Świat zwariował z tą urodą

Świat zwariował z tą urodą

Przekazywanie pałeczki

Właściwy start zawodowy to był chyba film „Boisko bezdomnych”? Tam zauważyłam pana po raz pierwszy.

– To może była moja pierwsza większa rola w fabule. Ale do 2006 r. zrobiłem ponad 30 ról teatralnych, w tym jakieś 20 głównych. Zaczęło się we Wrocławiu w Teatrze Współczesnym. Pani dyrektor Krystyna Meissner dała mi szansę. I chwała reżyserom, którzy chcieli mnie brać.

Kto jest dla pana numerem 1 wśród reżyserów?

– Mam taką swoją świętą trójcę: Cieplak, Smarzowski, Kolski. Pierwszy raz świadomości się nabrało przy Piotrze Cieplaku – to jest wielki reżyser! Po czterech latach w szkole i trzech w teatrze, kiedy już trochę grałem, przyszedł Piotr Cieplak i wywrócił wszystko. Niby dał tylko kilka prostych instrukcji: tu zrób tak, a tu pójdź, ale zrozumiałem, że w tym zawodzie nie chodzi o pychę, o pokazywanie tego, co się umie lepiej lub gorzej czy co jest akurat modne, tylko o obnażenie czegoś, czego np. się wstydzimy. Pokazał, że każdą rolę duszą się piętnuje. To są gwoździe w duszę wbijane. Serca łamane na oczach widzów. Serca pokazywane bez wstydu, bez względu na to, czy jesteśmy tacy, sracy czy owacy – mali, wielcy czy z kompleksami.

Czy myśli pan, że rolą u Smarzowskiego albo w teatrze u Cieplaka, albo u Kolskiego można zmienić świat?

– Kiedyś w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu grałem w „Pietruszce” Strawińskiego. Dostałem główną rolę, ciekawą, bo i trochę baletu było, i granie z lalką, do tego muzyka Strawińskiego. Od pani Krystyny Meissner, czyli mojej pani dyrektor, usłyszałem wtedy, że ona musi zrobić ten spektakl, bo kiedy miała sześć lat, ojciec – notabene profesor chirurg stomatolog, który opatentował szczypce do wyrywania zębów – zabrał ją na „Pietruszkę” i ona zapamiętała z niej jedną scenę.

Jedną?

– Tak i dla tej jednej sceny po 60 czy 70 latach robiła „Pietruszkę”! Pamiętam, że na jeden z ostatnich spektakli do teatru przyszły dzieciaki z sierocińca, w dodatku straszliwie poszkodowane przez naturę – widziałem, jak one przeżywają teatr. Wtedy zrozumiałem, po co powinienem uprawiać ten zawód. To jest jak przekazywanie pałeczki w sztafecie. Być może jeden z tych dzieciaków wydorośleje i z tą zapłodnioną sztuką duszą zrobi coś niezwykłego. I może tę pałeczkę przekaże dalej.

W takim razie jaką pałeczkę przekazuje pan w popularnym serialu, w „Ojcu Mateuszu”?

– Tu widać potęgę telewizji – już tyle rzeczy zrobiłem, ale wszyscy i tak kojarzą mnie tylko z „Ojca Mateusza”… Nie chodzi mi o twarz, o popularność. Wziąłem to, bo pracować w „Mateuszu” to frajda, byłem potrzebny, pisali dla mnie. Pluskwa to jest jakaś rola, grać nie wstyd. A Artur i Kinia tam wymiatają (Artur Żmijewski i Kinga Preis – przyp. red.). No i lubię łamać schematy (śmiech).

To może by pan zagrał w jakiejś komedii?

– Uwielbiam komediowy flow, rytm, dobre tempo. Ale mam ten niewyjściowy ryj, więc pewnie nic z tego.

Przy taśmie na saksach

Podziwia pan Kingę Preis za wierność Wrocławiowi. Dlaczego pana stamtąd wymiotło?

– Ja się tu nie prosiłem. Zaprosił mnie Grzegorz Jarzyna, mój były dyrektor z TR. Zobaczył mnie w paru rzeczach na festiwalach i zaprosił. Ale TR ze mnie zrezygnował. Dlaczego? Nie wiem. To znaczy dyrektor podał mi powód, ale… Wolałbym tego nie komentować.

A pan i tak daje sobie radę.

– No właśnie tego argumentu użył, niestety.

Co pan ostatnio dobrego widział w polskim kinie?

– No, np. „Służby specjalne” Patryka Vegi. I „Bogów”, o których już wspominaliśmy. Najważniejsze, żeby w kinie nie robić mielonki. Dobra jest taka kalka rzeczywistości, która prowokuje do myślenia, porusza emocje…

Ma pan jakiś własny areopag polskich aktorów? Kogo pan podziwia?

– Gajos, Trela, Stroiński, Dziędziel, Więckiewicz, Chyra. Z młodszych Braciak, Dorociński. Z dziewczyn Kinga Preis, Agata Kulesza. Z pewnością Jerzy Radziwiłowicz, gdyby zaproponowano mu jakieś porządne scenariusze, np. tego rodzaju wyrazistą rolę, jaką dostał Kot w „Bogach”. Najgorzej, że brakuje dobrych scenariuszy, no ale tak jest na całym świecie.

Czy w Polsce trudno być aktorem. Zwłaszcza jeśli, jak w pana przypadku, nie bierze się wszystkiego jak leci. Chyba da się z tego nieźle żyć?

– Już od 2005 r. nie jeżdżę latem do roboty do Holandii, do Niemiec ani do Włoch, żeby przeżyć. Czyli jest nieźle.

Co pan tam robił?!

– Przy taśmie stałem. Spawałem. Wierciłem. Składałem katalogi Neckermanna. Może tylko jeszcze kwiatów nie sprzedawałem. Wystarczało na życie do lutego, marca, potem zaciskało się pasa. Ale wie pani, pieniądze są u mnie na ostatnim miejscu. Znacznie bardziej liczą się te mikrosekundy na scenie, sens tego, co się przekazuje. Jeżeli zawód aktora uprawiałbym tylko dla pieniędzy… To byłoby samobójstwo. Jak w filmie Andrieja Tarkowskiego. Tam było takie źródło, miejsce, do którego człowiek chodził, gdy dusza go uwierała – można było wypowiedzieć życzenie i ono się spełniało. Stalker musiał popełnić samobójstwo, bo okazało się, że chodzi mu wyłącznie o kasę. Zbyt łatwo dajemy się uwodzić konsumpcji.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 50/2014

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy