janusz Krata z firmy Bayer CropScience Polska

– Nie bał się pan, kiedy po raz pierwszy sięgał po żywność zmutowaną genetycznie, przez przeciwników nazywaną jedzeniem Frankensteina?
– Oczywiście, że nie. Znam tę żywność od podstaw. Wiem, na czym polegają zmiany, jakie geny zostały wprowadzone i jak bardzo skomplikowane testy wykonano, zanim trafiła ona na półkę w sklepie. Z drugiej strony, znam tzw. żywność konwencjonalną, która takich badań nie przechodzi, a nie mamy co do niej obaw.
– Wprowadzamy jednak do środowiska rośliny z obcymi genami. Czy naukowcom nie wymknie się to spod kontroli?
– Przeciwnicy straszą, że może się stać coś, na skutek czego rośliny zmodyfikowane “uwolnią się” i będą żyły własnym życiem. Zakładają przy tym, że rośliny zmodyfikowane są silniejsze od tradycyjnych, a to nieprawda. One nie są w stanie przeżyć bez pomocy rolnika. Nieuprawiane giną.
– Ale obawy dotyczą tego, że przy okazji zanieczyści się pola upraw tradycyjnych, np. pyłki zostaną przeniesione przez owady.
– Ten zarzut odnosi się tylko do rzepaku. Jeśli chodzi o ziemniaki, kukurydzę czy buraki cukrowe, podobnego niebezpieczeństwa nie ma. W Wielkiej Brytanii prowadzono specjalne badania, aby przekonać się, czy można pogodzić uprawy roślin konwencjonalnych ze zmodyfikowanymi. Okazało się, że w dużym gospodarstwie można uprawiać rośliny obydwiema metodami i nie dojdzie do żadnego krzyżowania genów. Oczywiście, trzeba stosować się do odpowiednich zaleceń przy uprawie roślin zmodyfikowanych.
– Jak długi jest proces od rozpoczęcia prac nad zmianami genetycznymi rośliny do jej uprawy na polach?
– Cykl badawczy trwa 10-20 lat w zależności od tego, jakie cechy chcemy modyfikować. Potem potrzebny jest czas na badania rejestracyjne, umożliwiające wprowadzenie danej odmiany do uprawy. Jeśli jest to zupełnie nowa odmiana, trzeba ją testować w polu przez cztery lata. Później zbiera się specjalna komisja i albo ją zatwierdza, albo nie. Badaniu podlega też substancja, którą się stosuje w danej odmianie. Czy rzeczywiście wykazuje pożądane cechy, czy zwalcza chwasty i szkodniki. Sprawdza się również, jak ta substancja zachowuje się w samej roślinie, którą przecież będziemy jeść – czy rzeczywistości rozkłada się do bezpiecznych składników, czy nie jest toksyczna dla organizmów ludzkich. Na końcu przebadana musi być żywność wyprodukowana ze zmutowanych genetycznie roślin.
– Czy na terenie Polski są prowadzone uprawy eksperymentalne?
– Od 2001 r. nie ma takich upraw.
– Czy są u nas zarejestrowane odmiany roślin genetycznie zmodyfikowanych?
– Nie. Wiele odmian przeszło pierwszy cykl badań, ale brak odpowiednich przepisów sprawił, że nie można było przejść do kolejnego etapu, czyli badań rejestracyjnych. Problemy natury prawnej są nadal aktualne, ale w mniejszym stopniu niż kiedyś. Zresztą przepisy to jedno, a ich stosowanie to drugie. Zauważyłem, że w Polsce panuje wśród urzędników atmosfera “straszności”, jeśli chodzi o rośliny zmodyfikowane. Zazwyczaj są to dość irytujące, wręcz bezmyślne utrudnienia, ale zdarzyła mi się zabawna historia. Byłem jedyną osobą mającą upoważnienie ministra do wejścia na eksperymentalne pole. Kiedy przyjechałem na miejsce, okazało się, że nie ma osoby, która ma klucz do sejfu, gdzie leżało moje upoważnienie. Mówię do urzędników, że przecież wiedzą, że je dostałem, a oni, że owszem, wiedzą, ale pozwolenie jest zamknięte i dopóki nie trzymają go w rękach, nie wpuszczą mnie. Takich absurdów jest więcej.
– Nie uprawiamy roślin transgenicznych, ale Polska nie jest przecież wolna od żywności zmodyfikowanej genetycznie. Niektórzy szacują nawet, że stanowi ona 70% tego, co znajduje się na półkach sklepowych (przy założeniu, że w produkcie jest choćby śladowa ilość substancji zmodyfikowanej).
– Unia Europejska – ale Polska także – broni się przed wprowadzeniem jakichkolwiek roślin tego rodzaju do uprawy. Zatem z jednej strony są rośliny zmodyfikowane, jest żywność z niej produkowana, ale obowiązuje taka cicha umowa, że rolnicy na naszym kontynencie nie wprowadzają tych roślin na pola. Dla mnie to dziwna bariera, bo zamyka się polskiemu rolnikowi dostęp do technologii.
– Ale czy nasi rolnicy tego chcą? Przecież Polacy podchodzą bardzo ostrożnie do tego rodzaju nowinek.
– Chcą, mam sporo pytań o możliwość prowadzenia takiej uprawy od rolników z Wielkopolski i ze Śląska. Interesują się głównie możliwościami uprawy kukurydzy zmodyfikowanej. Tam właśnie kukurydza atakowana jest przez szkodniki wyniszczające całe pola. Powoduje to ogromne straty. Z kukurydzą zmutowaną nie ma tego problemu. Myślę, że około 20% rolników chętnie by spróbowało. Zwłaszcza że jest ona bardziej opłacalna – tańsza, daje lepsze (bo niezaatakowane przez choroby) i większe plony niż uprawa konwencjonalna.
– Naukowcy zajmujący się biotechnologią przekonują, że uprawa takich roślin jest korzystna z ekologicznego punktu widzenia.
– Owszem. Przede wszystkim stosuje się mniej chemicznych środków ochrony roślin. W przypadku kukurydzy są to o dwa, trzy zabiegi opryskiwania mniej. W przypadku bawełny aż od 15 do 30. Obliczyłem, że, gdyby w Polsce było 20% upraw genetycznie zmodyfikowanego buraka cukrowego, stosowano by o 11 tirów środków ochrony roślin mniej. 11 tirów, które muszą przejechać od producenta do magazynu, dalej do hurtowników, sklepów i na koniec do samego rolnika. To setki kilometrów pokonanych z bardzo niebezpiecznym dla zdrowia ładunkiem. Trzeba też brać pod uwagę, że rolnik opryskując pola, wystawia się na szkodliwe działanie tych środków. W grę wchodzi spalana benzyna i utrata czystej wody, którą zużywa się do rozcieńczania preparatów. To są wszystko koszty ekologiczne, których nie ponosi się w przypadku upraw roślin zmutowanych. Trzeba ponadto zaznaczyć, że substancje produkowane w roślinach transgenicznych, odpowiedzialne za zwalczanie szkodników, ulegają naturalnemu rozkładowi. Nie zanieczyszczają na dziesiątki lat gleby tak jak środki chemiczne.
– Czy możemy uciec od żywności zmutowanej genetycznie?
– Nie rozumiem dlaczego mamy uciekać przed czymś co jest dobre, zdrowe, smaczne, przed czymś, co spożywamy przecież od kilku lat.


Janusz Krata uprawiał – w ramach badań eksperymentalnych – rośliny transgeniczne. Nazywany jest “misjonarzem”, bo od kilku lat przekonuje Polaków do żywności zmutowanej genetycznie. Firma Bayer CropScience zajmuje się badaniami roślin genetycznie zmodyfikowanych.

 

Wydanie: 28/2003

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy