Szalone krowy w fazie zwycięstwa

Szalone krowy w fazie zwycięstwa

W naszej części Europy powszechny jest wzorzec męski stanowiący połączenie króla i bachora, który ma w herbie „należy mi się”

Jak się tak poczujemy czasem nieźle w tej naszej kobiecej emancypacji (z męską w Polsce gorzej), to często to miłe poczucie zmąci nam głos jakiejś kobiety, która np. z racji zawodu czuje się upoważniona do wygłaszania opinii.

Pani psycholog przedstawia

Oj, jak fajnie, myślimy sobie na przykład, mój kochany dziś zajmuje się dzieckiem i robi obiad, ja zjadam, a potem mam wolne. Mam więc wolne, czytam sobie „Wysokie Obcasy” (4.01.2003 r.) i trafiam na tekst „Czy mężczyzna potrzebuje małżeństwa?” pani psycholog Milskiej-Wrzosińskiej. Otóż, powiada autorka – a raczej powtarza za socjobiologami, myląc ich z antropologami – mężczyzna z natury nie potrzebuje małżeństwa. Samiec w stanie pierwotnym był nastawiony na zapłodnienie jak największej liczby samic (taka socjobiologiczna kalka powtarzana do upojenia). Potem pani psycholog, nie kłopocząc się już tym, żeby oddzielić prehistorycznego samca od dzisiejszego mężczyzny, powiadamia nas, że małżeństwo monogamiczne jest „układem dobrze zaspokajającym potrzeby kobiety, jeśli tylko umie ona się w nim przytomnie umościć”. Przytomnie, proszę zwrócić uwagę.
„Uważamy – pisze niby-solidarnym stylem „my” – że mężczyzna powinien uczestniczyć we wszelkich obowiązkach domowych, również (a może zwłaszcza) tych, których nie lubi: zmywaniu, praniu czy zmianie pieluch, a same się obruszamy, gdy wyraża zdziwienie, że nie pojechałyśmy do wulkanizatora z przebitą przez nas oponą. („Ja miałam to zrobić? Chyba żartujesz? Nie dałabym rady, a zresztą nawet nie wiem, gdzie jest warsztat”)”.
I dalej oczom czytelniczki ukazuje się wizja kobiety rozbuchanej w swoich wymaganiach, która zagania, nakłania, nie słucha, gada, żąda, niewiele daje i jeszcze ma pretensję. Wizja kobiety – czyli kobiet, bo ta „kobieta” to metonimia. Jak w zdaniu „Zawsze kobieta zdławi cię ręką swą nieznającą litości”, co nie znaczy, że zrobi to Ania czy Grażynka, ale że każda i zawsze. A jaka dbałość o wykończenie, o szczegół; opona jest przez n a s przebita, nie przez niego. I zaganiamy biedaka do tych prac, których on z w ł a s z c z a nie lubi (a kobiety je zwłaszcza lubią?).
Nie wiem, co zostanie z prac domowych, które on lubi, po odjęciu tych wymienionych. Może oglądanie telewizji? Może to on zwłaszcza lubi. To niech sobie poogląda. A właśnie kobieta z tekstu Milskiej-Wrzosińskiej mu nie da. Będzie chciała wtedy rozmawiać albo go wyśle do wulkanizatora. Czy coś tam innego zrobi, z czego zawsze ma wynikać, że on nie ma interesu w tym, żeby się żenić.

Kobieca kobieta to cwana kobieta

Ja akurat uważam, że wieki całe to raczej mężczyźni byli przytomnie umoszczeni w małżeństwie i nadal często są. Mieli dzięki niemu darmową, podporządkowaną siłę roboczą, prawo zarządzania żoną i zasób niepisanych przywilejów, dzięki którym np. męska niewierność małżeńska była dużo lżej traktowana od kobiecej. Tak tę sytuację zapisała historia. Ale co tam historia, kiedy fachowiec ma głos.
Tekst Milskiej-Wrzosińskiej jest co się zowie tekstem manipulanckim. Z dziesiątek sytuacji, które się zdarzają, robi się zbitkę, pakuje się wszystko w jedną niby-modelową sytuację i oto mamy kobietę na emancypacyjnej miotle, która chce i nowego partnerstwa, i starych przywilejów. Cóż, stworzywszy swoim opisem sytuację groteskowo-dramatyczną, psycholog musi coś poradzić.
Mianowicie: drogie kretynki, trzeba lepiej kalkulować, lepiej się cwanić, pokręcić trochę dyskretniej pokrętłem od faceta, żeby tak nie raziło, tak po dawnemu: jedno myślę, drugie robię i zawsze wyjdę na swoje. Buzia bardziej w ciup, oczka bardziej w słup, w sercu mróz, a w ręku kalkulator.
Uczuć pani psycholog zupełnie nie bierze pod uwagę. Małżeństwo jest u niej transakcją, handlem wymiennym. Żony z jej przykładów powinny wiedzieć, co się opłaca i jak manipulować facetem, żeby dostać to, czego chcą, i jeszcze dobrze wypaść. Ale gdzie tu psychologia? Gdzie opis obszaru ludzkich uczuć, oczekiwań, przemian obyczajowych choćby? Autorki rzeczywistość nie ciekawi, wystawia swoje przedstawienie teatru lalek, gdzie żona obsadza rolę bezczelnej i głupiej, a mąż pokrzywdzonej kukiełki. Zła lalka bije kijem dobrą, a aktor narrator schowany za sceną opowiada o dawnej wielkości bitej lalki i o innych niegodziwościach bijącej. Oj, ta dobra ucieknie w końcu od tej złej, zobaczycie!
Ale ton tego tekstu nie jest wesoły ani ciepły – odwrotnie, wieje od niego chłodem i lekceważeniem ludzi. Zwłaszcza płci żeńskiej. Pani psycholog, być może, mniema o sobie, że ma umysł męski, czyli logiczny, i że góruje nad tą resztą bab, którymi tak pogardza. Doktorze, lecz się sam!

Co mężczyzna ma we krwi

Ale muszę przyznać – w porównaniu z tekstem Barbary Pietkiewicz z „Polityki” (23.01.2003 r.) „W imię ojca” – tekst Milskiej-Wrzosińskiej jest rzeczywiście logiczny jak kryształ. Bo odtworzenie przesłania pani Pietkiewicz to zadanie trudne.
Niemniej wynika z niego (chyba), że postuluje się, by ojcowie przekazywali synom wzorzec męskości. I w ogóle dość tych kobiet w wychowaniu przyszłych mężczyzn. (Jestem za! W Skandynawii w przedszkolach pracują kobiety i mężczyźni i tak powinno być). Barbarze Pietkiewicz nie o to jednak idzie. Pragnie ona, by ojciec synowi przekazywał tradycyjne postawy, dzięki którym zarówno ojciec, jak i syn nie zatracą tej postawy, którą feministki drugiej fali nazwały „męską szowinistyczną świnią”. Dziennikarka tak ją afirmuje: „Mężczyzna wciąż cieszy się bardziej z syna niż z córki. Ma to we krwi. Dla mężczyzny jest to przedłużenie marzeń, nadziei, kawałek mnie, kogo zawsze trzeba będzie bronić, z kogo można będzie być dumnym”.
Chciałyby panie takiego tatusia? Dla którego córka nie jest przedłużeniem marzeń, nie jest kimś, z kogo można będzie być dumnym? Tatusia, który z góry został rozgrzeszony z tego, że będzie faworyzował chłopca, bo „ma to we krwi”. (Ma we krwi – jak Murzyni w rasistowskich teoriach mieli zwierzęcość, Żydzi przebiegłość, a kobiety brak rozumu?) Chciałyby panie? Ojca, który przy chłopcu może uruchomić swój męski narcyzm, bo może chłopca kształtować na swój obraz i podobieństwo. A jeśli syn nie spełni nadziei taty i nie będzie chciał być „męski” zgodnie z recepturą, to co wtedy? Źle wtedy. I dla ojca, i dla syna.
Wtłaczanie syna, żywego człowieka, w drętwy stereotyp męskości, przeznaczony dla wszystkich i dla nikogo, to nie jest dobry pomysł wychowawczy. To raczej jest kolejny pomysł z serii tego, jak krępować stopy – nie chińskich kobiet tym razem, ale młodych ludzi płci męskiej. Schemat czeka gotowy, tylko do niego dopasować człowieka, którego ma cechować: „pewność siebie, stanowczość, niecierpliwość w zetknięciu z przeszkodami, inicjatywa, upór, wytrwałość, raczej zdecydowanie niż empatyczność, skłonność do rywalizacji, obiektywności i rozsądku” (te cechy przytacza Barbara Pietkiewicz). I mężczyzna gotowy. A jeśli ktoś wobec przeszkód zachowuje raczej cierpliwość – to czy jego męskość już kaput? I dlaczego empatia ma się kłócić ze zdecydowaniem, skoro to takie piękne połączenie? Z kolei skłonność do rywalizacji kompletnie zaciemnia obiektywność, bo albo się jest graczem, albo sędzią. Itd.

Zanim kobiety oszalały

Nad wywodem Barbary Pietkiewicz unosi się przekonanie, że drzewiej to było dobrze, ojce uczyły synów męskości i wszystko było pięknie. Były inicjacje męskości, przyjaźń i ahoj, męska przygodo! A dziś są kibole na stadionach i fala w wojsku, także z braku pozytywnego wzorca ojcostwa.
Tak, dawne wzorce to były wzorce. Ojcowie przekazywali męskość, jak umieli. Często nahajem, pasem, pięścią, pijanym rykiem, wyzwiskami, poniżaniem, upadlaniem, wydziedziczaniem, zabranianiem, nakazywaniem, karaniem, odbieraniem godności i wzorcowym, dziko patriarchalnym pomiataniem matkami, siostrami i wszelkimi „babami”. I kiedy wreszcie (niektóre) ojce w XIX w. poszły do fabryk – moment podkreślany w tekście Pietkiewicz jako smutny czas rozstania ojcowsko-synowskiego – w domu odetchnęli, że tyrana wyniosło w cholerę. Ale nie tylko tyran poszedł do fabryk, kobiety i dzieci też, tylko za mniejszą płacę. A może Barbara Pietkiewicz myślała, że to Marks wymyślił.
Kobiety, według Barbary Pietkiewicz, są współodpowiedzialne za ten żałosny stan braku pozytywnego ojcostwa i męskiej inicjacji. Przedtem były jak te dobre krowy na łące, muczały, akceptowały i dawały mleko, a potem: „Przyszedł czas, że kobiety oszalały i zaczęły zdobywać przywileje, prześcigając mężczyzn w zdrowiu, w dłuższym życiu, w ocenach, w nauce. Wciąż kobieta mniej zarabia, bywa przez mężczyznę bijana i to on prosi ją o rękę, ale to się skończy. Weszła w fazę zwycięstwa i już z niej nie wyjdzie”.
Kilka zdań, a ile zagadnień intelektualnych! Czy kobieta (znów metonimia) oszalała, zanim zaczęła zdobywać te przywileje, czy w trakcie zdobywania? Czy po? I czy szalona kobieta jest jadalna? Dlaczego przywileje – a nie prawa po prostu (żaden przykład przywileju nie został podany). Dlaczego przykładem przywileju jest prześciganie mężczyzn w dłuższym życiu? A może kobiety bardziej dbają o swoje zdrowie? A może to dobry wzór także dla mężczyzn? A jeśli to kobieta poprosi o rękę mężczyznę, to czy on nadal jest mężczyzną, a ona kobietą? A czy nie być bijanym to od razu znaczy „faza zwycięstwa”? No, jeśli tak, to mężczyźni są w niej odwiecznie – a Pietkiewicz to przemilczała. Brzydka stronniczość. Fe.

Stereotyp jako norma, czyli śmierć poznania

Tak, zdarza się, że synowie nie mają wzoru męskości albo zostawia się im w tej kwestii swobodę – jeśli jednak mają wzór człowieczeństwa, jeśli mają osobowość, to jakoś poradzą sobie z własną męskością. I to są najbardziej interesujący mężczyźni, którzy nie bredzą o tym, że kobieta to uczucia, a mężczyzna to logika i intelekt.
Tematy kobiece i męskie są popularne w publicystyce. Można sobie przy ich okazji oplatać, co się chce, a zazwyczaj chce się powtarzać to, co odwiecznie powtarzane. Pietkiewicz i Milska-Wrzosińska mówią w pewnym punkcie to samo: samiec chce dominować (i w domyśle: no to niech tam, może ma do tego jakieś prawo). Kładzie na stole pieniądze i oczekuje, żeby mu umyć nogi (to w tekście Pietkiewicz). Kładzie czy nie, można mu umyć nogi (metaforycznie choćby), temu synkowi, temu królowi naszemu. Bo w naszej części Europy powszechny jest wzorzec męski stanowiący połączenie króla i bachora, który ma w herbie „należy mi się”. I źle robią kobiety, które ten wzorzec utrwalają.
Ale po co Milska-Wrzosińska czy też Barbara Pietkiewicz miałyby się dopracować własnej postawy, kiedy mają do dyspozycji stereotyp? Stereotyp pozwala nie widzieć złożoności sytuacji, pozwala pominąć rzeczywistość i jeszcze daje poczucie słuszności. Bo wyznawca stereotypu wie, kto powinien być jaki, co o kim sądzić i jak kogo oceniać.
Męskość i kobiecość są wielkimi mitami i tematami kultury. Ale co te mity znaczą? Jak zmienia się ujęcie tych tematów? Co zasłaniają i co odsłaniają? Kogo zasłaniają? A co tam sobie tym głowę psuć, kiedy można do upojenia powtarzać wyświechtane bajania socjobiologów o poligamicznym samcu i monogamicznej samicy, o męskim przymierzu, o łowcy i bajaderze.
O dobrych dawnych czasach, kiedy to krowy nie szalały, a stereotypy chodziły jak naoliwione.

Autorka jest filozofką, poetką i pisarką (pisze pod pseudonimem Bożena Keff), wykłada na tzw. Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim (Badania nad Społeczną i Kulturową Tożsamością Płci)

Wydanie: 8/2003

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy