Superuniwersytety w super-Polsce

Superuniwersytety w super-Polsce

Propozycja prof. Woźnickiego to nic innego jak neo-PAN, która będzie jeszcze bardziej zbiurokratyzowana niż obecna Akademia

W „Gazecie Wyborczej” z 20 lipca br. ukazał się wywiad z prof. Jerzym Woźnickim, zatytułowany „Superuniwersytety na start”. Prof. Woźnicki jako rektor Politechniki Warszawskiej w latach 1996-2002 był naszym przełożonym, więc krytyka jego poglądów dotyczących mechanizmów stymulujących rozwój nauki i strategii prowadzącej do zwiększenia znaczenia polskiej nauki w świecie nie przychodzi nam łatwo. To tak, jakby szeregowcy, prawdziwe „naukowe mięso armatnie”, sprzeciwiali się generałowi nauki.
Prof. Woźnicki proponuje utworzenie kilku „superuniwersytetów” badawczych. Zacytujmy dokładnie jego wypowiedź: „Uniwersytety badawcze trzeba dopiero stworzyć. Powinny to być nowe, większe i silniejsze struktury uniwersytetów federacyjnych powoływane ustawowo. Formuła organizacyjna to tzw. związek uczelni, do którego uczelnie członkowskie wniosą swój potencjał badawczy. Takie związki uczelni powinny móc w latach 2014-20 ubiegać się o środki UE w nowej edycji programu „Kapitał ludzki” na działania rozwojowe owocujące osiągnięciem statusu uniwersytetu badawczego. To dopiero takie uczelnie będą mogły skutecznie osiągnąć wysokie miejsca w rankingach międzynarodowych. Nie chodzi więc o luźne konsorcja istniejących uniwersytetów, ale o nowe, skonsolidowane instytucje o zintegrowanym potencjale badawczym”.
Czym więc będzie się różnił uniwersytet

„badawczy” od „niebadawczego”?

Prof. Woźnicki precyzuje, że „większość swoich przychodów będzie on poświęcał na naukę, w odróżnieniu od uniwersytetów tradycyjnych, które na działalność badawczą wydają najwyżej kilkanaście procent przychodów”. Wydaje nam się, że takich uniwersytetów badawczych jest już w Polsce dostatek. Ograniczając się tylko do chemii, instytuty PAN, takie jak Centrum Badań Molekularnych i Makromolekularnych w Łodzi, Instytut Chemii Organicznej i Instytut Chemii Fizycznej w Warszawie czy Instytut Katalizy i Fizykochemii Powierzchni w Krakowie, są właśnie takimi uniwersytetami badawczymi, bo kształcą zarówno magistrantów, jak i doktorantów, którzy są pełnoprawnymi uczestnikami procesu badawczego. Takimi uniwersytetami badawczymi są również instytuty Krajowego Centrum Badań Naukowych (CNRS) czy Komisariatu ds. Energii Atomowej (CEA) we Francji.
Propozycja prof. Woźnickiego jest więc de facto propozycją utworzenia neo-PAN, zarządzanej przez uczelniane gremia decyzyjne, która na dodatek będzie jeszcze bardziej zbiurokratyzowana niż obecna Akademia. Tworzenie konsorcjów, w skład których wchodzą różne podmioty, ma sens tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z koniecznością wytworzenia instrumentów badawczych, których budowa i utrzymanie przekracza możliwości jednej uczelni, takich jak synchrotron, reaktor jądrowy itd. We wszystkich innych przypadkach badania naukowe powinny być jak najbardziej zdecentralizowane, a dotacje badawcze trafiać imiennie do naukowców, których projekty zostały zakwalifikowane do finansowania w wyniku konkursu. Można wymienić wiele przykładów wybitnych naukowców, którzy stworzyli bardzo silne grupy badawcze na małych, niewiele znaczących uniwersytetach. Np. Jean Roncali – jeden z najbardziej znanych chemików francuskich – pracuje na uniwersytecie w Angers, a nasz rodak Ryszard Łobiński, światowej sławy specjalista w dziedzinie analizy specjacyjnej – na uniwersytecie w Pau. Obaj panowie należą do światowych liderów w swojej dziedzinie badań, publikując w „Nature” i innych prestiżowych periodykach, i stanowią chlubę regionów administracyjnych, w których pracują.
Utworzenie superuniwersytetów badawczych na pewno spowoduje znaczny wzrost kosztów administracyjnych i kosztów obsługi badań naukowych przy wątpliwym wzroście jakości tych badań. Imienne projekty badawcze, takie jak finansowane w ramach programu TEAM Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, pozwalają na bardziej efektywną pracę badawczą niż np. unijne molochy, w których nierzadko uczestniczy kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt laboratoriów i których prawidłowa koordynacja jest praktycznie niemożliwa. Autorzy znają to z autopsji.

Dwa podstawowe czynniki,

które decydują o sukcesach naukowych takich krajów jak Szwajcaria, Dania, Holandia czy Szwecja, to właściwa polityka zatrudnieniowa i awansowa oraz rzetelność recenzji projektów badawczych. Jeśli osiągnięcia naukowe znormalizować na liczbę pracowników naukowych, to kraje te wyprzedzają zarówno Stany Zjednoczone, jak i Japonię. Może się mylimy, ale w żadnym z nich nie utworzono ostatnio superuniwersytetów badawczych.
Prawidłowa polityka awansowa na uczelniach wymaga stworzenia właściwych kryteriów aprecjacji osiągnięć badawczych pracowników. Dla nauk ścisłych i przyrodniczych kryteria opracowane przez ministerstwa nauki w Polsce i we Francji są podobne i kładą nacisk na liczbę publikacji z uwzględnieniem prestiżu czasopisma. Jest to polityka lekkomyślna, bo powoduje nadmierną produkcję publikacji naukowych, z których przytłaczająca większość nie wnosi niczego nowego do rozwoju nauki światowej. Liczba artykułów w języku angielskim, publikowanych rocznie w regularnych czasopismach naukowych, przekracza 1,4 mln. Jeśli dodać do tego materiały konferencyjne (tzw. proceedings) i artykuły publikowane w językach rodzimych autorów prac, liczba ta sięga kilku milionów. Największa na świecie naukowa oficyna wydawnicza – Elsevier – zatrudnia 7 tys. redaktorów. Zgroza! Tej biegłości w statystyce starszy z autorów nabrał podczas spotkania przedstawicieli Elseviera z redaktorami czasopism wydawanych przez tę oficynę, które odbyło się w centrum konferencyjnym w Kioto przy okazji dużej konferencji naukowej. Centrum to jest miejscem ciekawym, gdyż w tamtejszej toalecie męskiej z głośników puszczane są ptasie trele. Siusiający japońscy naukowcy mogą więc mieć wrażenie, że to ich własne ptaszki ćwierkają podczas tej przynoszącej ulgę czynności fizjologicznej.
Cenieni i awansowani powinni być tacy naukowcy, którzy publikują niewiele, za to znaczących prac. Pouczającym przykładem może tu być przypadek Agaty Smogorzewskiej, profesorki Uniwersytetu Rockefellera i laureatki wielu prestiżowych nagród. Ta 38-letnia dzisiaj biolożka i lekarka w momencie angażu na stanowisko profesora miała zaledwie 16 publikacji, czyli nie spełniłaby kryteriów ilościowych zalecanych przez Radę Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej przy wszczęciu przewodu habilitacyjnego. Dzisiaj ma ich zaledwie 20, ale z tego aż pięć w „Science” – najbardziej prestiżowym obok „Nature” periodyku naukowym. Wniosek jest oczywisty: wybitni naukowcy mogą publikować mało, gorsi

muszą publikować dużo,

aby rozliczyć projekty badawcze w zgodzie z biurokratycznymi wymaganiami instytucji, które finansują działalność badawczą. Najlepszym sposobem oceny działalności naukowej byłaby, w naszym przekonaniu, publiczna dyskusja, raz na trzy lata, nad jednym, wybranym przez ocenianego, artykułem. Podczas takiej dyskusji zarówno znaczenie naukowe pracy, jak i erudycję naukowca bardzo łatwo ocenić.
Poprawić też należy jakość recenzji projektów badawczych, które zbyt często są kumoterskie i niekompetentne. Niekompetencja recenzentów nie jest tylko bolączką polską, gdyż system recenzowania grantów europejskich jest równie zły.
Podsumowując, polepszenie kondycji polskiej nauki w większym stopniu będzie zależeć od zmiany obyczajów w środowisku niż od ambitnych projektów tworzenia „superuniwersytetów badawczych”.

Prof. Adam Proń i dr hab. Halina Szatyłowicz są prawdziwymi szeregowcami w armii polskich naukowców, gdyż podczas wieloletniej pracy na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej nigdy nie pełnili żadnej funkcji kierowniczej

Wydanie: 31/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy