Świeckie, czyli jakie?

Świeckie, czyli jakie?

Konstytucja i konkordat oraz niektóre inne przepisy nie są wolne od klerykalnych odchyleń

Pytanie, czy państwo polskie może się wybić na świeckość, można potraktować jako retoryczne i retorycznie na nie odpowiedzieć: może. Zależy to tylko od odpowiedniego ustawodawstwa i jego bezwzględnego przestrzegania. Lecz właśnie problemem są oba te „drobiazgi”: i ustawodawstwo, i jego przestrzeganie.
Świeckość (niektórzy wolą słowo „sekularyzacja”) państwa nie oznacza walki z religią i Kościołami, lecz bezstronność władz i urzędów państwowych wobec wyznań obywateli i wobec różnych Kościołów oraz związków wyznaniowych, równe ich traktowanie bez względu na liczbę wyznawców, pozostawienie im swobody kultywowania swojej wiary i obrzędów, o ile nie naruszają one praw i wolności innych osób i nie nadają państwu charakteru religijnego.
Czy w Polsce prawo jest całkowicie świeckie? W zasadzie tak. Lecz właśnie tylko w zasadzie, ponieważ i konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z roku 1997, i konkordat z Kościołem rzymskokatolickim z 1993 r. oraz niektóre inne przepisy nie są wolne od klerykalnych odchyleń.
Autorzy konstytucji napisali bardzo piękną preambułę uwzględniającą programowo wieloświatopoglądowość polskiego społeczeństwa. Czytamy więc, że „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski, (…) pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie (…) oparte na poszanowaniu wolności, (…) dialogu społecznym”. Te sformułowania formalnie traktują równo prawa obywatelskie wierzących i niewierzących, choć wolałbym, aby fraza o „Bogu będącym źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna” nie miała charakteru tak apodyktycznego. Gdyby napisano np. tak: „zarówno wierzący, że Bóg jest źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary” itd., to obie postawy światopoglądowe potraktowane byłyby i frazeologicznie, i merytorycznie rzeczywiście całkowicie równo – jedni obywatele wierzą, drudzy nie wierzą. Preambuła jednak akcentuje pogląd o boskim pochodzeniu wymienionych wartości. Nie jest to pogląd świecki.
Można by nie zwracać uwagi na taką redakcję tekstu wprowadzenia do konstytucji. Wszak jej autorzy wykazali wówczas, w niestandardowej sytuacji wielkich napięć politycznych, rzadki takt i kulturę dialogu, o którym też piszą. Należy im się za to pokłon. Lecz nie było to chyba

sformułowanie przypadkowe.

Konstytucja bowiem w artykule 25, który w paragrafach 1 i 2 stwierdza równouprawnienie Kościołów i innych związków wyznaniowych oraz bezstronność władz publicznych wobec przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, w paragrafie 4 przyznaje Kościołowi rzymskokatolickiemu przywilej ustalania praw obywatelskich katolików, prócz ustaw sejmowych, także przez konkordat ze Stolicą Apostolską, który zresztą zawarty został cztery lata przed uchwaleniem owej konstytucji. W paragrafie 5 tego artykułu konstytucja zaś ustala, że „Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami”. Takiego przywileju uchwalania przez Sejm ustaw na podstawie wcześniejszego porozumienia rządu z zainteresowaną stroną konstytucja nie przyznaje żadnej niereligijnej instytucji społecznej lub niereligijnemu stowarzyszeniu. Nakazuje więc parlamentowi uchwalać ustawy wcześniej uzgodnione z instytucjami religijnymi i przez nie akceptowane. Nie jest natomiast wymagana wcześniejsza akceptacja ustaw przez instytucje niereligijne. Artykuł 25 konstytucji odbiega zatem od zasady pełnej świeckości państwa polskiego i nie harmonizuje z deklarowaną we wstępie równością wszystkich obywateli oraz procedurą dialogu.
Państwo polskie, zawierając ze Stolicą Apostolską konkordat (międzypaństwową umowę prawną), pozwoliło narzucić sobie przez Kościół rzymskokatolicki zasadę większości katolickiego wyznania obywateli polskich jako podstawy tej międzypaństwowej umowy prawnej. Jak gdyby Polska nie była demokratycznym państwem prawnym (art. 2 konstytucji), lecz państwem tylko katolików! A przecież, jak wiemy, konkordat obejmuje nie tylko stosunek państwa polskiego do spraw ściśle kościelnych, lecz także wielkie obszary życia społecznego i indywidualnego wszystkich obywateli, katolików i niekatolików – dni wolne od pracy, święta Kościoła rzymskokatolickiego obejmujące także niekatolików, skuteczność prawną ślubów kościelnych, uznawanie osobowości prawnej instytucji, którym tę osobowość przyznało prawo kanoniczne Kościoła rzymskokatolickiego, finansowanie uczelni i innych wydatków tego Kościoła, nauczanie religii katolickiej

za państwowe pieniądze,

usytuowanie Komisji Wspólnej państwa i Kościoła rzymskokatolickiego poza nadzorem prawnym itd. Prócz tego praktyka władz państwowych i władz Kościoła rzymskokatolickiego daleko odbiega od zachowania zasady świeckości państwa (np. wspólne obrzędy państwowe i katolickie, skuteczne sugestie i naciski duchownych na ustawodawców i urzędników państwowej administracji, przyznanie przez państwo lekarzom prawa do odmowy udzielenia pomocy medycznej przewidzianej przez państwowe prawo pacjentom, którym taka pomoc się należy…).
Uznanie przez państwo i jeden z Kościołów w tym państwie zasady większości wyznaniowej obywateli jako podstawy umowy międzypaństwowej łamie nie tylko zasadę świeckości państwa, lecz i zasadę demokracji, która nakazuje szanować równość praw nie tylko statystycznej większości, lecz i mniejszości społecznych, a przede wszystkimi każdego obywatela. Konstytucja deklaruje właśnie nie równość i poszanowanie praw grup społecznych – a taką grupą są też wyznawcy jakiejś religii, lecz równość i poszanowanie praw wszystkich obywateli bez względu na ich światopoglądy. Konkordat tej zasady nie respektuje.
W konkluzji trzeba zatem stwierdzić, że ani polskie ustawodawstwo, ani tym bardziej praktyka władz publicznych nie są w pełni świeckie. Ostatecznie można by jednak nad usterkami prawnymi przejść do porządku dziennego, gdyby nie owa praktyka, która decyduje bardziej niż prawo.
Czy może być inaczej?
W państwie rządzonym autokratycznie sprawa jest teoretycznie prosta – prawa ustanawia autokrata i od jego woli zależy, czy są one świeckie, czy wyznaniowe. W ustroju demokratycznym natomiast suwerenem prawnym są obywatele i to oni, przez swoich przedstawicieli, ustanawiają prawa. Jeśli państwo demokratyczne ma być świeckie, to obywatele muszą chcieć, aby takim było. Muszą zatem wybrać takich swoich przedstawicieli – posłów, radnych – którzy też będą chcieli ustanawiać prawa i przepisy świeckie i będą strzec ich respektowania przez władze wykonawcze i sądownicze państwa, a także przez Kościoły i związki wyznaniowe. W Polsce jak dotąd nie jest to, widać, możliwe. Statystycznie rzecz ujmując, obywatele Polski widocznie nie chcą – lub nie umieją – powołać do władz osób, które wprowadziłyby ustawodawstwo konsekwentnie świeckie i respektowałyby w pełni istniejące świeckie przepisy. Być może nie przywiązują wagi do tej kwestii.
Fundamenty świeckości lub wyznaniowości państwa leżą więc nie tylko w sferze działań polityków, decyzji organów administracji państwowej i kontaktów między organami państwa a instytucjami kościelnymi, lecz ostatecznie w świadomości i postawach obywateli demokratycznego państwa, którzy co kilka lat wybierają swoich przedstawicieli do władz ustawodawczych.
Co decyduje o świadomości społecznej i postawach obywatelskich ludzi?
Istnieje kilka sfer życia publicznego, które współdecydują o świadomości i postawach społecznych (kulturowych) obywateli.
Sfera polityczna. Obywatele muszą nabrać zaufania do państwa, że – jako świeckie – zapewni im wystarczające życiowe bezpieczeństwo, stabilną egzystencję, rosnący dobrobyt w taki sposób, że w tych sprawach nie będą musieli dodatkowo uciekać się do pomocy Boga czy Kościoła; że państwo sprzyjać będzie ich wolnej i twórczej aktywności we wszystkich dziedzinach życia. Obywatele muszą też strzec życia publicznego przed zawsze możliwą i nęcącą funkcjonariuszy państwowych alienacją władz i urzędów, czyli przed ich

ucieczką, wyobcowaniem się

spod autonomii politycznej obywateli i ich funkcji kontrolnych; także przed alienacją idei społecznych. Alienacja polityczna bowiem rodzi autokrację, a ponadto prowadzi m.in. do sakralizowania się instytucji państwowych i funkcjonariuszy (patrz kult jednostki, uświęcanie ceremoniału państwowego itp.). Alienacja idei zaś przeobraża je w mityczne sacrum uznawane za niezależną od ludzi władzę.
Sfera epistemologiczna (świadomość). Obywatele muszą nauczyć się, że wiedza naukowa, kontrolowalna i sprawdzalna, choć czasem trudno przyswajalna, a ponadto ciągle – poza niewielką strefą aksjomatów – zmieniająca się, jest bardziej przydatna praktycznie niż jakiekolwiek inne, pozanaukowe poglądy (w tym religijna wiara). Nie znaczy to, że muszą przestać wierzyć, lecz że do rozwiązywania codziennych problemów osobistych, zawodowych i publicznych wiedza pozareligijna wystarcza.
Sfera ekologiczna. Obywatele muszą przyjąć do wiadomości, że ludzie nie są istotami nadprzyrodniczymi (nadprzyrodzonymi), że nie noszą w sobie nadprzyrodzonego sacrum, lecz należą do naturalnego materialnego świata, który nie jest zorganizowany według zasad jakiejkolwiek religijnej wiary i żadna wiara religijna nie może decydować o stosunku człowieka do obiektywnie istniejącego świata.
Sfera kulturowa. Obywatele muszą przyjąć do wiadomości jako rzecz naturalną i nieusuwalną kulturowe (światopoglądowe, moralne, obyczajowe) zróżnicowanie ludzkiego życia indywidualnego i społecznego oraz nauczyć się tę sytuację tolerować i szanować, jeśli nie ogranicza ona krzywdząco ludzkiej wolności.
Jak widać, problem świeckości państwa zależy nie tylko od prostego nakazu „stań się!”, lecz, ostatecznie, od długotrwałych, wielopokoleniowych procesów kształtowania się świadomości i postaw obywateli. Można tymi procesami w pewnym stopniu sterować, można je opóźniać lub przyspieszać. Jeśli się chce.
Powtarzam na koniec tezę, że świeckość państwa nie wyklucza wiary religijnej obywateli ani istnienia odpowiednich instytucji religijnych – mają do tego prawo. Wyklucza natomiast władzę religii i Kościołów nad państwem, wyklucza klerykalizację państwa.

Autor jest profesorem filozofii, religioznawcą

Wydanie: 41/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy