Syndrom grupowego myślenia

Syndrom grupowego myślenia

Terapeutyczna rola sztuki tworzonej w powojennych Niemczech jest nie do przecenienia

Florian Henckel von Donnersmarck – reżyser niemiecki, laureat Oscara za „Życie na podsłuchu”, niedawno premierę miał jego najnowszy film „Obrazy bez autora”

Nominowane do Oscara „Obrazy bez autora” to właściwie historia z happy endem. Przedstawiasz losy artysty Kurta Barnerta, który mimo przeciwności losu i uwikłania w tragiczną historię Niemiec, ostatecznie odnosi sukces zawodowy i osobisty. Nie obawiałeś się, że wyjdzie z tego kicz?
– Może to staroświeckie, ale wierzę, że ludzie dobrej woli zawsze będą górą. Mówiąc to, chcę jednak podkreślić, że mój film nie jest ani bajką Disneya, ani krwawą komiksową baśnią w stylu Tarantina. Pół żartem, pół serio: choć – podobnie jak w „Bękartach wojny” – w „Obrazach bez autora” drugoplanowym bohaterem jest zepsuty do szpiku kości nazista, w finale nikt triumfalnie nie wycina mu swastyki na czole. To byłoby zbyt teatralne.

W twoim filmie rzeczony nazista, a przy okazji teść Kurta, prof. Seeband, ponosi klęskę.
– Ale nikt nie próbuje go upokorzyć. To nie ma sensu, bo zło jest inteligentne i samo potrafi zrozumieć, że zostało pokonane. W jednej ze scen Seeband dostrzega namalowany przez Kurta portret, na którym został przedstawiony w nazistowskim mundurze. Wystarczy rzut oka na minę Seebanda, by zrozumieć, że jest skończony. Nie potrzeba tu dodatkowych fajerwerków.

Seeband to perfekcyjny czarny charakter – obdarzony charyzmą i nienagannymi manierami lekarz, który bez skrupułów służy totalitarnemu reżimowi. Czy na jego tle młody artysta, dopiero w fazie kształtowania się charakteru, nie wypada blado?
– Osobiście bardzo lubię Kurta, bo uważam go za człowieka silnego, gotowego wiele wycierpieć w imię wartości, które uważa za ważne. Mój bohater – podobnie jak ja, ty i wiele osób o określonym poziomie wrażliwości – poświęcił życie rzeczom niematerialnym. Opowiedzenie się po stronie miłości, przyjaźni, sztuki i prawdy, a nie np. pieniędzy i władzy, to dla mnie, niezależnie od czasów, w których żyjemy, akt wielkiej odwagi.

Kurt – żyjąc najpierw w nazistowskich Niemczech, a później w komunistycznej NRD – musiał się mierzyć z brzemieniem totalitaryzmu. Jakim zagrożeniom człowiek wolny i chcący myśleć samodzielnie musi stawiać czoła dzisiaj?
– Za ogromne niebezpieczeństwo uważam coś, co w psychologii społecznej nazywa się syndromem grupowego myślenia, a w mowie potocznej po prostu konformizmem. Wielu ludzi boi się odpowiedzialności za własne czyny i jest gotowych zrezygnować z części siebie w imię poczucia bezpieczeństwa i przynależności do jakiejś grupy. To niebezpieczne o tyle, że właściwie każdy z nas ma gen takiej uległości – wystarczy splot niekorzystnych czynników czy zwyczajny brak szczęścia, by ten gen się uaktywnił i do reszty przejął nad nami kontrolę.

Indywidualiści, tacy jak Kurt, nie mają zatem łatwego życia.
– Nigdy nie mieli. Popatrz choćby na Jana Sebastiana Bacha, który dziś jest uważany za jednego z największych kompozytorów w historii, a za życia był niedoceniany i żeby zarobić na utrzymanie, musiał uczyć łaciny. Ludzie, którzy wyróżniają się z tłumu i myślą nieszablonowo, ryzykują odrzucenie, ale ostatecznie pchają świat do przodu. I chwała im za to.

Jak pielęgnować w sobie poczucie indywidualizmu?
– Trzeba, jak radzili już starożytni filozofowie, chcieć poznać samego siebie. Wiadomo, łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. To proces, który trwa całe życie i – właśnie ze względu na to rozciągnięcie w czasie i skomplikowanie – bywa tak inspirujący jako temat filmu.

Wierzysz, że kontakt ze sztuką – czy to z perspektywy twórcy, czy odbiorcy – może nam pomóc w takim samopoznaniu?
– Oczywiście, najlepszy przykład stanowi moja matka. Jakiś czas temu świętowaliśmy jej 80. urodziny i zostałem poproszony, by przygotować mowę na jej cześć. Gdy zacząłem pisać tekst, uświadomiłem sobie, że matka jest właściwie rówieśniczką Kurta z „Obrazów bez autora”, a ich życiorysy mają wiele punktów wspólnych. W czasie wojny matka musiała się ukrywać przed nazistami, straciła krewnych i doświadczyła wielu traum. Choć sama nie jest artystką, zawsze żyła blisko sztuki i myślę, że to właśnie siła czerpana z kontaktu z książkami, filmami, obrazami i muzyką pozwoliła jej przetrwać trudne czasy. Zresztą reguła ta sprawdziła się nie tylko w odniesieniu do mojej matki, ale całego jej pokolenia.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 26/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 26/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy