Świat przetrwa. A Europa?

Świat przetrwa. A Europa?

Skąd Zachód ma uzupełniać brak rąk do pracy? Ze Wschodu? Przecież Rosja i Ukraina wręcz pustoszeją

Nasze wnuki poradzą sobie bez ropy naftowej. W sejfach koncernów i w głowach uczonych kryją się najtajniejsze sekrety, co zrobić, gdy aktualność straci sławne zdanie Antona Zischki: „Nafta rządzi światem” – tytuł bestsellera lat 30. Może uratuje nas rzepak? Albo etanol lub metanol? Może wodór prosto z oceanów? Czy nasze samochody będziemy podłączać nocą do kontaktów jak komórki, żeby je naładować? Ale z prądem będzie krucho, bo Zieloni zezwolą wyłącznie na odnawialne źródła energii, szczególnie wiatraki i baterie słoneczne. Biomasy dla elektrowni nie wystarczy, bo będziemy z niej ekstrahować paliwa płynne.
Nerwówka około połowy XXI w. zrobi się straszna, niejedna wojna rozgorzeje o ostatnie baryłki ropy. Niektórzy wieszczą, iż horror zacznie się już około roku 2004, najdalej – w 2010 r., ale alarmistom nie wierzmy. Wedle prognoz Klubu Rzymskiego sprzed 30 lat, ropy miało zabraknąć przed końcem XX w., a ona jest i jest. Optymiści chichoczą, że będzie i za sto lat. Oni są jeszcze głupsi od alarmistów, bo „nieodnawialne” źródła energii są jednak nieodnawialne… Ale nauka coś wymyśli, by nasze wnuki nie musiały się przesiadać z czterech kółek na konie, osły i wielbłądy.
Świat nie zginie, wojna globalna też mu nie grozi, obiecał zrelaksowany lord Robertson po szczycie NATO w Rejkiawiku. Z Rosją jako dodatkowym partnerem Paktu Atlantyckiego będzie miło – uważa zauroczony Kremlem prezydent Bush; liczy, że pomoże ona złamać Oś Zła i wytępić terroryzm. Za kilka lat Rosja zostanie pełnoprawnym członkiem NATO, a nie takim na przyczepkę. Chiny też się zdemokratyzują (wierzą zachodnie media) i nabiorą dobrych manier, gdy staną się ekonomiczną superpotęgą. Czyli niebawem, bo stopę wzrostu mają taką, że my bylibyśmy radzi, osiągając ćwiartkę chińskiej dynamiki. Pospołu uśmierzymy „państwa bandyckie”, a globalizacja wyciągnie z nędzy nawet Ruandyjczyków, Czeczenów i Kubańczyków – zapewniają panowie WWW (neoliberałowie Wilczyński, Winiecki i Wyżnikiewicz). Są dobrej myśli, o ile wszystko wnet się sprywatyzuje.
Świat będzie coraz lepszy. Tylko czy nie zabraknie w nim Europy?
Oczywiście, ten cypelek Azji nie zniknie z mapy, jacyś ludzie będą tam żyli w dobrobycie. Ale czy świadomi, co to były Ateny i Rzym? Kim byli Karol Wielki i Szekspir? Czy nie będą modlili się z twarzą ku Mekce zwróconą? Czy resztki Francuzów, Holendrów i Polaków zdołają się nauczyć ich trudnych języków, czy też zostaną półanalfabetami?
Najszybciej ubywa teraz Włochów, Niemców i Rosjan.
Ameryka też sczeźnie, ale o pokolenie lub dwa później. Dojdzie tam do zmagań między Afroamerykanami, osiadłymi w Stanach od dawna, a napierającymi na Teksas i Kalifornię masami Latynosów (napisy hiszpańskie już są na nowojorskich lotniskach!). Do rywalizacji ich dołączą miliony Chińczyków i rozmaitych muzułmanów. Relikty ludności „Anglo-Saxon” pozostaną znaczącą mniejszością tylko w kilku stanach Nowej Anglii, a w miniaturowym Rhode Island może nawet zachowają pozycję dominującą.

Nas ubywa

Z trudem przychodzi mi pisać te słowa, bo od dziesięcioleci zwalczam europocentryzm, powtarzam: oni są równi, ale różni, prezentując społeczności azjatyckie. Także te, które zwiemy „dzikimi”; wśród „dzikich” spędziłem wiele wspaniałych miesięcy. Odmiennościom mentalnym i obyczajowym poświęciłem kilkadziesiąt książek i setki reportaży. Ale tak, jak oponuję przeciw narzucaniu naszych wartości ludom pozaeuropejskim – jestem też przeciwny temu, by coraz liczniejsi imigranci „stamtąd” lekceważyli nasze normy i swe własne zwyczaje wciskali w życie narodów, które ich przygarnęły.
Pat Buchanan, były kandydat na prezydenta USA, w książce „Śmierć Zachodu” wyłożył kawę na ławę. Przewiduje, że do roku 2050 „zniknie 100 mln Europejczyków”. O liczby można się spierać, inne prognozy mówią nawet o 170 mln, ale w zasadzie demografowie zgadzają się z Buchananem. Na pociechę dodają, że stopa przyrostu ludności będzie też – może nawet szybciej – spadać w Azji i Afryce. Tamtejsze panie zamiast ośmiorga dzieci poprzestaną na czwórce lub piątce. Ale w Europie (w tym i w Polsce) wskaźnik dzietności spadł już na poziom półtora dziecka na mamę.
Czy trend obniżki urodzeń można by jakoś odwrócić? Oczywiście! Wystarczy przekonać białe panny, by siedziały w domu, ograniczyły swe aspiracje zawodowe, szybko wychodziły za mąż i już przed trzydziestką miały co najmniej dwójkę potomstwa. Niech zerwą z modnym modelem rodziny „dwa plus jeden”; rodzina powinna liczyć co najmniej „dwa plus dwójka i jedna piąta dziecka”, bo tylko wtedy uda się utrzymać stan populacji na obecnym poziomie. Niektórzy demografowie poprawiają, że wystarczy „dwa plus dwójka i jedna piąta dziecka”, ale to już za mało, by zrekompensować skutki istnienia małżeństw bezdzietnych, fizjologicznych bezpłodności, wyborów życia w samotności oraz związków homoseksualnych, w tym lesbijskich.
Wedle prognoz raptem sprzed 10 lat, na powitanie trzeciego tysiąclecia miało być nas Polaków pełnych 40 mln, ale tego limitu już nie osiągniemy. Polaków ubywa. Jeszcze niewiele, po kilkanaście tysięcy rocznie (nie licząc rosnącej znowu emigracji młodych), ale prysnął mit o szczególnej witalności lechickiej nacji. Gdzież nam do Albańczyków, ostatnich w Europie Mohikanów etosu wielodzietności!
Przyrost ujemny w miarę starzenia się populacji dla poszczególnych osobników jest plusem, bo oznacza dłuższe życie. Ale to „plus ujemny” (by przypomnieć pojęciowy wynalazek Lecha Wałęsy), bo kto utrzyma masy emerytów, gdy zabraknie młodych?
Tu dotykamy problemu kluczowego: kurcząca się Europa jest i będzie skazana na import siły roboczej, bo teraz żyje tu 15% ludności globu, a za pół wieku żyć będzie poniżej 10%, z dalszą tendencją spadkową. Skąd Zachód ma uzupełniać brak rąk do pracy? Ze Wschodu? Przecież Rosja i Ukraina wręcz pustoszeją. Do robót prostych, a nawet niektórych wysokokwalifikowanych (informatyka!) Zachód musi sprowadzać „czynnik ludzki” z Południa (programistów – z Indii); albo legalnie, albo przymykając oczy na transfer ludzi przez zieloną granicę. Nie pomogą bariery, jakie mamy zbudować na Bugu, tak jak kontrola na Rio Grande nie zatrzymała potopu „Chicanos” (z domieszką… Polaków) płynącego z Meksyku do szczęśliwej krainy jankesów, do ziemi obiecanej.

Wybuch populizmu

To jeden z nielicznych pewników w płynnej i kapryśnej materii demografii skrzyżowanej z politologią. Skoro biała odmiana człowieka straciła zapał do prokreacji, to będzie majoryzowana i stopniowo usuwana w cień przez odmiany o innej pigmentacji. Co prawda, Hinduski, Arabki, Afrykanki też tracą chęć posiadania licznego potomstwa, lecz ta zmiana orientacji zacznie – być może – polepszać sytuację białych dopiero za kilka dekad. Za późno, by uratować Europę (USA również) przed najgroźniejszą konsekwencją migracji z Południa: eksplozją ksenofobicznego populizmu.
Ona już nastąpiła! My się frasujemy, że Lepper, że Giertych – a na Zachodzie jest o wiele groźniej. Prawie co piąty Francuz głosował na Le Pena, bo trzęsie się przed watahami muzułmańskich żuli. Socjologowie alarmują, że islam stał się drugą religią Francji, ale mylą się: jest pierwszą, bo każdy z tamtych pięć razy dziennie wyznaje: „Allah jest wielki”, a z Francuzów katolików do kościoła chodzi co 20. W Szwajcarii, spokojnej ongiś do znudzenia, imigranci (jedna piąta populacji) popełniają 80% napadów, 68% gwałtów i 62% morderstw; pewien deputowany gwałtował w parlamencie, że Somalijczyków należy wywalić, a jeśli Somalia nie zechce ich przyjąć – to zrzucić tam na spadochronach lub bez. Tolerancyjna niegdyś Dania chce wydalać każdego imigranta niezdolnego zapewnić sobie utrzymania. W Holandii Partia Pima Fortuyna, po zamordowaniu lidera, zdobyła 26 mandatów (a szacowano jej szanse na trzy do czterech); hasłem Fortuyna było czterokrotne zredukowanie napływu imigrantów (muzułmańskich do zera), bo stanowią oni już prawie połowę mieszkańców Rotterdamu, niewiele mniej Amsterdamu i Hagi. Do Haidera w Austrii (27% miejsc w parlamencie) Europa jakby już przywykła, choć to jawny neofaszysta. W Belgii Blok Flamandzki Filipa Dewintera (hasła: „Koniec z imigracją” i „Niepodległa Flandria!”) już rządzi Antwerpią. „Precz z obcymi” to także hasło Partii Postępu w Norwegii. Nawet gorliwie proimigracyjni do niedawna Szwedzi utyskują, że z przyjezdnych rekrutuje się 60% młodych przestępców. W Niemczech bastionem skrajnej prawicy, która woła „Kinder statt Inder” („Dzieci zamiast Hindusów”) jest liberalny dawniej Hamburg. We Włoszech Liga Północna Bossiego na czoło swej demagogii wysunęła ekstremalny program prawicowy, wzorowany na Sojuszu Narodowym Finiego.
Za kilka lat wszystkie te zjawiska bez wątpienia się nasilą.
Więc co, hermetycznie zamknąć granice?
To by dopiero było! Zachodnioeuropejskie pola leżałyby odłogiem. Budowy by zamarły. Śmieci piętrzyłyby się na ulicach. Brakłoby taksówkarzy. A także informatyków, spawaczy, lekarzy, pielęgniarek. Dlatego wszyscy pchają się do Europy, choć rokrocznie ponad tysiąc Arabów, Afganów, Kurdów i Afrykańczyków tonie na starych łajbach, którymi próbują dobić do brzegów Hiszpanii i Włoch. Cieśniny Otranto i Gibraltarska to podwodne cmentarzyska.
Lękamy się, że Europa nas odtrąci z naszym populizmem, naszą ksenofobią, naszym nacjonalizmem – a tam te same plagi za 10-15 lat staną się może dominantą tamtejszych ideologii, pod presją trendów demografii.

Widmo lepperogiertychizmu

„Może” nie znaczy „musi”. Wszelkie przepowiednie – i Pytii, i Nostradamusa, i Leszka Millera – sprawdzają się rzadko. Maciej Rybiński, z którym zgadzam się nieczęsto, na powitanie trzeciego tysiąclecia napisał w „Rzeczpospolitej” świetny pamflet antyfuturologiczny, w którym wydrwił wszelkie wróżbiarstwo, a szczególnie „Granice Wzrostu” – pomnikowe dzieło małżeństwa Meadows z 1972 r. Ericha Fromma też nie oszczędził ani Herberta G. Wellsa, ani Alvina Tofflera, ani nawet Stanisława Lema. Ich kasandryczne strachy nie ziściły się. Często rzeczywistość toczyła się wręcz odwrotnie.
Najczarniejsza wizja, że „Europa brunatnieje” (to tytuł eseju Anny Wolff-Powęskiej w „GW”, 14-15.07.2001) spełnić się też nie musi. Ale jest 90% szans na sto, że ona istotnie zbrunatnieje. I to na dwojaki sposób.
Pozytywny: dla naszych wnuków i prawnuków etniczne niuanse – kto bardziej śniady, kto ciut skośnooki będą ganz egal i wsio rawno; ciemna karnacja jest wszak piękniejsza od bladości, brunetki są sexy, ostatecznie mogą się utlenić, no problem! Zginie poczucie obcości biologicznej.
Negatywny: już nasze dzieci doznają wstrząsu mentalnego, który za Zachodzie trwa od kilku lat. Tam przestaje się liczyć, kto z lewej, a kto z prawej, kto liberał – kto socjaldemokrata, bo to pojęcia anachroniczne, jak gibelini i gwelfowie – partyjniacy średniowiecza. Wstrząsem jest zderzenie lepenohaideryzmu (w Polsce: lepperogiertychizmu) ze światem intelektu i wrażliwości symbolizowanym przez idee Roberta Schumana (w Polsce: ks. Józefa Tischnera).
Niestety. Wygląda na to, że ci ostatni przegrywają. Duch Europy gaśnie.
To może się na Europę wypiąć jak Hojarska z Wrzodakiem i pozostać Zosią samosią, produkując żubrówkę i oscypki? Przecież statków naszych nie kupią, kopalnie zamykamy, huty wygaszamy, z tekstyliów nas wygryźli Azjaci, na samochodach wyślizgali Koreańczycy, nasza sławna flota wywiesiła obce bandery, rybacy zostali bez łowisk, a chłopi z niesprzedanym zbożem i jajami po 20 groszy. Więc z czym my do Europy?
No, jak to! Z kapitałem ludzkim, z naszą świetnie edukowaną młodzieżą! Niestety, ona masowo wieje do narzeczonych i ciotek w Ameryce, tudzież na niemieckie pola szparagowe.
Przybywa natomiast Wietnamczyków, gotują świetne zupy. Ale za mało ich, by poprawić demografię.
Więc nie ma rady na to wszystko? Chyba nie ma.

 

 

Wydanie: 26/2002

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy